
I co zrobiliście? Czemu nie chcecie oglądać Gwiezdnych wojen? Czemu nikt nie chce oglądać Gwiezdnych wojen? Siedem lat czekania na nowy film kinowy, a w redakcji trzeba było ciągnąć losy, żeby wytypować nieszczęśnika, który zrelacjonuje przygody dzielnego Pedro Pascala i jego kukiełkowego kompana. Już wiadomo, że Mandalorian i Grogu będzie potężną wtopą finansową, co z kolei może oznaczać kolejne nerwowe decyzje ważniaków z Disneya. Na przyszły rok zaplanowana jest premiera Starfightera z Ryanem Goslingiem i jeśli nie stanie się cud i film nie zarobi miliarda dolarów, obstawiam, że kolejnym krokiem będzie reset uniwersum. Jak do tego doszło? Nie wiem, ale się domyślam.
Wracając do gwoździa dzisiejszego programu, mamy do czynienia z pewnym kuriozum. Mandalorian i Grogu to przedziwny twór na podstawie serialu, który po dwóch przyzwoitych sezonach zanotował gwałtowny zjazd formy, o czym niedawno pisałem. Teoretycznie jest to kontynuacja tamtej historii, ale w praktyce wygląda raczej jak właściwa seria trzecia. Myślę, że gdyby tak właśnie zrobiono: że to, co można jeszcze oglądać w kinach, było połową trzeciego sezonu, a nieszczęsny sezon trzeci – a w zasadzie jego główny wątek, dotyczący walki Mandalorian o swoją planetę – wyprodukowano jako film kinowy, miałoby to wszystko więcej sensu. Łatwiej byłoby wtedy uzasadnić tak znaczący udział Bo-Katan, wyleciałyby niepotrzebne poboczne wątki (na ciebie patrzę, Jacku Blacku) i dałoby się może to wszystko sensownie ułożyć. Widać jednak, że wzięli się za to mądrzejsi ode mnie i mamy to, co mamy.
A mamy trzy odcinki serialu zszyte w jedną dwugodzinną serię wybuchów i pościgów. Din Djarin oficjalnie został sługusem Nowej Republiki i wykonuje kolejne zlecenia dla Ellen Ripley, polując na różnych typów spod ciemnej gwiazdy (śmierci). Do kolejnego z nich mają go doprowadzić Huttowie w zamian za niewielką przysługę. Brzmi to trochę jak opis gry komputerowej i dokładnie takie miałem wrażenie w trakcie seansu. Mando i Grogu przemierzają galaktykę, wykonując kolejne questy, co samo w sobie nie jest niczym złym. Problem w tym, że w zasadzie nie ma w tym filmie nic więcej. Owszem, zadania łączą się ze sobą w jako-tako spójną całość, ale absolutnie nie ma tu struktury filmowej z prawdziwego zdarzenia. Fabuła polega na skakaniu po kolejnych lokacjach i ciągłych walkach, bez miejsca na jakiekolwiek niuanse, głębsze intrygi, budowanie świata ani ewolucje postaci – to ostatnie chyba boli najmocniej.
Ale żeby nie wyjść na przesadnego malkontenta, od razu pochwalę wspomniane miejsca akcji. Razem z naszymi łowcami nagród odwiedzimy przede wszystkim Nal Hutta i księżyc Shakari. Ta pierwsza to ojczysta planeta huttów, bagnista, oślizgła i niegościnna. Ten drugi to brudny, cyberpunkowy świat spowity w mroku. Całe szczęście nie zbliżamy się do Tatooine ani innych wyświechtanych lokacji, co dodaje filmowi świeżości i oryginalności. Wygląda to naprawdę porządnie, krajobrazy nie straszą sztucznością, dekoracje i rekwizyty również. Oczywiście gorzej wypadają komputerowe animacje, ale to znak czasów i już nawet nie chce mi się na to zwracać uwagi. Niestety ponieważ kilku bohaterów należy do rasy huttów, to oni też są w całości wytworem cyfrowym. Jabba był w porządku, bo zrobiono go jako wielką, stacjonarną, animatroniczną lalkę. Można było uwierzyć, że taki stwór sobie istnieje i nawet jest kosmicznym mafiozą. Niestety w Mando i Grogu przerośniętych robali jest więcej, a jednego można wręcz zaliczyć do głównych bohaterów. Pojawiają się na ekranie często, walczą, gadają (po naszemu!) i wyglądają po prostu źle. Bardzo nietrafiony pomysł, bo nie dość, że przepalił furę pieniędzy, to efekt jest bardzo mizerny.
Jeśli zaś o walkę idzie, to Mando jest w tym filmie prawdziwym kozakiem (przynajmniej do czasu). Wpada do pokoju pełnego wrogów, sieka, rąbie, strzela i kładzie pokotem całe zastępy wrogów. W pojedynkę potrafi zniszczyć cały oddział maszyn kroczących. Swoją drogą początek filmu przypomniał mi taką starą książkę pod tytułem Opowieści łowców nagród. Było tam opowiadanie o tym, jak Boba Fett własnoręcznie pacyfikuje imperialny posterunek. Na dziesięcioletnim Crowleyu zrobiło to duże wrażenie. Na czterdziestoletnim marudzie trochę mniej, ale doceniam takie mrugnięcia okiem. W każdym razie można powiedzieć, że mamy tu starego dobrego Mando z początku serialu. Tylko po co on targa ze sobą tego nieszczęsnego gumowego pokurcza? Grogu przez jakieś ⅔ filmu jest całkowicie bezużyteczny, a jego obecność wręcz razi. Zabieranie go ze sobą w różne bardzo niebezpieczne miejsca przez Dina Djarina jest po prostu głupie i już dawno scenarzyści powinni znaleźć dla tego jakieś w miarę sensowne usprawiedliwienie. Dopiero pod koniec ma swoje pięć minut (swój odcinek), tempo całkowicie się zmienia, na scenę wkraczają prawdziwe kukiełki i wygląda to trochę jak odcinek Muppetów, ale ma to swój urok. Tylko ja nadal nie widzę pomysłu na Grogu. Jaki jest sens istnienia tej postaci poza produkcją pluszaków i klocków LEGO? Służy za comic relief, bywa deus ex machina, ale co poza tym? Wygląda na to, że Filoni jeszcze nie wpadł na to, co z nim zrobić, więc póki co pozostaje słodkim bobasem obdarzonym mocą i wielkim apetytem.
Przy okazji wspomnę o najbardziej żałosnym cameo w całych Gwiezdnych wojnach. Jak wiadomo, na przestrzeni lat różni znani ludzie występowali na drugim i trzecim planie w filmach z odległej galaktyki. To taki hollywoodzki zwyczaj. Przeważnie goście kryli się za różnymi maskami i kostiumami, więc nie sposób było ich rozpoznać. Tymczasem Dave Filoni – od niedawna pan prezes LucasFilm – postanowił wystąpić u boku Pedro i Groga ubrany w swoje codzienne ciuchy i charakterystyczny kapelusz. Jest jednym z rebelianckich pilotów i kamera dwa razy pokazuje go w pełnej krasie. Tak się nie robi. To kompletnie zabija jakąkolwiek filmowość. To jest po prostu słabe, głupie i bez sensu.
Ciężko napisać coś więcej o Mandalorian i Grogu oprócz tego, że to nie jest zły film. Wygląda przyzwoicie, chociaż nie zapada w pamięć. Jest w nim sporo akcji, która podoba się młodszym nastolatkom, ale raczej nie zrobi wrażenia na starych fanach. Jest całkiem niezła, chwilami mocno nietypowa muzyka Ludwiga Göranssona, ale czasami zbyt nachalnie wychodzi na pierwszy plan. Z której strony nie spojrzeć, widać, że to kawałki serialu zszyte w film. Całkowicie oglądalny, chwilami zabawny, a nawet efektowny. Gdyby tak zaczął się trzeci sezon Mandalorianina, pewnie nikt nie powiedziałby złego słowa. Tyle że od Gwiezdnych wojen ja oczekuję widowiska, emocji i rozmachu, a przede wszystkim wizji, która rozpala wyobraźnię. W Mando są tego śladowe ilości, w związku z czym zupełnie nie dziwi mnie obojętność publiki wobec tego tytułu. Gwiezdne wojny bez tego magicznego pierwiastka, który potrafił stworzyć Lucas, są tylko kolejnym niczym niewyróżniającym się produktem filmowym. Poprawność i przeciętność w tym wypadku to grzech śmiertelny, bo zrównują ten świat do dziesiątek innych.
Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu (2026)
-
Ocena Crowleya - 5/10
5/10









Wyłapałem literówkę – „Orpócz”.
A co do cameo Filoniego, to podejrzewam, że większość widowni nie dowie się o nim nigdy, ja na przykład nie wiedziałem jak Filoni wygląda i nigdy nie powiedziałbym, że cameo było sztuczne.