
Wakacje! Wraz z ich nastaniem na przeróżnych okołofilmowych portalach tradycyjnie obrodziło zestawieniami w rodzaju: „Filmy, które wprowadzą was w wakacyjny klimat” albo „Romantyczne filmy na wakacyjne wieczory”, itp. Oczywiście królują w tych zestawieniach komedie, romanse i lekkie kino obyczajowe. Coś, co oglądamy w ciepły, letni wieczór, popijając to, z czym akurat kojarzy się nam wakacyjny relaks, czasem przy tym trzymając się za rękę z kimś bliskim. Postanowiłem pójść za tym trendem, ale robiąc to po swojemu. Tylko mocne kino, żadnego wytchnienia i relaksu! Plus telewizyjny bonus. Jeśli szef nie dał Wam urlopu albo wakacje to dla Was czas dorabiania a nie wypoczynku, to możecie wieczorem odpalić coś z poniższej listy. Żaden z tych filmów nastroju Wam raczej nie poprawi. Za to przypomni, że wakacyjna przygoda to nie zawsze miłe przeżycie, a spędzanie wolnego czasu we własnym domu też ma swoje plusy.
Wakacje w kurorcie – Niemożliwe / Lo imposible (2012)
Doniesienia o wielkim tsunami w Azji Południowo-Wschodniej śledziliśmy z przejęciem, ale zarazem mając świadomość, że to wydarzenie nas nie dotyczy. Media społecznościowe ledwie raczkowały, więc bezpośredni przekaz był ograniczony. Jako źródło informacji dominowały tradycyjne telewizyjne relacje. W naszych realiach, w 2004 roku na wakacje w tamtym regionie mogli sobie pozwolić najzamożniejsi, czyli nieliczni. W efekcie czego, w kataklizmie oficjalnie zginęło 5 naszych rodaków, na ponad 200 tysięcy ofiar w całym regionie. Zupełnie inaczej wyglądało to w przypadku turystów z bogatego Zachodu – samych Szwedów zginęło ponad pół tysiąca. Tsunami na drugim końcu świata pozostaje najbardziej tragiczną katastrofą naturalną w historii Szwecji. Smutne to, choć zarazem dziwnie absurdalne.
Oparta na faktach, hiszpańsko-amerykańska produkcja Niemożliwe to solidnie zrealizowane, pokrzepiające kino o zwyczajnych ludziach radzących sobie ze skutkami tragedii. W obsadzie błyszczy młodziutki Tom Holland, rozpoczynający filmową karierę. Seans uzmysławia dwie rzeczy – całkowitą ludzką bezradność w obliczu potęgi natury, a także iluzoryczność wyjątkowego statusu turystów, będących oczkiem w głowie wypatrującej napiwków obsługi hotelowej i personelu lokalnych barów, sklepików oraz firm dostarczających atrakcji. Katastrofa sprowadza wszystkich do jednego poziomu – pochodzenie, obywatelstwo, język i posiadany paszport przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Jasne, w trakcie akcji ratunkowej zachodnie rządy zrobiły wszystko co możliwe, aby wesprzeć swoich obywateli, i często na tym etapie byli oni traktowani lepiej od lokalsów. Co nie zmienia faktu, że w samej Tajlandii europejscy turyści stanowili aż 40% ofiar.

City break – Frantic (1988)
Lubicie wypady na city break? Szybki lot „rajanem” lub „wizerem”, walizeczka na kółkach, butikowy hotelik i już kolejna metropolia otwiera swe podwoje! Spacery, zwiedzanie, klimatyczne restauracyjki, muzea i świetne fotki na socjale. Także tłumy turystów, kolejki do atrakcji, bałagan w mniej eksponowanych miejscach, bezdomni i złodzieje kieszonkowi. Kto by jednak zawracał sobie głowę takimi utrapieniami, stojąc pod wieżą Eiffla, wrzucając pieniążek do Fontanny di Trevi albo idąc o piątej rano zrobić sobie selfika na moście Karola? Ok, bohater filmu Frantic nie jedzie na city break, którego to pojęcia w latach 80. jeszcze w ogóle nie znano. Podobnie jak tanich przewoźników i biletów lotniczych w cenie kolejowego przejazdu z Warszawy do Krakowa. Jest w podróży służbowej, ale zabiera ze sobą żonę. Do Paryża – miasta zakochanych! Ma być romantycznie i wspomnieniowo, ale plany diabli biorą, bo żonę ktoś porywa.
Z kardiochirurga granego przez Harrisona Forda żaden bohater, aktor w tej roli umiejętnie uwolnił się od awanturniczego emploi. To po prostu zdesperowany facet, który próbuje odnaleźć żonę, napotykając na mur – w najlepszym razie – całkowitej obojętności. Wiecie, że gdy zaginie dorosła osoba, a nie ma dowodów na to, że stało się to w wyniku przestępstwa, to w większości krajów tak naprawdę nic się z tym nie robi? Bohater filmu Romana Polańskiego szybko odkrywa, że prawdziwy Paryż kryje się gdzieś za tą pocztówkowo-turystyczną fasadą. Gdzieś w wąskich zakamarkach i pod mostami. Jak to u Polańskiego – film ma specyficzny klimat, który nie każdemu musi przypaść do gustu. Nie można mu jednak odmówić, że świetnie oddaje uczucie oszołomienia i nerwowości, w jakim pogrąża się bohater. „Miasto zakochanych” okazuje się wrogim środowiskiem, w którym nieznający lokalnego języka obcokrajowiec porusza się niczym zagubiony w ciemnym labiryncie.

Wycieczka autokarowa – Babel (2006)
Dwójka chłopców gdzieś w górach Maroka bawi się karabinem ojca. Nierozważnie celują w stronę jadącego w oddali autokaru. Odległość jest ogromna, wydaje się, że nie ma szans, żeby w coś trafili. Jednak trafiają – w amerykańską turystkę, której w podróży towarzyszy jej mąż. Do Maroka przyjechali, żeby przepracować rodzinną traumę. Poważnie ranna kobieta nie może zostać przewieziona do najbliższego szpitala, bo ten znajduje się o 5 godzin jazdy od miejsca postrzelenia. Wypadek uruchamia ciąg zdarzeń, zarówno w Maroku, jak i w Stanach Zjednoczonych, skąd pochodzą turyści, zarazem będąc kolejnym z ciągu wydarzeń uruchomionych kiedy indziej, na zupełnie innym kontynencie.
Oczywiście spłycam przesłanie filmu Alejandra Iñárritu, sprowadzając je do banalnej anty-wakacyjnej przestrogi. Wątek marokański utkwił mi jednak mocno w pamięci, zwłaszcza że premiera zbiegła się u nas z największym boomem na wakacje w krajach północnej Afryki. Tymczasem cienka szyba autokaru to jedyna bariera oddzielająca przybyszy od rzeczywistości Trzeciego Świata. Na dodatek niezbyt pozytywnie nastawionego do „zachodnich wartości”. W obliczu poważnego problemu bohaterowie przestają być traktowani jako warte nadskakiwania źródło zysku, a stają się problemem, którego najlepiej się pozbyć. Tyle ze strony organizatorów, bo nie lepiej ten egzamin zdają współtowarzysze podróży. Strach przed wyimaginowanym zamachem i dyskomfort wywołany upałem sprawiają, że solidarność szybko znika. Bohaterowie zostają sami, w biednej marokańskiej wiosce, zależni od ludzi, z którymi nie są nawet w stanie się porozumieć. Ta ekstremalna sytuacja przynajmniej skutkuje ich ponownym zbliżeniem do siebie. Pozostaje pytanie, czy nie dałoby się tego osiągnąć w mniej dramatycznych okolicznościach.

Męski wypad z kumplami – Uwolnienie / Deliverance (1972)
Lato to tradycyjnie czas Wielkiej Męskiej Przygody. Młodzi faceci wypinają klaty na plażach, a ci starsi w tym czasie wciągają brzuchy i wystawiają gravele z garaży. Zakładają sportowe sikory wielkości słonecznika, wbijają się w obcisłe i jadą wzdłuż Bałtyku z kumplami. Albo wchodzą na Mont Blanc. Albo oddają się, jakże popularnemu ostatnio, survivalowi lub bushcraftowi i znikają w lesie, obciążeni profesjonalnym sprzętem niczym drużyna zwiadu SAS. Pomysłów jest wiele, ale mianownik jest wspólny – żadnych kobiet! Spływ kajakowy to też niezła przygoda. W wersji amerykańskiej spływ canoe. Na taki właśnie wybierają się czterej kumple z Atlanty, bohaterowie filmu Johna Boormana. Każdy z nich prezentuje inny typ osobowości i jako ekipa wypadają niezwykle wiarygodnie. Jak w życiu – ktoś jest pewnym siebie naturalnym liderem a ktoś safandułą. Spotkanie z dziczą okazuje dla nich o wiele bardziej intensywne, niż by tego oczekiwali.
Spłodzono zatrzęsienie analiz na temat przesłania i symboliki tego filmu. Dość napisać, że ostatecznie wielkomiejski status nie znaczy nic w konfrontacji z naturą, a wszystkie wyznawane wartości natychmiast odchodzą w zapomnienie w zderzeniu z brutalnym zagrożeniem. Trzeba uważać, czego szukamy i za czym tęsknimy, bo możemy to znaleźć, a wtedy będziemy musieli się z tym zmierzyć. Uwolnienie po raz pierwszy obejrzałem w telewizji, jako dzieciak, z przekonaniem, że siadam do klasycznego filmu przygodowego. Obraz zdecydowanie przytłoczył mnie, czasem ograniczenia wiekowe naprawdę nie biorą się z niczego. Jon Voight jest tutaj znakomity, a ekranowi złole to jedne z najbardziej ikonicznych postaci tego typu w historii kina. Dzięki nim do końca życia będę miał przed oczami tę szokującą scenę, do której jakże trafnie pasuje angielskie określenie „disturbing”. Kto oglądał, ten wie, o co chodzi, a kto nie oglądał, temu nie będę spojlerował. Dzisiaj zawsze jestem gotów wyskoczyć na kajaki w Bory Tucholskie. Na canoe w Appalachy? Nigdy w życiu!

Z dziewczyną w Bieszczady – Na szlaku / Backcountry (2014)
To zupełnie inna liga niż pozostałe filmy w zestawieniu. Uznałem jednak, że będzie tu pasować historia, w której zagrożeniem nie jest ani człowiek, ani kataklizm, tylko zwierzę. Na dodatek taka, która trzyma się w ryzach realizmu i którą tematycznie można wpisać w wakacyjne klimaty. Najpierw myślałem o rekinie i oczywistym przy takim wyborze klasyku Spielberga. Wiecie – plaża, słońce, wakacje, itd. Rekin to jednak abstrakcyjne źródło lęku, poza tym po tych niezliczonych niskobudżetowych produkcjach szczytowy drapieżnik oceanów kojarzy się już z tylko z filmową tandetą. Co innego niedźwiedź. Jego interakcje z człowiekiem są bardzo częste, co prawda tylko nikły odsetek z nich kończy się tragicznie, ale jednak zdarzają się i takie przypadki. O jednym z nich, mającym miejsce na Podkarpaciu, donosiły niedawno media.
Historia przedstawiona w filmie Na szlaku jest tylko luźno oparta na faktach. Jednak ten najbardziej istotny element fabuły, czyli atak niedźwiedzia na turystów przemierzających kanadyjskie lasy, naprawdę miał miejsce. Scena z filmu, która to przedstawia… No cóż, robi wrażenie. Na szlaku to typowe niskobudżetowe kino survivalowe, w którym kluczowa dla przebiegu wydarzeń jest, jak zwykle w tego typu produkcjach, niefrasobliwość bohaterów. Wydaje się filmowo przerysowana, ale w rzeczywistości ludzie też potrafią być naprawdę nierozsądni. Inaczej niż u Boormana nieujarzmiona natura nie jest symbolicznie reprezentowana przez szczerbatych złoli w ogrodniczkach, tylko bardzo dosłownie przez 200-kilogramową futrzastą furię uzbrojoną w zęby i pazury. Nie wiem jak Was, ale mnie widok rozszalałego zwierzęcia przeraża w filmie o wiele bardziej niż wszystkie możliwe wydumane strachy razem wzięte. Aha, jakby ktoś pytał – niedźwiedzie brunatne z Bieszczad są większe od kanadyjskich baribali.

Domek nad jeziorem – Funny Games (1997)
Często racjonalizujemy zagrożenie. To naturalny odruch obronny, który pomaga obniżyć poziom lęku. Myślimy na przykład: „nie mam w domu nic wartościowego, więc nie grozi mi włamanie”. Albo: „to jest spokojna okolica, więc nic mi się nie stanie”. Czy też: „to uśmiechnięty i dobrze ubrany człowiek, na pewno jest dobry”. To działa zarówno w sytuacjach codziennych, jak i nadzwyczajnych – patrz przypadek ludzi wiezionych do obozów koncentracyjnych. Dla wielu własny dom nad jeziorem to właśnie sposób na wakacje, w których wszelkie ryzyko i stres zostają zminimalizowane. Te związane z długą podróżą, pobytem w obcym miejscu, czasem z nieznajomością języka. W domku wakacyjna rzeczywistość jest taka znajoma i oswojona – cóż złego może stać się nam w czasie takich wakacji?
Funny Games to zdecydowanie najcięższy kaliber w tym zestawieniu. Swego czasu wywołał wielką dyskusję o przemocy i sposobie jej pokazywania w kinie. Film jest jawną prowokacją, manipulującą emocjami i zmuszającą do refleksji. Świadomość, że to przecież nie dzieje się naprawdę i jest rodzajem gry z widzem, wcale nie ułatwia oglądania. Psychopaci znęcający się nad przypadkową rodziną wciągają nas do „zabawy”, burząc czwartą ścianę. Chcieliście brutalności? No to macie. Fabuła kpi z utartych schematów – nie ma tu ratunku od zła, kary dla złoczyńców, happy endu. Oprócz tego, co spotyka bohaterów, w filmie najbardziej przeraża całkowita nieracjonalność i przypadkowość – oprawcy nie chcą niczego ukraść, nie mają żadnych motywów, po prostu „bawią się”. Michael Hanecke nakręcił tę samą historię dwa razy – nie widziałem amerykańskiego remake’u, ale znając realia zakładam, że wersja europejska skuteczniej wybije Wam z głowy domek nad jeziorem.

Bonus – Katastrofa w przestworzach / Air Crash Investigation (2003 – 2025)
Na zakończenie nie film, a serial dokumentalny. 25 sezonów i ponad 230 odcinków uświadamia, że samolot może i jest statystycznie najbardziej bezpiecznym środkiem transportu, co nie zmienia faktu, że tematów na kolejne odcinki przybywa. Oglądam ten serial od lat i dzięki niemu znam mnóstwo dramatycznych historii, które czasem próbuję opowiadać znajomym, ale oni nie zawsze mają ochotę tego słuchać. Zazwyczaj wtedy, gdy w najbliższych planach mają lot samolotem. Schemat odcinków jest zawsze ten sam – najpierw oglądamy katastrofę, a potem śledzimy pracę grupy śledczych, którzy na podstawie tysięcy śladów i poszlak odtwarzają przebieg i przyczyny wypadku. Serial jest rzetelną produkcją, unikającą pogoni za tanią sensacją. Wielu dzisiejszym widzom może nawet wydać się nieco staromodny, ale ja też jestem staromodny, więc go lubię.
To, co zawsze uderza mnie podczas oglądania, to fakt, że mnóstwo wydarzeń z samolotami wcale nie jest wynikiem awarii skomplikowanych mechanizmów. Czyli efektem czegoś, czego bardzo trudno uniknąć. Często zawodzą ludzie, czasem przez zwyczajną nieuwagę popełniając jakiś, wydawać by się mogło, mało istotny błąd. Tak było np. w lipcu 2000 roku, gdy od silnika samolotu DC-10 linii lotniczych Continental Airlines, startującego z lotniska de Gaulle’a pod Paryżem odpadł niechlujnie przymocowany kawałek pokrywy. Samolot poleciał dalej, ale na leżący pasek metalu najechał kołem startujący Concorde linii Air France. W wyniku tego eksplodowała opona, której fragment uderzył w skrzydło i rozerwał zbiornik. Doszło do pożaru wyciekającego paliwa, maszyna utraciła sterowność i spadła na położony na obrzeżach lotniska hotel. W katastrofie zginęło 113 osób. Scenę z serialu, z mechanikiem nieporadnie mocującym kawałek blachy na silniku DC-10, mam przed oczami zawsze, gdy jadę na lotnisko.

Kończąc, życzę wszystkim wyjeżdżającym na wakacje bon voyage! A tym zostającym w domu – udanych wieczornych seansów.




Ale się zrobił wakacyjny nastrój…
Samo gęste. O Uwolnieniu rozwodził się ze szczegółami Tarantino w swojej książce. Aż zerknąłem, co to za słynna scena na brzgu rzeki.
Od siebie dorzuciłbym Zwierzęta nocy. Dla tych, co to lubią samochodowe wycieczki nocą po bocznych drogach.
Mam traumę do dziś po tym…
Oj Frantic zdecydowanie powinienem sobie przypomnieć.
Jest film, który pasuje do tej listy i powinien się tu znaleźć – „Gorzkie gody” – w tytule powinno być „rejs na oceanie/wycieczkowcu”
Jeden z najdziwniejszych filmów jakie widziałem kiedykolwiek. I chyba jedyny hmm romans?, poza „Dniem Świstaka”, który obejrzałem od początku do końca, bo przy innych nie dałem rady – ale będąc szczerym unikam gatunku.
Bardzo zwięzły opis na filmwebie
„W czasie morskiej podróży amerykańsko-francuskie małżeństwo nawiązuje znajomość z brytyjską parą ogarniętą rutyną. Niepokojąco szczery Oscar opowiada Nigelowi o swoim związku…”
Była tu kiedyś filmografia Kubricka, może czas na filmografie Polańskiego?