
Trailery kłamią. Po beznadziejnej czołówce pierwszego Mortal Kombat (2021), tym razem spodziewałem się wielkiego otwarcia z latającym logo smoka przy jednym z największych muzycznych bangerów w historii filmowych OST, wyrywania kręgosłupów i hektolitrów krwi spływających po ekranie. Tymczasem czołówka okazała się co najwyżej słabym pierdnięciem, kiedy zupełnie bez ikry na ekran wjechały napisy tytułowe filmu – tylko tym razem użyto nieco ładniejszej czcionki. Chwilę później dostaliśmy jedną z najgorszych walk, jakie widziałem w kinie, a ja zacząłem się zastanawiać nad tym, czy to aby nie jest właściwy moment… żeby wyjść z kina.
Fabułę w „Mortal Kombat 2” można streścić w trzech, góra czterech zdaniach. Jest sobie turniej, na którym przedstawiciele różnych krain (realms) walczą o dominację. Ziemi (Earthrealm) zagrża Outworld rządzone twardą ręką Shao Kahna, który chce przejąc władzę nad naszym światem. Żeby jednak to legalnie zrobić musi wygrać 10 turniejów z rzędu. Raiden zbiera więc najlepszych ziemskich wojowników, by powstrzymać inwazję.
Z tym razem to trochę na wyrost, bo ogólnie rzecz biorąc bóg piorunów stoi z boku i tylko się przygląda, tłumacząc się tym, że zasady ustalone przez starych bogów zabraniają mu bezpośredniego angażowania się w losy turnieju. O ile poprzednia część „MK” traktowała raczej o zbieraniu drużyny, w czym bardziej lub mniej skutecznie próbował przeszkadzać Shang Tsung – przydupas Shao Khana – tak tutaj w końcu dostajemy rzeczony turniej. Akcja względem poprzedniej części zdecydowanie więc przyspiesza, dostarczając nam tego, czego głównie się po takim filmie oczekuje: wesołego i widowiskowego, aczkolwiek niekoniecznie ambitnego lania się po ryjach. Nie oszukujmy się, o to tu głównie chodzi, a cała reszta jest tylko mniejszym bądź większym dodatkiem. To nie jest film, w którym z zapartym tchem będziemy śledzić kolejne wątki fabuły i wnikać w wewnętrzne rozterki poszczególnych bohaterów. Fabuły tu prawie nie ma, nie jest istotna, jest tylko tłem, a bohaterowie… cóż, są, ale tylko kilku z nich faktycznie ma większe znaczenie.
Wracają znani z poprzedniej części starzy znajomi, których nawet śmierć nie zatrzymała przed powrotem na ekran – wszakże w tym uniwersum śmierć jest tylko stanem przejściowym i nie ma większego znaczenia. Tym bardziej że do ekipy z Outworld dołącza Quan Chi – mag-czarownik, ochoczo wskrzeszający wcześniej poległych. Za sprawą jego magicznych sztuczek część „dobrych” wraca więc w barwach złych. Niektórzy jednak okazują się na tyle krnąbrni i niereformowalni, że zamiast po złej opowiadają się po swojej stronie. Jest to na swój sposób dość szalone i przewrotne, choć fabularnie ma sens i trzyma sie kupy. Poza tym to „MK”, tu wszystko jest możliwe, a kto zna to uniwersum, ten wie, że już wcześniej dochodziło w nim do kompletnych absurdów, a w liniach czasowych sami twórcy już dawno się pogubili. Gdyby ktoś zastanawiał się, czy przed seansem warto nadrobić „Mortal Kombat” z 2021 roku, żeby się nie zgubić w meandrach fabuły, to uprzedzam, że można, ale nie ma takiej konieczności. Istotne momenty, szczególnie kto kogo i w jakich okolicznościach wyeliminoiwał i tak będą pokazane w postaci flashbacków.
Gdyby oprzeć cały film na wątku tytułowego turnieju, to materiału starczyłoby co najwyżej na godzinę. Z podobnego założenia zapewne wyszli także twórcy, postanawiając dołożyć wątek poboczny – jakże wyszukany: ze skradzionym Raidenowi pierdzionkiem (amuletem, wisiorkiem czy czymś takim). Nie kojarzę w ogóle takiego motywu z poprzedniego filmu ani żeby Kano coś wykradł ze świątyni Światła (czy jak ona się tam nazywała), ale po raz kolejny: to „MK”, nobody cares, ukradł, to ukradł, po co drążyć temat? W każdym razie ten skradziony pierdzionek może posłużyć do zabrania mocy bogowi piorunów, którą to chce pozyskać Shao Khan, aby móc się stać nieśmiertelnym i równym bogom. W konsekwencji czego ferajna ziemskich wojowników w przerwach od tłuczenia się w turnieju, będzie tłuc się z poplecznikami Shao, próbując odzyskać wykradziony wisiorek.
Wiecie co było jednym z największych minusów poprzedniej cześci? Cole Young. Chociaż właściwie fakt, że nie zginął. Ten papierowy, totalnie nieciekawy i do bólu generyczny wojownik powraca. Całe szczęście tym razem to nie na jego barkach postanowiono oprzeć fabularny ciężar filmu, bowiem gwiadą wieczoru uczyniono Johnny’ego Cage’a.
It’s showtime!
Ktoś pamięta jeszcze Mortal Kombat 2: Unicestwienie? Ależ to był pozbawiony sensu gniot, w którym już na samym początku uśmiercili jedną z kluczowych postaci. Johny Cage ginie tam w całkowicie niezrozumiały i totalnie głupi sposób. Cóż, może gdyby autorzy wpadli na dość przewrotny pomysł zbudowania osi fabuły kręcącej się wokół tego wojownika, dostalibyśmy hit. Potencjał był. Zamiast tego jednak otrzymaliśmy to, co otrzymaliśmy, czyli wyrób filmopodobny. Tego błędu nie popełniono na szczęście przy okazji kręcenia „MK2”. Jeremy Slater (współnie z Edem Boonem i Johnem Tobiasem – twórcami franczyzy) napisał scenariusz kręcący się wokół postaci Johnny’ego, co było moim zdaniem kapitalnym posunięciem, wykorzystującym jego potencjał komediowy, czego mieliśmy już przedsmak przy pierwszej próbie przełożenia growego uniwersum na język filmu. Mortal Kombat z 1995 roku oprócz innych zalet wprowadzał bowiem specyficzną lekkość, która rezonowała z jego brutalnością, dając widzowi chwilę na złapanie oddechu pomiędzy kolejnymi scenami walki.
W tym przypadku mamy nieco podobnie. Tylko tym razem duet śmieszków nam się nieco zmienił. Przed premierą filmu najbardziej obawiałem się tego, jak wypadnie Karl Urban w roli podstarzałego, hollywoodzkiego aktora podrzędnych filmów akcji, którego prime time dawno już minął. O dziwo wyszło świetnie. Uciągnął rewelacyjnie te rolę i nie dość, że dał radę, to wręcz skradł całe widowisko. Praktycznie każda jego sarkastyczno-cyniczna wypowiedź wywoływała salwy śmiechu na widowni. Razem z Kano stworzyli duet wioskowych głupków – ale w taki pozytywny sposób, pozbawiony żenady (o którą niezwykle łatwo w takim przypadku, kiedy nieco za mocno przeszrżuje się z kiczowatym humorem). Świetnie się to oglądało, tym bardziej że te komediowe wątki sprawiły, że film nie jest aż tak bardzo nadęty jak poprzedni. Czasem co prawda zdarza mu się wpadać w nieco bardziej pompatyczne tony, ale to już zdecydowanie nie ten poziom.
Największą zmianą w stosunku do pierwszej części jest fabuła – w końcu wracająca na właściwe tory i obracająca się wokół rzeczonego turnieju. Mam jednak sporo zastrzeżeń co do tego, jak został zrealizowany i przedstawiony oraz tego, że zabrakło mu znanego z gier rozmachu i epickości. Trochę szkoda, ale jak widać byłoby to zbyt proste, żebyśmy w końcu dostali idealny film z tego uniwersum. W każdym razie nareszcie mamy turniej, a co za tym idzie widowiskowe walki – których poziom realizacji jest mocno… nierówny. Na pierwszy rzut oka widać wyraźny skok jakościowy względem poprzedniej części i tym razem nie zabraknie naprawdę rewelacyjnych sekwencji walk, ze świetną aranżacją na znanych z gier kultowych arenach. Nie zabraknie też krwawych fatality stanowiących esencję walk – chociaż mam wrażenie, że tych jednak więcej pokazano w poprzedniej części. Tym niemniej część pojedynków zrealizowana zostałą tak sobie, w sposób zupełnie nieangażujący widza – jak chociażby pierwsza walka Kitany z Cagem (chociaż motyw ze skakaniem po dachach fajny) albo Sindel z Sonyą – było to po prostu nijakie, mimo tego, że walczyły na arenie z kolcami, gdzie każdy nieostrożny ruch mógł zakończyć się śmiercią. Może właśnie dlatego tak bardzo ponad przeciętność wybijał się pojedynek Liu Kanga z Kung Lao, który był moim zdaniem najlepszą walką filmu – wisienką na torcie, poziomem wykonania przyćmiewajacą walkę finałową w Netherrealm. Świetna aranżacja i kapitalna dynamika starcia podkreślana dość dobrze zmontowaną akurat w tym miejscu ścieżką dźwiękową (Techno Syndrome 2026). Całość dopełniana soczystymi odgłosami wszystkich uderzeń, kopnięć czy też wirującego kapelusza Lao – czysta perfekcja. Jako fan gier (ale umiarkowany) byłem więcej niż ukontentowany.
Niezmiernie doceniam w „Mortal Kombat 2” kilka elementów. Film zrealizowany został z szacunkiem do materiału źródłowego. W końcu dostaliśmy mniej nadętą historię, przesyconą humerem, ze świetnymi walkami. Jednak jedną z najmocniejszych stron są wszystkie odniesienia do gier, które tylko fani tychże wyłapią. Charakterystyczne dla danych postaci odzywki, z niesmiertelnym „Let’s dance” Johnego czy potężnym „get over here” Skorpiona, aż po charakterystyczne ciosy specjalne. Ba, są także znane z gier areny. Pewnie nie wszystko wyłapałem, prawdziwi fani będą mieli tu pole do popisu, ale doceniam, jak wiele tu jest nawiązań, jak wiele smaczków i easter eggów.
Jednego za to nie potrafię zrozumieć. Jakim cudem, mając do dyspozycji jeden z największym muzycznych bangerów, z którym seria jest od lat utożsamiana, nie zostało to należycie wykorzystane? Dlaczego utwór (muszę przyznać, że w dodatku w dość kiepskim remixie) pojawia się ze trzy razy w przeciągu całego filmu gdzieś w tle, ale nigdy nie wybrzmiewa do końca, a w całości pojawia się dopiero w końcówce, kiedy na ekran wchodzą napisy? Kompletnie nie rozumiem, dlaczego w dzisiejszych czasach nie można stworzyć spójnej, współgrającej z obrazem i dynamicznej ścieżki dźwiękowej, która by nie sprawiała wrażenia stworzonej za pomocą jakiegoś automatycznego generatora. Mam wrażenie, że jest to problem niemal wszystkich dzisiejszych filmów i nie wiem, czym to jest spowodowane. Traktowanie muzyki po macoszemu? Oszczęności? W każdym razie „MK2” wiele traci przez taką sobie ilustrację muzyczną, która może i nie jest wybitnie zła, ale zdecydowanie brakuje jej dynamiki i tego „czegoś”.
Bardzo dyskusyjny jest też casting. Zupełnie jak w przypadku poprzedniej części – wszak większość aktorów w dwójce powraca – jest bardzo nierówno. Poza znakomitym doborem aktorów w przypadku Skorpiona (Hiroyuki Sanada), Sub Zero (Joe Taslim), Kung Lao (Max Huang), w kwestii groteskowych wyborów i kreacji prym dalej wiedzie obciachowy Shang Tsung (Chin Han), a nieco dalej plasuje się totalnie nijaki Cole Young (Lewis Tan). Kreacje Sonyi Blade (Jessica McNamee), Raidena (Tadanobu Asano), Kano (Josh Lawson) czy Quan Chi (Joe Taslim) też są mocno dyskusyjne. Jakoś zupełnie mi oni nie pasowali do postaci znanych z gier i uważam, że w przypadku doboru odpowiednich aktorów do tych ról, można się było nieco lepiej przyłożyć. Chociaż i tak zauważam tu znaczny progress w stosunku do poprzednika – tym razem żadnej z postaci nie udało się zepsuć aż tak jak Kabala, którego nie dało się w ogóle rozpoznać.
Finish Him!
„Mortal Kombat 2” to film 10/10 w kategorii „prawie”. Jest prawie dobry, prawie zabawny i prawie wyśmienity. Miałem wrażenie, że w kilku miejscach autorzy bali się pokazać zęby i na koniec zamiast zaserwowania epickiego fatality, popełnili faux pas w postaci babality, bo się palec na padzie omsknął. „Mortal Kombat 2” to trochę taki kolega, co przychodzi na imprezę już nieco podchmielony i spóźniony. Rzuca czerstwymi żartami na lewo i prawo, by tym zaskarbić sobie sympatię nieznajomej grupy imprezowiczów, szczególnie płci pięknej, udowadniając, jaki to z niego badboy. Po czym jako pierwszy zalicza zgon zasypiając na kanpie.
Jest tu trochę rubasznych żartów Kano, czerstwych one-linerów Johnny’ego, sporo lania się po ryjach, a i nawet nieco fabuły między tym wszystkim udało się wcisnąć. Ale nie oszukujmy się – to głównie film przy, którym można wyłączyć myślenie, rozsiąść się wygodnie w fotelu i rozkoszować nieskomplikowaną rozrywką. Oferuje całkiem sporo zabawy, bez ryzyka przegrzania zwojów mózgowych. I właśnie w takich kategoriach powinno się go oceniać. Jako niezbyt skomplikowane kino dla widza nieoczekującego zbyt wiele. Do kina szedłem bez większych oczekiwań. Bawiłem się świetnie. Partnerka, która nie zna totalnie lore świata gier, a nawet nie widziała poprzedniej części, również bawiła się dobrze. I o to właśnie chodzi 🙂
Na koniec ciekawostka. Ed Boon (jeden z twórców marki) nie tylko był obecny na planie, ale także czuwał nad spójnością świata, lore, fatality oraz aren z materiałem źródłowym. Zagrał także małe cameo w roli barmana na samym początku filmu – przez chwilę jest nawet widoczny w trailerze.
Przeglądając materiały dotyczące filmu natrafiłem na informację, że filmowy reboot planowany był jako trylogia. Pierwsza część miała skupiać się na wydarzeniach przed turniejem, druga na samym turnieju, a trzecia na tym, co było dalej – po turnieju. W związku z kiepską frekwencją i marnym radzeniem sobie w kinach „MK2” trzecia część stoi pod znakiem zapytania, a dwójka zapewne lada moment trafi do streamingu.
Okiem SithFroga
Poszedłem na film bez specjalnych oczekiwań i miło się rozczarowałem. Najnowszy Mortal Kombat jest dość wierny początkowej idei stojącej za powstaniem gry. Przez większą część seansu będziemy patrzeć na widowiskowe mordobicie zakończone jeszcze bardziej widowiskowym i najczęściej krwawym „finiszerem”. Fabuła jest pretekstowa, postaci płaskie jak naleśniki, ale przecież nie o to w tym chodzi…
Na plus zaliczam występ Karla Urbana w roli Johnny’ego Cage’a. Przebrzmiała gwiazda filmów akcji z epoki VHS, która ma szansę jeszcze coś znaczyć? Super! Szkoda, że scenariusz bardzo powierzchownie traktuje temat, bo mogłoby z tego wyjść coś ambitniejszego.
Show natomiast kradnie Kano. Uśmiałem się przy niemal każdym jego tekście. Typ ma konkretną motywację i jest w tym autentyczny, przezabawny i wprowadza więcej luzu pomiędzy kolejnymi starciami. Podobnie rzecz ma się z Baraką i całym wątkiem jego osady i ludu. W kolejnej części powinni dorzucić więcej takich elementów.
Film cierpi tam gdzie pierwsze skrzypce grają postaci z jedynki. Liu Kang, Sonia, Kung Lao, aktorstwo na poziomie „Pamiętników z wakacji” w scenach, które w zamiarze są poważne – no nie da się tego traktować serio.
Nie wiem czy warto iść do kina na nowego Mortala, być może wystarczy seans w domu, kiedy film już trafi na streamingi. Natomiast na pewno warto obejrzeć, bo to najlepsza część od kultowej jedynki z 1995 roku. Wiem, że poprzeczka jest wyjątkowo nisko zawieszona, ale zawsze to jakiś pozytyw…
Mortal Kombat 2
-
Ocena kr4wca - 7.5/107.5/10
-
Ocena SithFroga - 6/106/10









Solidne 7/10, bawiłem się wybornie.
Jak ktoś taki może wystawić opinie skoro gościu ma klapki na oczach. Nie wystawiaj opini na temat rzeczy na których się nie znasz dziecko
Film gorszy pod wieloma względami niż oryginał z 95 i nie wiem czym tu się zachwycać
No tutaj niestety racja, ale jedynka po prostu trafiła idealnie ze wszystkim: casting, czasy, przemoc, muzyka. Doskonały popcornowy film typu „killing i fighting” 🙂
Bardzo fajny. Jedyne co mi się nie podobało to nadmierne wskrzeszanie postaci i pojawianie się starych np. Skorpion w tej części nie miał nic ciekawego do zrobienia był bo był. Co do innych postaci:
Ten Raiden jest skopany nie z powodu aktora a z powodu kija w pewnej części ciała.
Johnny całkiem niezły.
Kano jedyna postać którą warto było wskrzesić.
Cole- Shao Kahn wreszcie zrobił coś dobrego w życiu.
Sonya nijaka, tak jak jej partner, w 95 Jax też został źle potraktowany, chyba nikt go nie lubi.
Kitana dobra postać, byłoby lepiej gdyby nie jej przyjaciólka która pałętała się nie wiadomo po co.
Shao świetny złol, nie gadać tylko przypierdzielić młotem i tak całe życie.
Nie no Skorpion przecież pojawił się w finale w konkretnym celu żeby odbębnić „Get over here” – bez którego nie mogło zabraknąć dobrego filmu o MK.
Raiden skopany po całości. Od średniego castingu po kij w wiadomym miejscu. Lambert nadal najlepszy, nieco ironiczny, zwykle milczący – jak już coś powie to wiadomo, że będzie to istotne, ze specyficznym poczuciem humoru.
Kano świetny, mocno inspirowany pierwszym MK z 95 roku.
Przez większość filmu miałem wrażenie, że Sonya i Jax są tam tylko po to żeby zbierać oklep i zginąć. Potraktowani trochę po macoszemu, jako zapychacze. Trochę szkoda.
Kitana wypadła świetnie, ewidentnie był pomysł na tę postać, czego nie można powiedzieć o Mileenie – jest bo jest, ale w sumie to nie wiadomo po co.
Shao klasa – po kiepskim MK: Unicestwienie w końcu go pokazali jak należy. Typ, który najpierw wali młotem, a dopiero później zadaje pytania (albo i nie) i o to chodzi.
Natomiast najbardziej przegranym dla mnie pozostaje Shang Tsung, nie mam pojęcia kto i dlaczego go tak skrzywdził.
Co do Raidena: kolega mi zwrócił uwagę, że to ten sam aktor, który grał Pana Yabu w nowym Shogunie. A tam był fenomenalny.
Shang Tsung to jest tragedia: dziwny koleś z dziwną fryzurę w dziwnej sukience.
Jak ktoś taki może wystawić opinie skoro gościu ma klapki na oczach. Nie wystawiaj opini na temat rzeczy na których się nie znasz dziecko
Nie moja wina, że Ci się nie podobało. Ja bawiłem się przednio – mimo że film znacząco odbiega od tego jak chciałbym żeby wyglądał.
Liczba i jakość twoich argumentów powaliły nas na łopatki!
To teraz moje 3 grosze, bo wszedł na HBO.
Piszę z perspektywy gościa, który musiał swoje wysłuchać za naparzanie w klawiaturę (i jej wymianę) w czasach, gdy była to równowartość worka pieniędzy.
Mortal Kombat zawsze był mordobiciem i nawalanką postaci w przeróżnej kombinacji a jedynym scenariuszem był turniej dwóch stron, który trzeba wygrać mierząc się nawet ze swoim odbiciem. A później z sąsiadem. I drugim.
Produkcją z ’95 byłem zachwycony, a że człowiek gówniak to i ’97 łyknął, choć nie pasowało to momentami mocno. A później przyszły czasy, gdy albo nie było odpowiedniego sprzętu do kolejnych odsłon, albo kasę lepiej było wydać na coś innego. Nie pisze tego po to, żeby zainteresować kogokolwiek moją historią, ale żeby wyłożyć pewien punkt widzenia.
Gdy weszła nowa odsłona filmu, emocje były umiarkowane, ale do przebrnięcia. Teraz obejrzałem drugą, potem znowu pierwszą i znowu drugą.
Ta wizja ma swoje problemy, nie będę mówił, że nie. Ale chyba muszę trochę stanąć w jej obronie.
Przewertowałem trochę materiałów w sieci, trochę zapragnąłem AI (nareszcie do czegoś się przydało) i dowiedziałem się, że historia „późniejszych” gier doprowadziła do momentu, w którym Raiden/Liu Kang wysłał siebie/wiadomość do młodszego siebie i w ten sposób powstał reboot uniwersum i coś na kształt multiwersum – kolejne gry, więc czemu nie produkcje? Już była taka fantazja przy okazji serialu o Kung Lao (to, gdzie ninja na kształt kitowców z Power Rangers w każdym odcinku padali jak muchy i za każdym razem był ten sam cios, po którym jeden z nich robił salto w poziomie).
Wersję McQuoida potraktowałem jako właśnie taką multiwersową wariację. Na swój sposób jest ciekawa.
Ale to tylko subiektywny punkt widzenia, z którym nikt więcej nie musi się zgadzać 😀
Kupuję zdecydowanie Kano i zupełnie inaczej teraz patrzę na tą postać, kupuję Urbana jako Johnnego Cage’a, z resztą jest jako tako, np. Shang Tsung wygląda dla mnie wcale nie tak źle ale stał się jakąś popierdółką a bossem. Sama akcja leci „na łeb na szyję” i odhacza kolejne elementy w stylu wersji z ’97 (byle więcej postaci pokazać choć przez chwilę, chociaż po zastanowieniu to bez sensu).
Zrobiłem sobie nawet pewną notatkę przy rewatchu – spisałem postaci, które się pojawiły w nowej odsłonie i wyszło mi, że przeciwników Earthrealm jest ze dwa razy więcej i padają jak muchy, więc w gruncie rzeczy wcale to armia Shao Khana nie jest taka potężna. Zwłaszcza, że potrzebował wspomóc się wskrzeszonym Kungiem Lao, a sam musiał zabrać moc starszemu bogu, żeby stanąć w szranki przeciwko, no właśnie komu? „Przeciętniakowi”? Dobrze, że chociaż ktoś z tych ziemskich wojowników ginie, bo byłoby to po prostu nudne.
Mam też wrażenie, że mieszane i negatywne opinie odbiły się nieco na wizji tej wersji kinowego świata. Pasuje do tego scena w barze i wymiana zdań miedzy Johnnym a fanem o trzymaniu się staroci, które minęły. Pasuje pewna niespójność tempa między I a II odsłoną, gdzie sama akcja zaczęła galopować do ukazania turnieju.
To też dobry wątek – turniej rozpocznie się na życzenie Shao Khana, choć ten sam nie miał gotowej listy wojowników. I jak w ogóle to działa? Turniej jest między dwoma światami czy wszystkimi? Czy nie wszyscy muszą wyrazić gotowość? Czy turniej nie odbywa się w regularnych odstępach tylko na zawołanie? Dość niejasny to dla mnie wątek.
Niemniej nowe MKII oceniam pozytywnie i mam nadzieję, że ta trylogia zostanie skompletowana, chociaż sam w tym niewiele pomogłem (no ale taki był to okres, że były ważniejsze rzeczy niż wybranie się do kina).
Do naparzania w MK to miałem specjalną starą klawiaturę, którą wyciągnąłem z warsztatów szkolnych. Może i była stara i głośna ale w przeciwieństwie do tego całego szajsu który był wtedy dostępny dawała możliwość komfortowego grania we dwie osoby bo się przyciski nie blokowały. Można było napierniczać kombosami aż echo szło po pokoju od napierniczania klawiszy.
Jeśli chodzi o lore to jakoś nigdy mnie to nie interesowało. Liczyło się tylko wzajemne napierniczanie po ryjach, udowodnienie że jest się lepszym od kumpla, chociaż zwykle to ja otrzymywałem oklep i zdążenie ze zrobieniem fatality na koniec. Wszystko inne nie miało znaczenia.
Nowe MKII wypada pozytywnie o ile nie zaczniemy zagłębiać się jakoś specjalnie w fabułę. Ja się nawet nie starałem wyłapać wszystkich niuansów fabularnych bo zaraz by się okazało, że tam mało co ma sens 😉
To i ja dorzucę swoją opinię, bo akurat w zeszłym tygodniu przy odpalaniu kolejnego odcinka Rodu Smoka natrafiłem na info, że nowy MK2 jest na HBO, a że niedawno odświeżyłem sobie jedynkę, wiedziałem już co będę oglądać w weekend 🙂
Wrażenia? Bardzo pozytywne i zgadzam się z większą częścią Waszych recenzji i opinii Daikena. Nie spodziewałem się wymagającej fabuły i chciałem po prostu obejrzeć dobrze zrealizowane i efektowne mordobicie z odrobiną humoru, jak to na ogół w MK bywa. No i dostałem dokładnie to co chciałem 🙂 Dwójkę uważam za znacznie lepszą niż jedynkę – nie tylko dlatego, że wreszcie mamy tytułowy turniej, a nie tylko przygotowania do niego, ale też jest to sprawnie poprowadzone fabularnie i właściwie w ogóle nie nudzi. Fakt, pojedynki są trochę nierówne i niektóre z nich mogłyby być trochę bardziej angażujące, za to pozostałe w większości wyszły kapitalnie – zwłaszcza walka Liu Kanga z Kung Lao i ten wirujący kapelusz w tle – majstersztyk!
Karl Urban świetnie sprawdził się w roli podstarzałego aktora filmów klasy B, o którym nikt już nie pamięta, a który ostatecznie okazuje się bohaterem, rzucając w międzyczasie sporo cynicznych i celnych ripost. Do tego rewelacyjny Kano i jego teksty, przy których wybuchało się śmiechem – tych dwóch stworzyło naprawdę bardzo fajny duet 🙂
Hiryuki Sanada to aktor, którego bardzo lubię i jego Skorpiona cały czas dobrze się ogląda.
Kitana też spoko, miała dosyć dużą rolę i ją udźwignęła.
Na drugim biegunie drętwi Raiden i Shang Tzung i trochę irytująca Jade.
Shao Kahn jako złol trochę za słaby, przegrywał pojedynek z niemal każdym, z kim walczył 😉 Ale ostatecznie też dał radę jako główny antagonista.
Spodobał mi się też pomysł na powroty tych, którzy wcześniej zginęli. Zwłaszcza Kung Lao walczący po tej „złej” stronie był ciekawy. No i oportunista Kano, który robi to, co mu się najbardziej opłaca i znów wrócił na stronę „ziemską” 😉
Fajnie też, że w końcu zaczęli uśmiercać przedstawicieli Ziemii. Zwłaszcza efektowna była śmierć Cole’a Younga.
No i różne teksty postaci, nawiązujące do gier, areny, kombinacje ciosów itd. Bardzo fajne smaczki dla fanów.
Wiadomo, że niektóre sceny mogłyby zostać lepiej nakręcone, fajnie by było usłyszeć częściej motyw muzyczny z MK, a fabuła jest tu tylko pretekstem do pokazania mordobicia – ale taka jest konwencja tego filmu.
Ode mnie solidne 7/10, bo bardzo fajnie się bawiłem przez te 2 godziny seansu. I na pewno jeszcze sobie tę część ponownie odpalę, może nawet niedługo.
Też żałuję, że nie dałem rady być na tym w kinie, ale maj i czerwiec miałem dosyć zalatany. I w sumie nie spodziewałem się, że ta część będzie taka dobra, a los całej trylogii wisi na włosku. Mam nadzieję, że trójka jednak wyjdzie, bo autentycznie jestem ciekaw, co twórcy jeszcze chcieli nam pokazać. Prawdopodobnie znów wrócą wszyscy bohaterowie, przynajmniej ci dobrzy, bo po coś tego nekromantę pojmali, zresztą bodajże Raiden wspomniał, że trzeba sprowadzić tych ziemskich mistrzów, którzy polegli.
Obyśmy jeszcze mogli za jakiś czas pokomentować tutaj zwieńczenie całej trylogii 🙂
Przecież Shao stoczył trzy pojedynki z czego wygrał dwa. Więc jakie prawie wszystkie przegrał ?
„Wygrał”, bo miał nieśmiertelność i nie można go było zabić. Tak naprawdę tylko z ojcem Kitany wygrał uczciwie, potem Cole Young mu poderżnął gardło, a w zamku Liu Kang go złoił bez problemu i też by go zabił, gdyby nie ta nieśmiertelność.
No i finałowa walka też przegrana. Jak na głównego bossa to powinien sobie lepiej radzić bez kodów na nieśmiertelność 😛