FilmyKlasyka KinaRecenzje Filmowe

Szybkie recenzje #2 – lata 80.

Jakie filmy z lat 80-tych nie zyskały należnego im rozgłosu, co warto nadrobić, a co odświeżyć? Czy w Polsce powstał film sensacyjno-komediowy na miarę Hollywood? Czy pewien film z 1986 roku ma najlepszy soudtrack w historii kina? A także dwie historie, które mogły zdefiniować swój gatunek – opowieść o Alu Capone oraz nieprawdopodobnie klimatyczna baśń fantasy.

Lata 80-te w kinie dostarczyły wielu emocji. To miszmasz gatunków, z którego da się wyłuskać fantastyczne produkcje. Obok wielkich franczyz, jak „Indiana Jones” czy „Rambo„, powstało też kilka filmów, które należy znać. Nawet jeśli nie lubicie „staroci”, powinniście nadrobić kilka tytułów, które po pierwsze nie trącą myszką, po drugie obfitują w wielkie aktorskie kreacje, po trzecie ewentualne niedostatki techniczne przykrywają doskonałym scenariuszem.

Dylogia Henryka Kwinto

Rok 1981, Juliusz Machulski tworzy „heist movie”, który wygląda jak produkcja z najwyższej filmowej półki. Amerykanie czy Brytyjczycy nie powstydziliby się „Vabanku”. Praca kamery, aktorstwo, scenografia, kostiumy – czuć zapach wielkiego profesjonalizmu. Polska w okresie międzywojennym i legendarny kasiarz szykujący zemstę na swoim byłym współpracowniku. Zanim zachwyciliśmy się Georgem Clooneyem i Bradem Pittem szalejącymi w Las Vegas, mieliśmy Jana Machulskiego i Witolda Pyrkosza, który wraz z młodymi okrada bank Kramera. Rzecz jasna „Vabank” nie powala fajerwerkami i tempem. To nie jest historia pistoletów, a świetnie ubranych dżentelmenów z niebywałą klasą.

„Vabank” naprawdę wcale się nie zestarzał. Myślę, że gdyby rzecz działa się w międzywojennym Londynie czy Nowym Jorku, dziś mówilibyśmy o produkcji z wielkimi nagrodami na koncie. Scenariusz, scenariusz i jeszcze raz scenariusz. Juliusz Machulski usiadł i napisał dzieło kompletne w najdrobniejszych szczegółach. Przecież tutaj zgadza się naprawdę wszystko. Sam skok jest przemyślany i zrealizowany bardzo kreatywnie, a później rozpoczyna się genialna długa sekwencja komediowa, przy której nie da się nie zaśmiewać. Leonard Pietraszak miotający się w asyście policji, usiłujący przedstawić swoje alibi, to filmowe złoto.

A potem w 1984 roku Juliusz Machulski udowodnił, że da się z tej historii wycisnąć jeszcze więcej. Moja kontrowersyjna teza jest taka, że polski reżyser to mistrz kontynuacji. Zarówno przy okazji „Vabanku”, jak i późniejszego „Kilera” udało się dołożyć kilka procent więcej i stworzyć drugą część, która niczym nie ustępuje jedynce, a w mojej ocenie nawet je przebija. „Riposta” ma więcej zwrotów akcji, przekręt jest jeszcze bardziej wymyślny, jest więcej nieśmiertelnych klasyków (Poznań udający Monachium!). W tym filmie zaprezentowano więcej animozji między Kwinto a Kramerem, przez co jeszcze bardziej można zaangażować się w ich historię. Polski przemysł filmowy w latach 80-tych dostarczył wiele dobrych rzeczy, a dylogia „Vabank” jest koronnym przykładem tego, jaki poziom prezentowano nad Wisłą ponad czterdzieści lat temu.

Vabank (1981)  – ocena: 9/10

Vabank II, czyli riposta (1985) – ocena: 10/10

Misja ewangelizacja

Rok 1986, opus magnum Ennio Morricone oraz Jeremy’ego Ironsa. Film „Misja” to jeden z najbardziej niedocenionych obrazów w historii. Genialna historia, wspaniały Robert De Niro i chyba największe filmowe przeobrażenie z paskudnego łotra w bohatera. To, jaką drogę przechodzi Rodrigo Mendoza, jest nieprawdopodobne i wzruszające. Sceny z pokutą, którą musi wypełnić, oraz wszystko co po niej pokazuje, jak wspaniałe scenariusze tworzono w latach 80-tych. A w tle jest jeszcze młody Liam Neeson, który także dokłada swoje trzy grosze do tej historii, i przekaz miejscami budujący, innym razem gorzki i zmuszający do głębokiej refleksji.

W „Misji” zaprezentowano kwestie zderzenia cywilizacyjnego, kolejnego spotkania prymitywnych (z naszego punktu widzenia) Indian z wykształconymi i oświeconymi Europejczykami. Tak naprawdę wizytówką tego filmu i sceną, która najlepiej go definiuje, jest moment, kiedy ojciec Gabriel (Jeremy Irons) siada na kamieniu i gra na flecie, a wokół niego zbierają się słuchacze. Większość roboty robi wspomniany wyżej Ennio Morricone, który wspiął się na wyżyny swojego geniuszu (niestety na gali Oscarów muzyka klasyczna włoskiego mistrza przegrała z jazzem). Gdybym miał powiedzieć, dlaczego „Misja” jest filmem, który trzeba znać, wskazałbym na pozytywny patos tej historii i absolutnie nieoczywiste zakończenie. Nie można powiedzieć, by ta produkcja była schematyczna i przewidywalna. Trio Irons, De Niro, Neeson kapitalnie czuje się na planie, każdy daje z siebie wszystko. Do tego dochodzą jeszcze zjawiskowe zdjęcia, widoki i scenografie. Od strony technicznej „Misji” nie można zarzucić nic. Arcydzieło kinematografii, które nie wybiło się tak bardzo, jak na to zasługuje. To jest ten rodzaj filmu, któremu z czystym sumieniem trzeba dać dziesiątkę.

Misja (1986) – ocena: 10/10

Costner versus Capone

Nie ma bardziej ikonicznego gangstera niż Al Capone. Prohibicja w Stanach Zjednoczonych przewija się w dziesiątkach filmów i seriali. W 1987 roku do kin trafili „Nietykalni”, czyli historia grupy policjantów chcących posadzić za kratami największego gangstera lat 30-tych. Klimat Chicago, wielkie kreacje aktorskie, a za kamerą sam Brian De Palma, który cztery lata wcześniej dał światu „Człowieka z Blizną”. Tym razem zdecydowano się na nieco mniejsze tempo akcji i zdecydowanie mniej efekciarstwa. Skupiono się za to na przeniesieniu widza w realia okresu władzy Capone.

Ten film to kamień milowy w karierze trzydziestoletniego wtedy Kevina Costnera, dla którego był to pierwszy tak „duży” film. Nie jest to najlepsza rola w jego karierze, nie jest to nawet najlepsza rola w filmie, bo wszystkich przyćmiewa tutaj Sean Connery. Powiem więcej – Coster wypada blado także w konfrontacji z Robertem De Niro, a nawet Andym Garcią. Jest niepewny, jakby wiecznie spięty, brakuje mu doświadczenia i wiary we własne umiejętności. A jednak jest w tej jego grze coś uroczego i przyciągającego, co sprawia, że „Nietykalnych” ogląda się jeszcze lepiej. Nie jest to wielkie kino gangsterskie, raczej nierówny, mocno szarpany hołd dla starej szkoły, ale to nadal uczta dla kinomana.

Legendarna scena na schodach pokazuje, jakiego typu to jest film. Jeśli kupujecie taką konwencję, będziecie usatysfakcjonowani po obejrzeniu „Nietykalnych”. To jeden z takich klasyków, któremu naprawdę wiele można wybaczyć. Czasami trzeba patrzeć z mocnym przymrożeniem oka, ale według mnie absolutnie warto. Choćby dla wspomnianego wyżej Seana Connery’ego – to jedyna rola, za którą Szkot otrzymał Oscara, poza tym nie ma na koncie nawet nominacji.

Nietyklani (1987) – ocena: 8/10

Zanim świat zakochał się we Władcy Pierścieni

Fantasy w kinie kojarzy nam się dzisiaj głównie z Peterem Jacksonem i jego filmową trylogią Tolkiena. Wcześniej i później powstawały oczywiście produkcje w tym gatunku, ale zostawały w pamięci na krótki czas. W 1988 roku Ron Howard („Piękny umysł”, „Apollo 13”) wziął na warsztat baśń o karle, który wyrusza w podróż, ażeby uratować dziecko przed złą królową. „Willow” powala klimatem. Czuć w tym filmie zapach magii, zapach fantasy w najczystszej postaci. To nie jest tylko bajka dla dzieci, to kino familijne, które wytrzymuje próbę czasu. To także pokaz tego, że kiedyś twórcy wiedzieli, co jest najważniejsze w tego typu filmie. „Willow” ma duszę, ma głębie, ma zapadające w pamięć postaci, które nie są nijakie i nie powielają na siłę schematów.

„Willow” nie jest wielką epopeją, w której doświadczymy ogromnych bitew i tysiąca złowrogich bestii. To w sumie dość kameralna (jak na wprowadzone później do gatunku standardy) historia o walce dobra ze złem. Nostalgiczna podróż i kino drogi najwyższej próby. To jakościowa produkcja, która pokazuje, że da się zaczarować widzów czymś tak mało przyziemnym, codziennym i przewidywalnym. „Willow” to w konsekwencji późniejszych jego losów także przykład degradacji branży, jeśli chodzi o talenty scenopisarskie i czucie historii. W 2022 roku powstał bowiem serial o tej samej nazwie, z tym samym głównym bohaterem (gra go ten sam aktor – Warwick Davis) i jest to totalna disneyowska klapa. Popełniono wszystkie grzechy, które można było popełnić. Pokazano, że fantasty to dla dzisiejszych twórców tania rozrywka, w której muszą znaleźć się pewne oklepane do granic możliwości elementy, i że gatunek stał się całkowicie przewidywalny. Moim zdaniem odrobinę winne są temu gry, które zdominowały przekaz, a w których schemat goni schemat. I tak oto z legendarnego, otoczonego nimbem mistycyzmu filmu, stworzono niestrawnego potworka i kolejny argument dla tych, którzy twierdzą, że kiedyś to było, a teraz to nie ma.

Willow (1988) – ocena: 8/10

I to tyle jeśli chodzi o ten mini-przegląd lat 80-tych. Pięć filmów, które sporo łączy, choć na pewno nie tematyka. Mam nadzieję, że nie rozczarowaliście się lub nie rozczarujecie żadną z tych produkcji.

Szybkie recenzje - lata 80.
  • Vabank (1981) - 9/10
    9/10
  • Vabank II, czyli riposta (1985) - 10/10
    10/10
  • Misja (1986) - 10/10
    10/10
  • Nietykalni (1987) - 8/10
    8/10
  • Willow (1988) - 8/10
    8/10
To mi się podoba 6
To mi się nie podoba 1

Polecamy także

Komentarzy: 4

  1. Willowa muszę sobie przypomnieć. W ogóle mam chęć na te starocie fantasy w rodzaju Legendy albo Labiryntu.
    Co do Nietykalnych, to warto wspomnieć, że to też muzyka Morricone.
    Zaś jeśli chodzi o Vabanki, to nie zgodzę się jedynie z tym, że dwójka jest lepsza od jedynki. Co do reszty pełna zgoda, Machulski przez długi czas tworzył najbardziej hollywoodzkie filmy w Polsce. Bez kija w tyłku, bez teatru telewizji, lekko i z pomysłem. Jedynka była takim trochę pastiszem Żądła (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu).

    To mi się podoba 0
    To mi się nie podoba 0
    1. Ostatnim dobrym polskim filmem był Show.
      A te wszystkie Kingsajze, Vabanki i Seksmisje to coś niebywałego. Nie ma już u nas talentu ludzi tamtych czasów.

      Tylko kurde muszę sobie tę Ripostę przypomnieć chyba znów.

      To mi się podoba 1
      To mi się nie podoba 0
  2. Od siebie dodam tylko, że Vabank był debiutem fabularnym Juliusza Machulskiego. Zdecydowanie 10/10.

    To mi się podoba 2
    To mi się nie podoba 0
  3. Też nie zgodzę się, że Vabank II i Killer II były lepsze od jedynek. Jeżeli Vabank to 10, to Vabank II jakieś 8. A dwójka Killera nawet 7. Nietykalnych nie lubię. Ale ja po prostu nie lubię filmów gangsterskich, więc może i faktycznie jest tak świetny. Niestety nie dla mnie. Willow świetny (pamiętam jeszcze, jak próbowałem go wyczaić w wypożyczalni kaset), choć dziś już nieco razi kiepskimi efektami (zwłaszcza ten smok). No i ta nieszczęsna „Bawmorda”. 😀

    To mi się podoba 0
    To mi się nie podoba 1

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button