GryGry Wideo

Star Wars Jedi: Survivor (2023)

Wszystkich miłośników prozy G.R.R. Martina przepraszamy, ale z okazji 4 maja nie wypada nie opublikować jakiegoś tekstu dotyczącego „Gwiezdnych wojen”. Ale nie martwcie się, „Gra o tron” nie znika z kalendarza.

 

„Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie” mógłby powiedzieć fan Gwiezdnych Wojen tak zwanej starej daty. Taki, co to zakochał się bez pamięci w oryginalnej trylogii, zderzył ze ścianą prequeli, a potem poprawiono mu jeszcze z kopyta sequelami. W tej lawinie błota znalazły się jednak perły. „Rogue One„, potem związany z nim bezpośrednio „Andor„, a teraz jest nowa (tzn. stara, ale niżej podpisany dopiero nadrobił) nadzieja w grze „Star Wars Jedi: Survivor”.

Pierwsza odsłona zatytułowana „Fallen Order” prezentowała przygody Cala Kestisa, ukrywającego się młodego Jedi, który zebrał małą ekipę wyjętych spod prawa imperialnego szaleńców, by odbudować zakon słynnych rycerzy mocy. Problem w tym, że gra była niespecjalnie wciągająca, a fabułę oparto o… schemat znany z gier o Mario. Cal skakał po kosmosie szukając jakiejś osoby albo ważnego artefaktu tylko po to, by okazało się, że osoba/artefakt jest w innym zamku na innej planecie. Gra nie była zła, ale daleko jej było do doskonałości.

Śpieszę donieść, że „Jedi Survivor” o tę doskonałość się ociera. Dosłownie wszystko zrobiono lepiej. Dawno nie miałem takiej frajdy z przebywania w świecie Gwiezdnych Wojen. W ogóle ostatni raz tak dobrze w kosmosie bawiłem się bodajże w serii „Mass Effect”, albo w „Returnal”, ale to inna para kaloszy.

Ponownie wcielamy się w postać Cala, poznamy nowych bohaterów, ale też spotkamy starych znajomych. Będziemy poszukiwać pewnej planety, a wmieszani w to będą różnej maści typy spod ciemnej gwiazdy, imperium i łowcy nagród. Nie napiszę więcej o fabule, bo nie chcę zdradzić za dużo. Na pewno historia jest bardziej koherentna niż poprzednio, bardziej dojrzała i zabrakło mi tylko pogłębienia postaci Bode. Jego więź z córką jest bardzo ważna dla opowieści, a za mało jej widzimy, za dużo o niej słyszymy z dialogów ekspozycyjnych. To jednak niewielka wada.

Bazą wypadową i największym sandboxem jest planeta Koboh. Można ją zwiedzać na piechotę albo na grzbiecie dwunożnych Nekko. Poza zadaniami związanymi z głównym wątkiem mamy tu mnóstwo pobocznych questów, ciekawostek ze świata SW, znajdziek wszelkiej maści czy fauny i flory. Świat jest żywy i nierzadko przyjdzie nam patrzeć z boku, jak piorą się ze sobą imperialni i lokalne gangi albo sarlacc atakuje AT-ST.

W centrum mapy jest mała osada, gdzie poznamy mnóstwo ciekawych postaci. Większość siedzi w barze, który możemy zaludniać spraszając napotkanych NPCów, a jak już zapoznamy się z ich historią, nierzadko dostaniemy albo informację o wyjątkowym skarbie, albo lokalizację wyjątkowej bestii, za której głowę czeka nagroda. Niektórzy z bywalców baru są wyjątkowi i zostają w pamięci na długo. A to mówiący z silnym szkockim akcentem wędkarz i miłośnik ryb Skoova, a to łowczyni nagród Caji, a to szalony i czarujący Monk, robot-barman. Dawno w żadnej grze nie miałem takiej frajdy z chodzenia i rozmawiania z wszystkimi po kolei po każdej większej wyprawie. Buduje to niesamowity klimat świata tętniącego życiem.

Nie samym gadaniem człowiek jednak żyje. Walka w „Jedi Survivor” to podstawa rozgrywki. Jest to typowy (choć dość uproszczony) model pojedynków z gier soulslike’owych. Możemy w każdym momencie mieć wybrane dwa style walki i dynamicznie się między nimi przełączać. W sumie jest ich pięć: zwykły miecz, miecz plus blaster, dwa miecze, podwójny miecz i miecz z gardą a’la broń Kylo Rena. Różnice między nimi są zasadnicze i nierzadko właściwy wybór przesądza o powodzeniu lub porażce w starciu.

Oczywiście jak na Jedi przystało, mamy jeszcze kilka asów w rękawie w postaci użycia Mocy. Wspaniałym zabiegiem jest brak amnezji bohatera po pierwszej odsłonie i kilka technik mamy do dyspozycji od razu. Sprawdzają się w walce świetnie czy to do unikania ciosów, czy kontrolowania pozycji przeciwników. Gra wydała mi się niespecjalnie trudna. Grałem na poziomie „Jedi Knight” i tak naprawdę raptem w trzech miejscach męczyłem się dłużej z przejściem dalej.

Jednym z nich był pojedynek z… no i tyle. Nie napiszę więcej, ale spotkamy 2-3 postacie z filmów i nie będzie to kolanem wepchnięty fanservice. Ich pojawienie się ma sens fabularnie i naprawdę cieszy, bo z jednej strony podkreśla „starwarsowość” świata, z drugiej nie są to występy, które zdominowałyby historię i zepchnęły na drugi plan Cala czy jego ekipę.

Poziomy zaprojektowano genialnie. Wiele miejsc wymaga od nas trochę trudu w dotarciu, ale już u celu można otwierać wiele dróg na skróty i jeśli tylko fabuła albo wątek poboczny wyśle nas znów do lokacji – nie musimy się męczyć z mozolnym wspinaniem się pierwotną drogą. Do tego mamy miejsca zapisu gry, czyli miejsca medytacji Cala, gdzie działa bardzo wygodny system szybkiej podróży.

Na osobne słowa uznania zasługuje mapa, która mimo sporych obszarów jest czytelna i łatwo się w niej zorientować. Widzimy, gdzie byliśmy i dokąd zmierzamy. Z czasem pojawiają się na niej cele główne i poboczne, miejsca warte odwiedzenia i przedmioty do zebrania. Wśród nich tzw. echa Mocy, które same w sobie opowiadają pomniejsze historie, jeszcze mocniej budujące immersję.

Jeśli miałbym na cokolwiek narzekać, to na pomniejsze błędy, które mogą irytować. Kilka razy postać Cala zaklinowała mi się w jakimś obiekcie, ze dwa razy musiałem restartować grę i straciłem parę minut. Poza tym chciałbym, żeby gra była… jeszcze bogatsza. Koboh jest wspaniałe, ale brakuje co najmniej drugiej takiej planety obfitej w questy i miejsca do zwiedzenia. Jedha jest wyraźnie mniejsza, a pozostałe lokacje są dość kompaktowe. Żałuję też, że nie pojawił się żaden dodatek DLC, który mógłby jeszcze rozszerzyć przygodę albo dać nam jakiś pomniejszy epizod.

Dawno żadna gra nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Niby nie ma tu wielkiej rewolucji, ale wszystkie elementy złożono w świetną całość i dobrano w idealnych proporcjach. Można walczyć do woli, iść głównym wątkiem albo robić questy poboczne. Można godzinami słuchać opowieści bohaterów w barze albo zagrać w Holotactics. Świat jest ciekawy, wciągający i zapraszający po więcej za każdym posiedzeniem przed TV/kompem.

Zazwyczaj jak zdobędę platynę w danej grze, czuję się spełniony i wersje cyfrowe usuwam, czym prędzej robiąc miejsce na inne tytuły, a fizyczną kopię puszczam dalej do ludzi via allegro czy inny olx. W „Jedi Survivor” nadal sobie pogrywam, mam jeszcze kilka rzeczy do odkrycia, ale po prostu lubię pobyć jeszcze przez chwilę w tym cudownym, starwarsowym klimacie. Mam wielką nadzieję na trzecią część.

Last but not least: tytuł kupiłem spontanicznie na wiosennej promocji w cyfrowym sklepie PlayStation i kosztował mnie całe… 65pln. Za tyle godzin magii „Gwiezdnych Wojen” to nawet nie jak za darmo. Żałuję wręcz, że nie zapłaciłem pełnej ceny w dniu premiery. Przy okazji kolejnej odsłony panowie i panie z Respawn Entertainment mają moje zaufanie. Biorę pre-order, a wam polecam serdecznie „Jedi Survivor”, jeśli jakimś cudem jeszcze nie mieliście okazji zagrać.

Star Wars Jedi: Survivor (2023)
  • Ocena SithFroga - 9/10
    9/10
To mi się podoba 0
To mi się nie podoba 0

Polecamy także

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button