Filmy

Szybkie recenzje #3 – Odrobina romansu

Relacje damsko-męskie na ekranie potrafią przysporzyć widzom wielu emocji. Można nazywać takie filmy komediami romantycznymi, kiedy indziej po prostu romansami, choć czasami romansu sensu stricto wcale w nim nie ma. Wybrałem kilka propozycji, o których warto podyskutować i które warto sobie odświeżyć albo poznać. Będzie jeden z moim zdaniem najbardziej niedocenionych filmów w ogólności, jeden srogo przeceniony oraz trzy klasyki kina romantycznego. Wielu wspaniałych aktorów, wiele doskonałych wątków, scenariuszy i kilka genialnych piosenek. Oryginalnie chciałem skupić się głównie na filmach muzycznych, ale nie będę powtarzał oceny Narodzin gwiazdy, o którym, pisał Sithfrog, więc połączyłem trochę te dwie kwestie.

Mark Ruffalo i Keira Knightley (i Adam Levine)

Czy ktoś po samych nazwiskach głównych bohaterów wie, o jaki film chodzi? Zacznijmy od nowa to jeden z najlepszych filmów, które nazywam, że są w stylu „zakochanej jedynki”. I nie jest to właśnie tradycyjny romans ani komedia romantyczna. Mark Ruffalo potrafił pokazać nieprawdopodobną głębie, idealnie oddał upadek na dno, totalne zniechęcenie, zmęczenie życiem. A Keira dodała słońce, szeroki uśmiech i zero sztuczności. Są w tym filmie dwie poruszające sceny. Pierwsza to oczywiście mini koncert w barze i objawienie widzowi geniuszu bohatera granego przez Ruffalo. Jest to wzruszające, jak człowiek we własnej głowie potrafi tak bardzo się odblokować i tak bardzo kochać muzykę. Druga scena to krótkie zdanie rzucone przez Cee Lo Greena, kiedy tłumaczy, dlaczego pomaga głównemu bohaterowi, i jak bardzo jest mu wdzięczny. Jest to obraz prawdziwej skromności i dumy, która nie pozwala prosić o pomoc nawet osób, którym kiedyś samemu się pomogło.

I tak przechodzimy do piosenek, które są solą tego filmu. Miejski indie folk wybrzmiewa w każdej sekundzie filmu, porusza i wywołuje uśmiech. Aż dziwne, że ten wybitny soundtrack także nie przebił się aż tak mocno do mainstreamu. Oczywiście była nominacja do Oscara, dla jednej piosenki, ale to właściwie tyle. Tymczasem cała nagrywana w filmie płyta nie ma słabych punktów. Bardzo udanie prezentuje się też Adam Levine jako typowa gwiazda akustycznego popu, troszeczkę rozchwiany, nazbyt emocjonalny i w dużej mierze skupiony na sobie. Zacznijmy od nowa to film, który nie krzyczy o tym, jaki jest dobry, skromnie pokazuje to, co ma najlepsze, i pewnie właśnie dlatego było/jest o nim tak cicho. A ogromnie szkoda.

Zacznijmy od nowa (2013) – ocena 9/10

Jeff Bridges i Maggie Gyllenhaal (i Colin Farrell)

Drugi film muzyczny, ale stojący na zupełnie innej półce. Szalone serce zdobył dwa Oscary, dwa Złote globy, a tymczasem na ekranie brakuje jakiejkolwiek chemii i polotu. Chciano pokazać typowego, wręcz stereotypowego muzyka country, alkoholika i lekkoducha, który ma wszystko w pompie i cieszy się swoim marnym życiem. Chciano też przełamać pewien schemat, w którym spotkanie kobiety całkowicie odmienia sposób prowadzenia się gwiazdy. Mam wrażenie, że Szalone serce to po prostu na każdym możliwym poziomie gorsza wersja późniejszych Narodzin gwiazdy z Gagą i Cooperem. Brakuje wszystkiego – tempa, wzruszeń, dobrej muzyki i przekonujących dramatów.

Sam klimat chyba miał nawiązywać do przełomu lat 80. i 90. – przydymione sale, mało nowoczesne, wyszukane stroje, trochę tournée po spelunach, trochę upadek pewnej kultury i schyłek mitu idola nieidealnego. I nie dość, że scenariusz nie zachwyca przez większą część filmu, nie dość, że Szalone serce ma jeden z gorszych soundtracków wśród wszystkich filmów muzycznych, to jeszcze zakończenie pozostawia bardzo, bardzo wiele do życzenia. Niewielka rólka Colina Farrella jest praktycznie do zapomnienia. Nie wiem do końca, jaki był pomysł na ten film i dlaczego ktoś oglądając efekt końcowy uznał, że to jest dobra produkcja. Każdy element jest niedopracowany i nieinteresujący. To jest taki film, przy którym w każdym momencie można powiedzieć, że ktoś inny to akurat zrobił lepiej.

Szalone serce (2009) – ocena: 4/10

Pierwotnie tu miał znaleźć się jeszcze film Once Johna Carneya, tego samego rezysera, który stworzył później Zacznijmy od nowa, ale kompletnie nie potrafiłem ugryźć tego tematu. Styl Chłopaków z baraków, tyle że absolutnie na poważnie, z naturalnymi dźwiękami miasta i świetną muzyką. Jest w tym filmie coś przyciągającego i ciepłego, ale zupełnie nie wiem, jak ocenić stronę artystyczną i aktorską, bo z jednej strony wygląda to bardzo naturalnie, z drugiej odrobinę nierówno, trochę sztywno, czasami mało filmowo. Trzeba by rozbić ocenę na drobne szczegóły i chyba wymagałoby to o wiele dłuższego tekstu.

Ryan Gosling i Steve Carell (oraz Emma Stone i Julianne Moore)

Kocha, lubi, szanuje, czyli połączenie co najmniej kilku podgatunków. Z jednej strony nieco przełamujący stereotypy bromance, z drugiej opowieść o kryzysie wieku średniego czy kryzysie długoletniego małżeństwa, z trzeciej naprawdę zabawna komedia, z czwartej typowy romans, udający sztampowość, a tak naprawdę będący jej odwrotnością. Ryan Gosling pokazuje, jak wszechstronnym jest aktorem i jak ogromny dystans ma do siebie. Potrafi być super poważny, tworzyć głębokie, dramatyczne postacie, a potem uciekać do roli pewnego siebie podrywacza, który zdaje sobie sprawę z tego, że kobiety go ubóstwiają.

Uwielbiam wiele fragmentów z tego filmu. Uważam, że ma on jeden z najbardziej spójnych, konsekwentnie poprowadzonych scenariuszy, gdzie nie ma luk, nie ma chodzenia na skróty, ale nie ma też wielkiej dosłowności i zdradzania sekretów, przez co nie jest oczywisty, nudny, przewidywalny ani taki sam jak wszystkie inne. Wspomniałem o Goslingu, ale ogromne brawa należą się również Carellowi. Aktor nie wariuje, jest stonowany, odgrywa rolę ucznia, który przyszedł na korepetycję z podrywu do starego (choć zdecydowanie młodszego wiekiem) wygi. Panie również są zdecydowanie wartością dodaną. Nie jestem wielkim fanem Emmy Stone, ale czasami potrafi mnie ona urzec, choć przeważnie dotyczy to nieco starszych produkcji, jak oba filmy o Amazing Spider-Manie czy właśnie Kocha, lubi, szanuje. Julianne Moore z kolei znajduje się w top 3 moich ulubionych aktorek i kupuję ją wszędzie, nawet jeśli jej rola jest naprawdę niewielka. Kocha, lubi, szanuje to klasyk kina romantycznego, który się nie zestarzał i nie stracił nic ze swojej mocy.

Kocha, lubi, szanuje (2011) – ocena: 8/10

Owen Wilson i …? Rachel…? Marion…? Lea…? (oraz Tom Hiddleston)

Uwielbiam moment, kiedy u Grahama Nortona Tom Hiddleston parodiuje Owena Willsona właśnie z tego filmu. O północy w Paryżu – pokusiłbym się o stwierdzenie, że to film z top 3 produkcji Woody’ego Allena. No dobra – może inaczej – to najlepszy film tego reżysera w XXI wieku, bo rzeczywiście nie znam wszystkich dzieł z lat 80. i 70. O północy w Paryżu to wspaniała klimatyczna komedia z dość prostym, ale zgrabnie podanym przesłaniem. Przeszłość prawie zawsze jest aż nazbyt romantyzowana i podnoszona do rangi niezdrowego kultu, podczas gdy teraźniejszość wadzi i przeszkadza na każdym kroku.

I tak oto oprócz tradycyjnego allenowskiego hołdu oddanego miastu mamy też pochwałę wielkiej sztuki, kreacje Salvadora Dalego, Ernesta Hemingwaya, a przede wszystkim Scotta Fitzgeralda i jego żony to coś, co wynosi pozornie błahy romans na poziom wysokiej klasy artyzmu. Udało się wyłapać niuanse paryskiej bohemy i spleść je z losem głównego bohatera. Udało się też pokazać ludzkie zagubienie, poszukiwanie samego siebie. Owen Wilson idealnie pasuje do swojej roli: marzyciela przeżywającego najwspanialszą przygodę swojego życia. Doskonałe są też role kobiece. Rachel McAdams jest jak zawsze urocza i nawet kiedy na ekranie nie ma jej za wiele, to potrafi odpowiednio zapaść w pamięć. Marion Cotillard jako uwodzicielka z epoki trafia w punkt w każdej scenie. I na koniec jest jeszcze Lea Seydoux jako zwieńczenie podróży bohatera i odkrycie piękna normalności i naturalności. W krótkim czasie Woody’emu Allenowi udało się zmieścić tak wiele zróżnicowanych fantastycznych wątków i jeszcze podlać to wszystko jego niepowtarzalnym, ciężkim do zdefiniowania humorem.

O północy w Paryżu (2011) – ocena: 9/10

Mel Gibson i Helen Hunt (i Judy Greer)

Czego pragną kobiety? Na to pytanie na przełomie milleniów odpowiedź próbowała znaleźć Nancy Meyers. I trzeba przyznać, że dała światu moim zdaniem jedną z najbardziej ikonicznych komedii romantycznych w historii kina. Mel Gibson w dawnych czasach miał w sobie nieprawdopodobny zmysł komediowy, lekki i naturalny, bez przerysowania i szaleństwa. Idealny balans, który objawia się także w tym, jak łatwo przechodzi od spraw ultra poważnych, do tych zupełnie niepoważnych. Ten film jest wyjątkowy także z jeszcze jednego powodu – antagonizacji płci, która na początku XXI wieku nie była zjawiskiem tak agresywnym i tak nastawionym na to, by upokorzyć drugą stronę, by pokazać ją w jak najgorszym świetle. To była zdrowa rywalizacja oparta na wyraźnych różnicach, a nie chęć obowiązkowej dominacji i wzajemnego tłamszenia. Obejrzałem ostatnio „komedię” Netflixa o zdawałoby się podobnej tematyce – Panie przodem z Rosamund Pike i Sachą Baronem Cohenem i stwierdzam, że przez 26 lat doszło do zupełnego zszargania tematu wojny płci, do niesmacznego sprowadzenia wszystkiego, co z tym związane, do wyolbrzymionego absurdu, w którym nie wiadomo już która strona jest bardziej winna.

Wróćmy jednak do samego filmu. Korporacyjne zagrywki, wielowątkowa angażująca rozrywka, ale potrafiąca poruszyć temat roli ojca w życiu córki, rozedrgania kobiety zbyt uczuciowej, przez co wykorzystywanej przez mężczyzn, sekretarki tak bardzo niepewnej siebie, że niemal niewidocznej dla świata i tak dalej, i tak dalej… Widzimy tez totalną, ale nie błahą i nie szybką przemianę bohatera, który najpierw jest upojony swoją mocą i korzysta z niej w sposób absolutnie niegodny, a potem odkrywa w sobie jakby zupełnie innego człowieka. Scenariusz idealnie odhacza kolejne punkty, nie pomijając żadnego fabularnego wyskoku, potrzebnego do tego, by film był spójny, gładki w odbiorze i poruszający. To obraz jednocześnie eksperymentalny i dość ryzykowny oraz subtelny, pozwalający podejść do tematu z odpowiednim dystansem i poszanowaniem ogółu zjawisk dookoła. Dziś w dobie tego, że ktoś musi mieć rację i być absolutnym zwycięzcą, taki film środka byłby nie do pomyślenia. W 2000 roku dało się jeszcze robić rzeczy z klasą.

Czego pragną kobiety (2000) – ocena: 8/10

  • Zacznijmy od nowa (2013) - 9/10
    9/10
  • Szalone serce (2009) - 4/10
    4/10
  • Kocha, lubi, szanuje (2011) - 8/10
    8/10
  • O północy w Paryżu (2011) - 9/10
    9/10
  • Czego pragną kobiety (2000) - 8/10
    8/10
To mi się podoba 4
To mi się nie podoba 0

Polecamy także

Komentarzy: 4

  1. „Mam wrażenie, że Szalone serce to po prostu na każdym możliwym poziomie gorsza wersja późniejszych Narodzin gwiazdy z Gagą i Cooperem”

    Narodziny Gwiazdy to hollywoodzki klasyk z 1937 roku, dwukrotnie odświeżany wcześniej w latach .50 i .70. ta uwaga oparta jest (chyba) na niewiedzy redaktora w dodatko stanowi błąd rzeczowy bo jak coś wcześniejszego moze być gorsza wersja późniejszego filmu xD

    A same Crazy Heart bardzo lubię, film trochę poważniejszy niż wychwalane wyżej głupotki z Melem czy Goslingiem. Tzn to tez fajne filmy, ale tak patrząc na skalę ocen (9 dla Allena) można pomyśleć że przedstawiono tu jakieś wybitnych przedstawicieli gatunku, gdzie w rzeczywistości to zwykły dżemik.

    To mi się podoba 0
    To mi się nie podoba 0
    1. Nie do końca. Tu muszę stanąć w obronie Kuby, bo akurat poprzednie wersje Narodzin gwiazdy opowiadały historię aktorki a nie piosenkarki. Dopiero wersja Coopera nawiązuje tematycznie do Crazy Heart i można je w ten sposób porównać. Nie czepiałbym się. 😛

      To mi się podoba 0
      To mi się nie podoba 1
      1. Streisand i Kristofferson byli pierwsi, ale nie ma to żadnego znaczenia, bo nie o tych filmach jest tutaj mowa. Zawsze można się przyczepić, że o czymś się nie wspomniało i udawać, że to brak czyjejś wiedzy. Można napisać „ej Woody Allen tworzył już w latach 60. a nawet 50. to (chyba) niewiedza autora XD, współtworzył nawet scenariusz do pierwszego filmowego Bonda XD (chyba) niewiedza i to o tak znanym Hollywoodzkim twórcy XD, w dodatku błąd rzeczowy, bo skoro nie oglądałeś wszystkich XD to nie możesz powiedzieć, że coś jest najlepsze XD”. A idź Pan naprawdę.

        To mi się podoba 0
        To mi się nie podoba 0
        1. Nie umiesz przyjmować krytyki, co jest naprawdę bardzo dziwne skoro świadomie się na nią wystawiasz publikując swoje teksty.
          Twój błąd rzeczowy polega na niewłaściwym porównywaniu. Ale po pierwsze, to Star is Born wyszło dużo wcześniej, Streisand i Kristoffersen nie byłi pierwsi tylko Janet Gay i Frederic March w .37, to był pierwszy kolorowy film nominowany do Oscarów. Potem było jeszcze Judy Garland i James Mason, a dopiero potem Streisand i Kristoffersen. Film z 2018 był czwartą wersją.

          A teraz do rzeczy. Twierdząc, że młodszy film to słabsza wersja późniejszego filmu (tego z Gaga) popełniasz błąd rzeczowy, to tak jakbyś powiedział mamie że obiad z dzisiaj jest mniej smaczny od tego który zrobi w następną niedzielę.
          Albo jakbyś porownywal Lamina Yamala do Maradony i powiedział, że „Maradona byl lepsza wersja Yamala”. Nie był. Pierwszy był Diego więc co najwyżej „Yamal jest lepsza wersja Maradony”, ale nigdy odwrotnie. To są zasady języka polskiego. Chyba nie umiem tego lepiej wytłumaczyć.

          I przestań prowadzić tu krucjatę w obronie swojego ego, bo ja nie jestem Twoim żadnym wrogiem. Jestem Twoim czytelnikiem i sam fakt, że komentuje Twoje teksty i zwracam uwagę na błędy świadczy nie oznacza z od razu chce Cię hejtowac i mieszać z błotem. Moz za dużo social mediów wywołuje takie odruchy?

          To mi się podoba 0
          To mi się nie podoba 0

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button