FilmyRecenzje Filmowe

Mortal Kombat 2 (2026)

Trailery kłamią. Po beznadziejnej czołówce pierwszego Mortal Kombat (2021), tym razem spodziewałem się wielkiego otwarcia z latającym logo smoka przy jednym z największych muzycznych bangerów w historii filmowych OST, wyrywania kręgosłupów i hektolitrów krwi spływających po ekranie. Tymczasem czołówka okazała się co najwyżej słabym pierdnięciem, kiedy zupełnie bez ikry na ekran wjechały napisy tytułowe filmu – tylko tym razem użyto nieco ładniejszej czcionki. Chwilę później dostaliśmy jedną z najgorszych walk, jakie widziałem w kinie, a ja zacząłem się zastanawiać nad tym, czy to aby nie jest właściwy moment… żeby wyjść z kina.

Fabułę w „Mortal Kombat 2” można streścić w trzech, góra czterech zdaniach. Jest sobie turniej, na którym przedstawiciele różnych krain (realms) walczą o dominację. Ziemi (Earthrealm) zagrża Outworld rządzone twardą ręką Shao Kahna, który chce przejąc władzę nad naszym światem. Żeby jednak to legalnie zrobić musi wygrać 10 turniejów z rzędu. Raiden zbiera więc najlepszych ziemskich wojowników, by powstrzymać inwazję.

Z tym razem to trochę na wyrost, bo ogólnie rzecz biorąc bóg piorunów stoi z boku i tylko się przygląda, tłumacząc się tym, że zasady ustalone przez starych bogów zabraniają mu bezpośredniego angażowania się w losy turnieju. O ile poprzednia część „MK” traktowała raczej o zbieraniu drużyny, w czym bardziej lub mniej skutecznie próbował przeszkadzać Shang Tsung – przydupas Shao Khana – tak tutaj w końcu dostajemy rzeczony turniej. Akcja względem poprzedniej części zdecydowanie więc przyspiesza, dostarczając nam tego, czego głównie się po takim filmie oczekuje: wesołego i widowiskowego, aczkolwiek niekoniecznie ambitnego lania się po ryjach. Nie oszukujmy się, o to tu głównie chodzi, a cała reszta jest tylko mniejszym bądź większym dodatkiem. To nie jest film, w którym z zapartym tchem będziemy śledzić kolejne wątki fabuły i wnikać w wewnętrzne rozterki poszczególnych bohaterów. Fabuły tu prawie nie ma, nie jest istotna, jest tylko tłem, a bohaterowie… cóż, są, ale tylko kilku z nich faktycznie ma większe znaczenie.

Wracają znani z poprzedniej części starzy znajomi, których nawet śmierć nie zatrzymała przed powrotem na ekran – wszakże w tym uniwersum śmierć jest tylko stanem przejściowym i nie ma większego znaczenia. Tym bardziej że do ekipy z Outworld dołącza Quan Chi – mag-czarownik, ochoczo wskrzeszający wcześniej poległych. Za sprawą jego magicznych sztuczek część „dobrych” wraca więc w barwach złych. Niektórzy jednak okazują się na tyle krnąbrni i niereformowalni, że zamiast po złej opowiadają się po swojej stronie. Jest to na swój sposób dość szalone i przewrotne, choć fabularnie ma sens i trzyma sie kupy. Poza tym to „MK”, tu wszystko jest możliwe, a kto zna to uniwersum, ten wie, że już wcześniej dochodziło w nim do kompletnych absurdów, a w liniach czasowych sami twórcy już dawno się pogubili. Gdyby ktoś zastanawiał się, czy przed seansem warto nadrobić „Mortal Kombat” z 2021 roku, żeby się nie zgubić w meandrach fabuły, to uprzedzam, że można, ale nie ma takiej konieczności. Istotne momenty, szczególnie kto kogo i w jakich okolicznościach wyeliminoiwał i tak będą pokazane w postaci flashbacków.

Gdyby oprzeć cały film na wątku tytułowego turnieju, to materiału starczyłoby co najwyżej na godzinę. Z podobnego założenia zapewne wyszli także twórcy, postanawiając dołożyć wątek poboczny – jakże wyszukany: ze skradzionym Raidenowi pierdzionkiem (amuletem, wisiorkiem czy czymś takim). Nie kojarzę w ogóle takiego motywu z poprzedniego filmu ani żeby Kano coś wykradł ze świątyni Światła (czy jak ona się tam nazywała), ale po raz kolejny: to „MK”, nobody cares, ukradł, to ukradł, po co drążyć temat? W każdym razie ten skradziony pierdzionek może posłużyć do zabrania mocy bogowi piorunów, którą to chce pozyskać Shao Khan, aby móc się stać nieśmiertelnym i równym bogom. W konsekwencji czego ferajna ziemskich wojowników w przerwach od tłuczenia się w turnieju, będzie tłuc się z poplecznikami Shao, próbując odzyskać wykradziony wisiorek.

Wiecie co było jednym z największych minusów poprzedniej cześci? Cole Young. Chociaż właściwie fakt, że nie zginął. Ten papierowy, totalnie nieciekawy i do bólu generyczny wojownik powraca. Całe szczęście tym razem to nie na jego barkach postanowiono oprzeć fabularny ciężar filmu, bowiem gwiadą wieczoru uczyniono Johnny’ego Cage’a.

It’s showtime!

Ktoś pamięta jeszcze Mortal Kombat 2: Unicestwienie? Ależ to był pozbawiony sensu gniot, w którym już na samym początku uśmiercili jedną z kluczowych postaci. Johny Cage ginie tam w całkowicie niezrozumiały i totalnie głupi sposób. Cóż, może gdyby autorzy wpadli na dość przewrotny pomysł zbudowania osi fabuły kręcącej się wokół tego wojownika, dostalibyśmy hit. Potencjał był. Zamiast tego jednak otrzymaliśmy to, co otrzymaliśmy, czyli wyrób filmopodobny. Tego błędu nie popełniono na szczęście przy okazji kręcenia „MK2”. Jeremy Slater (współnie z Edem Boonem i Johnem Tobiasem – twórcami franczyzy) napisał scenariusz kręcący się wokół postaci Johnny’ego, co było moim zdaniem kapitalnym posunięciem, wykorzystującym jego potencjał komediowy, czego mieliśmy już przedsmak przy pierwszej próbie przełożenia growego uniwersum na język filmu. Mortal Kombat z 1995 roku oprócz innych zalet wprowadzał bowiem specyficzną lekkość, która rezonowała z jego brutalnością, dając widzowi chwilę na złapanie oddechu pomiędzy kolejnymi scenami walki.

W tym przypadku mamy nieco podobnie. Tylko tym razem duet śmieszków nam się nieco zmienił. Przed premierą filmu najbardziej obawiałem się tego, jak wypadnie Karl Urban w roli podstarzałego, hollywoodzkiego aktora podrzędnych filmów akcji, którego prime time dawno już minął. O dziwo wyszło świetnie. Uciągnął rewelacyjnie te rolę i nie dość, że dał radę, to wręcz skradł całe widowisko. Praktycznie każda jego sarkastyczno-cyniczna wypowiedź wywoływała salwy śmiechu na widowni. Razem z Kano stworzyli duet wioskowych głupków – ale w taki pozytywny sposób, pozbawiony żenady (o którą niezwykle łatwo w takim przypadku, kiedy nieco za mocno przeszrżuje się z kiczowatym humorem). Świetnie się to oglądało, tym bardziej że te komediowe wątki sprawiły, że film nie jest aż tak bardzo nadęty jak poprzedni. Czasem co prawda zdarza mu się wpadać w nieco bardziej pompatyczne tony, ale to już zdecydowanie nie ten poziom.

Największą zmianą w stosunku do pierwszej części jest fabuła – w końcu wracająca na właściwe tory i obracająca się wokół rzeczonego turnieju. Mam jednak sporo zastrzeżeń co do tego, jak został zrealizowany i przedstawiony oraz tego, że zabrakło mu znanego z gier rozmachu i epickości. Trochę szkoda, ale jak widać byłoby to zbyt proste, żebyśmy w końcu dostali idealny film z tego uniwersum. W każdym razie nareszcie mamy turniej, a co za tym idzie widowiskowe walki – których poziom realizacji jest mocno… nierówny. Na pierwszy rzut oka widać wyraźny skok jakościowy względem poprzedniej części i tym razem nie zabraknie naprawdę rewelacyjnych sekwencji walk, ze świetną aranżacją na znanych z gier kultowych arenach. Nie zabraknie też krwawych fatality stanowiących esencję walk – chociaż mam wrażenie, że tych jednak więcej pokazano w poprzedniej części. Tym niemniej część pojedynków zrealizowana zostałą tak sobie, w sposób zupełnie nieangażujący widza – jak chociażby pierwsza walka Kitany z Cagem (chociaż motyw ze skakaniem po dachach fajny) albo Sindel z Sonyą – było to po prostu nijakie, mimo tego, że walczyły na arenie z kolcami, gdzie każdy nieostrożny ruch mógł zakończyć się śmiercią. Może właśnie dlatego tak bardzo ponad przeciętność wybijał się pojedynek Liu Kanga z Kung Lao, który był moim zdaniem najlepszą walką filmu – wisienką na torcie, poziomem wykonania przyćmiewajacą walkę finałową w Netherrealm. Świetna aranżacja i kapitalna dynamika starcia podkreślana dość dobrze zmontowaną akurat w tym miejscu ścieżką dźwiękową (Techno Syndrome 2026). Całość dopełniana soczystymi odgłosami wszystkich uderzeń, kopnięć czy też wirującego kapelusza Lao – czysta perfekcja. Jako fan gier (ale umiarkowany) byłem więcej niż ukontentowany.

Niezmiernie doceniam w „Mortal Kombat 2” kilka elementów. Film zrealizowany został z szacunkiem do materiału źródłowego. W końcu dostaliśmy mniej nadętą historię, przesyconą humerem, ze świetnymi walkami. Jednak jedną z najmocniejszych stron są wszystkie odniesienia do gier, które tylko fani tychże wyłapią. Charakterystyczne dla danych postaci odzywki, z niesmiertelnym „Let’s dance” Johnego czy potężnym „get over here” Skorpiona, aż po charakterystyczne ciosy specjalne. Ba, są także znane z gier areny. Pewnie nie wszystko wyłapałem, prawdziwi fani będą mieli tu pole do popisu, ale doceniam, jak wiele tu jest nawiązań, jak wiele smaczków i easter eggów.

Jednego za to nie potrafię zrozumieć. Jakim cudem, mając do dyspozycji jeden z największym muzycznych bangerów, z którym seria jest od lat utożsamiana, nie zostało to należycie wykorzystane? Dlaczego utwór (muszę przyznać, że w dodatku w dość kiepskim remixie) pojawia się ze trzy razy w przeciągu całego filmu gdzieś w tle, ale nigdy nie wybrzmiewa do końca, a w całości pojawia się dopiero w końcówce, kiedy na ekran wchodzą napisy? Kompletnie nie rozumiem, dlaczego w dzisiejszych czasach nie można stworzyć spójnej, współgrającej z obrazem i dynamicznej ścieżki dźwiękowej, która by nie sprawiała wrażenia stworzonej za pomocą jakiegoś automatycznego generatora. Mam wrażenie, że jest to problem niemal wszystkich dzisiejszych filmów i nie wiem, czym to jest spowodowane. Traktowanie muzyki po macoszemu? Oszczęności? W każdym razie „MK2” wiele traci przez taką sobie ilustrację muzyczną, która może i nie jest wybitnie zła, ale zdecydowanie brakuje jej dynamiki i tego „czegoś”.

Bardzo dyskusyjny jest też casting. Zupełnie jak w przypadku poprzedniej części – wszak większość aktorów w dwójce powraca – jest bardzo nierówno. Poza znakomitym doborem aktorów w przypadku Skorpiona (Hiroyuki Sanada), Sub Zero (Joe Taslim), Kung Lao (Max Huang), w kwestii groteskowych wyborów i kreacji prym dalej wiedzie obciachowy Shang Tsung (Chin Han), a nieco dalej plasuje się totalnie nijaki Cole Young (Lewis Tan). Kreacje Sonyi Blade (Jessica McNamee), Raidena (Tadanobu Asano), Kano (Josh Lawson) czy Quan Chi (Joe Taslim) też są mocno dyskusyjne. Jakoś zupełnie mi oni nie pasowali do postaci znanych z gier i uważam, że w przypadku doboru odpowiednich aktorów do tych ról, można się było nieco lepiej przyłożyć. Chociaż i tak zauważam tu znaczny progress w stosunku do poprzednika – tym razem żadnej z postaci nie udało się zepsuć aż tak jak Kabala, którego nie dało się w ogóle rozpoznać.

Finish Him!

„Mortal Kombat 2” to film 10/10 w kategorii „prawie”. Jest prawie dobry, prawie zabawny i prawie wyśmienity. Miałem wrażenie, że w kilku miejscach autorzy bali się pokazać zęby i na koniec zamiast zaserwowania epickiego fatality, popełnili faux pas w postaci babality, bo się palec na padzie omsknął. „Mortal Kombat 2” to trochę taki kolega, co przychodzi na imprezę już nieco podchmielony i spóźniony. Rzuca czerstwymi żartami na lewo i prawo, by tym zaskarbić sobie sympatię nieznajomej grupy imprezowiczów, szczególnie płci pięknej, udowadniając, jaki to z niego badboy. Po czym jako pierwszy zalicza zgon zasypiając na kanpie.

Jest tu trochę rubasznych żartów Kano, czerstwych one-linerów Johnny’ego, sporo lania się po ryjach, a i nawet nieco fabuły między tym wszystkim udało się wcisnąć. Ale nie oszukujmy się – to głównie film przy, którym można wyłączyć myślenie, rozsiąść się wygodnie w fotelu i rozkoszować nieskomplikowaną rozrywką. Oferuje całkiem sporo zabawy, bez ryzyka przegrzania zwojów mózgowych. I właśnie w takich kategoriach powinno się go oceniać. Jako niezbyt skomplikowane kino dla widza nieoczekującego zbyt wiele. Do kina szedłem bez większych oczekiwań. Bawiłem się świetnie. Partnerka, która nie zna totalnie lore świata gier, a nawet nie widziała poprzedniej części, również bawiła się dobrze. I o to właśnie chodzi 🙂

Mortal Kombat 2
  • Ocena kr4wca - 7.5/10
    7.5/10
  • Ocena SithFroga - 6/10
    6/10

Na koniec ciekawostka. Ed Boon (jeden z twórców marki) nie tylko był obecny na planie, ale także czuwał nad spójnością świata, lore, fatality oraz aren z materiałem źródłowym.  Zagrał także małe cameo w roli barmana na samym początku filmu – przez chwilę jest nawet widoczny w trailerze.

Przeglądając materiały dotyczące filmu natrafiłem na informację, że filmowy reboot planowany był jako trylogia. Pierwsza część miała skupiać się na wydarzeniach przed turniejem, druga na samym turnieju, a trzecia na tym, co było dalej – po turnieju. W związku z kiepską frekwencją i marnym radzeniem sobie w kinach „MK2” trzecia część stoi pod znakiem zapytania, a dwójka zapewne lada moment trafi do streamingu.

Okiem SithFroga

Poszedłem na film bez specjalnych oczekiwań i miło się rozczarowałem. Najnowszy Mortal Kombat jest dość wierny początkowej idei stojącej za powstaniem gry. Przez większą część seansu będziemy patrzeć na widowiskowe mordobicie zakończone jeszcze bardziej widowiskowym i najczęściej krwawym „finiszerem”. Fabuła jest pretekstowa, postaci płaskie jak naleśniki, ale przecież nie o to w tym chodzi…

Na plus zaliczam występ Karla Urbana w roli Johnny’ego Cage’a. Przebrzmiała gwiazda filmów akcji z epoki VHS, która ma szansę jeszcze coś znaczyć? Super! Szkoda, że scenariusz bardzo powierzchownie traktuje temat, bo mogłoby z tego wyjść coś ambitniejszego.

Show natomiast kradnie Kano. Uśmiałem się przy niemal każdym jego tekście. Typ ma konkretną motywację i jest  w tym autentyczny, przezabawny i wprowadza więcej luzu pomiędzy kolejnymi starciami. Podobnie rzecz ma się z Baraką i całym wątkiem jego osady i ludu. W kolejnej części powinni dorzucić więcej takich elementów.

Film cierpi tam gdzie pierwsze skrzypce grają postaci z jedynki. Liu Kang, Sonia, Kung Lao, aktorstwo na poziomie „Pamiętników z wakacji” w scenach, które w zamiarze są poważne – no nie da się tego traktować serio.

Nie wiem czy warto iść do kina na nowego Mortala, być może wystarczy seans w domu, kiedy film już trafi na streamingi. Natomiast na pewno warto obejrzeć, bo to najlepsza część od kultowej jedynki z 1995 roku. Wiem, że poprzeczka jest wyjątkowo nisko zawieszona, ale zawsze to jakiś pozytyw…

To mi się podoba 6
To mi się nie podoba 0

kr4wi3c

Niepoprawny marzyciel, słuchający na codzień dziwnie nie wpadającej w ucho muzyki z gatunku tych ostrzejszych, grający z reguły we wszelkiego rodzaju FPS'y podszyte lekko warstwą cRPG ale nie pogardzający też cRPG pełną gębą oraz raz na jakiś czas jakąś przygodówką z rodzaju tych starszych. Kiedyś NaPograniczu, obecnie FGSK


Jeśli chcesz docenić to, co robię bądź chciałbyś mnie w jakiś sposób wesprzeć, możesz postawić mi kawę.


Postaw mi kawę na buycoffee.to

Polecamy także

Jeden komentarz

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button