
O tym, jak źle jest z “Gwiezdnymi wojnami”, niech świadczy fakt, że pomimo ciągnięcia losów, typowania ochotników, a nawet stosowania gróźb słownych i piorunujących spojrzeń, nikt z redakcji nie ma ochoty iść do kina na “Mandalorian i Grogu”, a potem jeszcze pisać recenzji. Żeby jednak nie pokpić sprawy do końca, postanowiłem uporać się z traumą przeszłości i wrócić do trzeciego sezonu pewnego serialu.
Kiedy w 2019 roku „The Mandalorian” debiutował na Disney+, pojawił się promyczek nadziei, że nie wszystko spod ręki Myszki Miki musi być złe. Po chaosie trylogii sequeli serial Jona Favreau oferował coś, czego uniwersum pilnie potrzebowało: prostą, czytelną opowieść z nowym bohaterem, własną tożsamością i przygodową energią, która przypominała, że “Gwiezdne wojny” to przede wszystkim przygoda i prostota (ale nie prostactwo!). Nawet jeśli pierwszy sezon nie był wolny od wad, miał strukturę, atmosferę i wyczucie świata. Drugi poszedł w stronę bezpiecznego fanserwisu, ale nadal potrafił dać widzom emocje. Trzeci sezon natomiast sprawia wrażenie, jakby nie tylko zapomniał, o czym miał być, ale wręcz przestał rozumieć, dlaczego kiedykolwiek zadziałał.
Najpoważniejszym problemem trzeciej serii jest jego fundamentalna nieumiejętność opowiedzenia spójnej historii. Punkt wyjścia wydawał się prosty: Din Djarin, wykluczony ze swojej społeczności po zdjęciu hełmu, ma udać się na Mandalore i dokonać rytualnego odkupienia. To jest cel, stawka i potencjalny motor napędowy dla całego sezonu. Zamiast jednak rozwijać ten wątek w sposób konsekwentny, serial natychmiast rozprasza się na dziesiątki pobocznych zadań: trzeba odwiedzić Navarro, wskrzesić IG-11, znaleźć dla niego część, wrócić na Tatooine, pozyskać innego droida, skonsultować się z Bo-Katan, zająć się piratami. Oglądając te odcinki, ma się wrażenie uczestniczenia nie w spójnym serialu, a raczej w ciągu mechanicznych questów, które ktoś połączył cienką nicią scenariusza tylko po to, by zapełnić osiem odcinków. Poprzednie sezony miały podobny problem, ale tym razem całość stała się męcząca i nużąca.
Na domiar złego sezon trzeci rozpoczyna się od narracyjnego oszustwa wobec widza. Finał drugiego sezonu, w którym Din żegna się z Grogu i oddaje go Luke’owi Skywalkerowi, był jednym z nielicznych momentów w serialach Disneya osadzonych w tym uniwersum, które naprawdę miały emocjonalny ciężar. Była tam również strata, poświęcenie i poczucie, że bohater przeszedł jakąś realną drogę. Tymczasem sezon trzeci zachowuje się tak, jakby nic takiego się nie wydarzyło. Grogu znów jest z Dinem, a wyjaśnienie tego kluczowego zwrotu fabularnego przeniesiono do „Księgi Boby Fetta”, serialu formalnie osobnego. To nie jest drobny szczegół dla uważnych fanów , tylko centralny element relacji dwóch protagonistów. Jeśli widz nie śledził całej serialowej epopei Lucasfilmu, ma pełne prawo czuć się zdezorientowany i wyłączony z opowieści. To symptom szerszego problemu: Disney coraz częściej nie opowiada historii, lecz “zarządza franczyzą”, zakładając, że wszystko musi być połączone, nawet kosztem przejrzystości.
Osobnym problemem jest tempo. Sezon trzeci nie tyle rozwija się powoli, ile zatrzymuje się regularnie w nieuzasadnionych miejscach. Najlepszym przykładem jest rozbudowany epizod z doktorem Pershingiem na Coruscant. Sam pomysł, by pokazać Nową Republikę jako system biurokratyczny, nieudolny i podatny na moralne kompromisy, jest interesujący, ale co z tego, skoro zamieniono ten wątek w długi, pozbawiony napięcia przerywnik. Powolne spacery, rozmowy o codzienności, oczywista intryga, którą widz odczytuje po kilku minutach, i brak wyraźnego związku z główną osią sezonu – wszystko to sprawia, że odcinek wygląda jak pilot do innego serialu, przypadkowo wciśnięty do „Mandalorianina” albo jako sztuczny zapychacz czasu.
Najbardziej dotkliwa okazuje się jednak zmiana głównego bohatera. Nie ma nic złego w tym, że serial rozszerza perspektywę i rozwija postacie drugoplanowe. Bo-Katan Kryze to postać z potencjałem, dobrze znana z animacji i nieźle zagrana Katee Sackhoff. Problem polega na tym, że trzeci sezon nie rozwija jej obok Dina Djarina, lecz kosztem Dina Djarina. Tytułowy bohater staje się z odcinka na odcinek coraz bardziej bierny. To nie on prowadzi fabułę, nie on podejmuje kluczowe decyzje i nie on przechodzi najważniejszą przemianę. Gdy tylko Bo-Katan pojawia się na ekranie, Din zaczyna funkcjonować jak towarzysz, którego zadaniem jest potwierdzać słuszność jej drogi. Jak przystało na prawdziwego pantoflarza. Można było uczynić z tego ciekawą opowieść o podzielonym przywództwie, kryzysie wiary i redefinicji mandaloriańskiej tożsamości. Serial wybiera jednak znacznie łatwiejsze rozwiązanie: odbiera protagonistyczną sprawczość postaci, na której zbudowano dwie pierwsze serie, i nie oferuje w zamian równie przekonującej alternatywy. Złośliwi powiedzieliby, że Bo-Katan jest lepsza, bo jest kobietą. Dobrze, że nie jestem złośliwy.
Ten problem widać jeszcze wyraźniej w sposobie, w jaki serial traktuje Grogu. Postać, która początkowo była katalizatorem przemiany Dina, została niemal całkowicie zredukowana do roli uroczego dodatku. Grogu jest obecny niemal w każdej scenie, ale rzadko uczestniczy w wydarzeniach na poziomie emocjonalnym. Nie rozwija się, nie mówi, nie staje przed trudnymi wyborami. Jest towarowym symbolem marki i maskotką, nie zaś pełnoprawnym uczestnikiem opowieści. Tym bardziej boli to w kontekście wspomnianego finału sezonu drugiego, który sugerował, że serial odważy się pójść w stronę rozłąki i dorastania obu bohaterów. Zamiast tego nastąpił wygodny reset.
Trzeci sezon kompromituje się również na poziomie logiki świata przedstawionego. Mandalorianie, którzy jakoby stanowią elitarną kulturę wojowników, są tu regularnie przedstawiani jako grupa ludzi podejmujących zdumiewająco nierozsądne decyzje. Ukrywają się w miejscu łatwym do wykrycia, nie zabezpieczają terenu mimo wielokrotnych ataków potworów, ścigają porywacza na plecakach odrzutowych bez planu i z ograniczonym paliwem, po czym wyglądają na zaskoczonych, że to nie działa. Nowa Republika z kolei okazuje się tak niekompetentna, że trudno traktować ją jako wiarygodną strukturę polityczną. Problem nie polega na tym, że bohaterowie popełniają błędy (co może być interesujące), lecz na tym, że scenariusz wymusza na nich głupotę po to, by kolejne sceny mogły się wydarzyć. To przykład bardzo źle napisanego scenariusza.
Jeśli dodać do tego bardzo niespójny ton całości, otrzymujemy obraz serialu, który nie potrafi zdecydować, czym właściwie chce być. Najbardziej jaskrawym przykładem pozostaje odcinek z Jackiem Blackiem, Lizzo i Christopherem Lloydem. „The Mandalorian” od początku miał lekkość space westernu i pulpowej przygody, ale ten epizod sprawia wrażenie osobnego, dziwacznego widowiska, w którym celebryckie epizody i droidowa zagadka dominują nad dramaturgią. Sama obecność znanych twarzy nie jest problemem – problemem jest to, że w tym przypadku odciągają uwagę od świata, zamiast go wzbogacać. “Gwiezdne Wojny” zawsze balansowały na granicy baśni, kampu i mitu, ale potrzebowały wyczucia. Tutaj tego wyczucia zwyczajnie zabrakło.
Finał sezonu nie wynagradza żadnej z tych słabości. Powrót Moffa Gideona mógł przywrócić opowieści wyraźnego antagonistę i skupić rozproszone wątki. Tymczasem otrzymujemy kolejne mnożenie franczyzowych tropów: klony, projekty prowadzące do sequeli, aluzje do Snoke’a i Palpatine’a, a także wątek klonów Gideona obdarzonych Mocą, który brzmi jak desperacka próba połączenia wszystkiego ze wszystkim. To nie jest organiczne rozwinięcie historii, lecz retroaktywne uzasadnianie problemów większego uniwersum. Symptomatyczne jest również potraktowanie Mrocznego Miecza, wokół którego serial i fandom budowały przez lata niemal mityczny symbolizm. Gdy wreszcie przychodzi moment rozstrzygnięcia, broń po prostu zostaje zniszczona, bez odpowiedniej dramaturgii. Podobnie z klonami Gideona: wielka tajemnica zostaje odkryta i błyskawicznie unieważniona. Zamiast momentu kulminacyjnego, dostajemy pobieżne odhaczanie scenariuszowych ślepych zaułków.
Żeby jednak nie popaść w publicystyczną przesadę, warto uczciwie powiedzieć: trzeci sezon nie jest całkowitą katastrofą na poziomie realizacyjnym. Muzyka Ludwiga Göranssona nadal pomaga budować odrębność tego świata i wyjść z cienia dokonać Johna Williamsa. Katee Sackhoff w roli Bo-Katan jest wiarygodna i charyzmatyczna. Część ujęć Mandalore czy przestrzeni kosmicznych zachowuje wizualny rozmach, którego od telewizyjnego “Star Wars” można oczekiwać. Są też pojedyncze pomysłowe sceny akcji. Problem w tym, że te zalety nie składają się na dobrą całość. Można podziwiać rzemiosło poszczególnych elementów, a jednocześnie nie mieć wątpliwości, że konstrukcja całego sezonu jest wadliwa.
Najsmutniejsze w trzecim sezonie „The Mandalorian” jest to, że nie oglądamy tu spektakularnej porażki wynikającej z ryzyka artystycznego. Oglądamy produkt, który rozsypał się pod ciężarem strategii korporacyjnej, serial podporządkowany potrzebie utrzymywania marki w ruchu, zapowiadania kolejnych projektów, zadowalania różnych segmentów widowni i rozbudowywania uniwersum bez jasnego centrum. „The Mandalorian” miał być dowodem, że “Gwiezdne Wojny” w erze Disneya potrafią jeszcze opowiadać historie z charakterem. Sezon trzeci sugeruje coś odwrotnego: że nawet najbardziej obiecujący projekt może zostać rozmyty, jeśli potraktuje się go nie jako opowieść, lecz jako kolejny element wielkiej franczyzy.
Dla widza, który w “Gwiezdnych wojnach widział nie tylko żółte logo, ale przede wszystkim emocje, mit, przygodę i doskonałe rzemiosło filmowe, to doświadczenie zwyczajnie przykre. Widać, jak wiele tu było potencjału i jak niewiele z niego ostatecznie wykorzystano. Trzeci sezon „Mandalorianina” nie jest najgorszą rzeczą, jaka spotkała Gwiezdne Wojny pod rządami Disneya. Jest za to przykładem twórczej obojętności, w której przyzwoita forma techniczna nie idzie już w parze z narracyjnym sensem.
The Mandalorian (sezon 3)
-
Ocena Crowleya - 3/10
3/10











Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:
Regulamin zamieszczania komentarzy
Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:
[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]