Aladyn (2019)

Jakoś omijałem do tej pory aktorskie wersje animowanych klasyków Disneya. Recenzje miały raczej słabe, sensu w takim odtwórstwie za bardzo nie widzę, a i szkoda psuć sobie wspomnienia z dzieciństwa. Coś mnie jednak podkusiło, żeby sięgnąć po nową wersję Aladyna. Może chodziło o osobę reżysera, bo nazwisko Guya Ritchie gwarantuje wartką i efektowną akcję, których w animowanej wersji nie brakowało.

Główny bohater w tekturowym Agrabahu.

Fabuła nie odbiega zanadto od pierwowzoru. Tytułowy bohater to drobny złodziejaszek, żyjący w fikcyjnym królestwie rodem z Baśni z tysiąca i jednej nocy. Przypadkowo poznaje księżniczkę, zakochuje się w niej, odnajduje magiczną lampę z dżinem w środku, a ten zamienia go w księcia, żeby mógł ożenić się ze swoją wybranką. W to wszystko wplątuje się oczywiście zły wezyr, pragnący zostać sułtanem. Różnice w stosunku do animacji są niewielkie i dotyczą detali. Dżafar przestał być typem bliskowschodniego Rasputina, odmłodniał i dostał nowe pochodzenie, no i nie zmienia się w węża. Dżin częściej przybiera ludzką formę, żeby nie obciążać za bardzo budżetu na CGI. Yago jest zwyczajną gadającą papugą, a Dżasmina… Dżasmina jest młodą wyemancypowaną kobietą, która wie, czego chce. O tak. O ile w kreskówce panna też sprzeciwiała się aranżowanemu małżeństwu, tak tu mamy wojującą feministkę, która nie da się zamknąć w pałacowej wieży i bierze ster władzy w swoje drobne ręce.

Korona Sułtanów – Wspaniałe stulecie.

Nie jest to zresztą jedyny motyw, gdzie zmieniono nacisk i rozkład akcentów. Bardzo wyraźnie zarysowano walkę klasową między biedotą (Aladyn i Dżaffar to ludzie z nizin społecznych) a arystokracją. Jest też wątek dotyczący odpowiedzialności za państwo i postaw patriotycznych. Nie są to na pewno wyżyny subtelności i wyrafinowania, jeśli chodzi o umiejętne przemycanie doktryn do kina rodzinnego, ale tragedii nie ma. Wszystko to było w mniejszym lub większym stopniu obecne w pierwowzorze. Trochę ucierpiał na tym przekaz, że najważniejsze jest to, co mamy w serduchu i uczciwość wobec przyjaciół, ale kto by się takimi drobiazgami przejmował, kiedy trzeba walczyć o równouprawnienie?

Jedna z niewielu scen kręconych (chyba) poza studiem. Chociaż to pewnie green screen.

Szkoda, że rozbudowany wątek feministyczny w moim odczuciu kompletnie przesłonił to, co powinno być największym atutem Aladyna. Ten film jest po prostu szalenie mało efektowny. Główny bohater raz czy dwa skacze chwilę po dachach, ale prawdę mówiąc spodziewałem się sekwencji, które na długo zapadają w pamięć i choreograficznych cudów, a nie niemrawego biegania rodem ze starego serialu. Podobnie słaba jest ucieczka z groty ze skarbami, tak pięknie zrobiona w oryginale. Jeszcze gorzej wypadają dekoracje. Cały ten film wygląda, jakby został nakręcony w ciasnym studiu, przy udziale kilkunastu statystów. Gdzie tu rozmach? Gdzie bliskowschodni przepych? Gdzie ogrom pustyni? Efekt jest doprawdy fatalny i całość wygląda jak przeciętny serial telewizyjny, albo raczej produkcja bollywoodzka, co dobitnie unaoczniają układy choreograficzne do kilku śpiewanych piosenek.

W kategorii musicalu nie ma szału.

Czy jest więc aż tak beznadziejnie? Nie. O dziwo najlepiej wypadł ten, o którego występ najbardziej się bałem. Will Smith w roli dżina wyraźnie świetnie się bawił i, co najważniejsze, nie próbował ani przez moment wejść w buty Robina Williamsa. Od razu było wiadomo, że legendzie nie dorówna, więc wymyślił swoją postać od nowa i chwała mu za to. Dżin Smith to luzak w stylu Bajeru z Bel Air i chociaż jego występ nie wzbudza salw śmiechu, to w zasadzie nie da się do niego przyczepić w żaden sposób. Nie można tego niestety powiedzieć o efekcie pracy grafików, co zresztą było widać już w trailerach. Kiedy dżin pojawia się w swojej niebieskiej postaci, wygląda idiotycznie z napompowanym torsem i doklejoną do niego głową Smitha. Na szczęście przez długi czas oglądamy go w zwyczajnej ludzkiej formie i ten zabieg wyszedł filmowi na dobre.

Dżin trzyma ten film na powierzchni, ale nawet on nie jest cudotwórcą.

Reszta obsady na pewno nie zachwyca, ale też nie daje powodów do zgrzytania zębami. Mena Massoud w roli Aladyna jest, bo jest i można powiedzieć, że nie przeszkadza. Na pewno lepiej wypadła śliczna Naomi Scott w roli Dżasminy, chociaż wydaje mi się, że można było zatrudnić kogoś o nieco ciemniejszej karnacji. Niemniej jednak jeśli miałbym wskazać jasne punkty, to na pewno Scott była jednym z nich. W roli młodej, silnej kobiety, która wie, czego chce wypadła naturalnie i po prostu sympatycznie. Zupełne przeciwieństwo Marwana Kenzariego, wcielającego się w Dżafara, będącego absolutnie bezpłciowym i niegodnym zapamiętania, generycznym czarnym charakterem. Szkoda też, że zmarginalizowano bajkowe postacie Abu, Yago i Dywanu, które nadawały kreskówce dużo kolorytu. W wersji aktorskiej są i tyle.

Fresh Prince of Agrabah.

Co jeszcze można o nowym Aladynie rzec? Niewiele. Kultową animację przerobiono na nudny i tanio wyglądający film. Niby fabuła scena po scenie odtwarza pierwowzór, ale brak tu życia, rozmachu, poczucia przygody i tego fantastycznego klimatu. Na pewno brakuje genialnej oscarowej muzyki Alana Menkena, chociaż przecież ten sam Menken skomponował muzykę do nowej wersji! Wszystko jest nijakie i nawet niezły Will Smith nie ratuje sytuacji, bo przecież każdy ma w pamięci występ Williamsa. Ot kolejny remake, którego nikt nie potrzebował. Niestety widzowie portfelami zagłosowali inaczej, na konto Disneya wpadła kolejna duża bańka, a w kolejce do odtworzenia stoją już następne animowane klasyki. I zapowiadam, że ktokolwiek zmasakruje mojego ulubionego Herkulesa, dostanie ode mnie na łamach FSGK soczystą wiązankę.

-->

Kilka komentarzy do "Aladyn (2019)"

  • 4 października 2019 at 12:25
    Permalink

    “(…) bierze ster władzy w swoje drobne ręce.”; “Trochę ucierpiał na tym przekaz, że najważniejsze jest to, co mamy w serduchu i uczciwość wobec przyjaciół, ale kto by się takimi drobiazgami przejmował, kiedy trzeba walczyć o równouprawnienie?” – piękne teksty, you’ve made my day. Idealny pocisk bez nadmiernego eksponowania. To Ci się udało. Ale masz rację, jak wezmą się za Herkulesa to oberwą również ode mnie. Zwłaszcza, że w pewnym momencie mieliśmy zalew TRAGICZNYCH filmów z Herkulesem w tle, jak Legenda Herkulesa czy to fatalne coś z Dwaynem Johnsonem. Uparli się już od Troi przemycać niepotrzebne wątki i na siłę urealniać, nie rozumiejąc, że te wszystkie nadnaturalne wydarzenia lepiej służą zobrazowaniu ważnych kwestii.

    Reply
    • 4 października 2019 at 16:46
      Permalink

      Dziękuję, wolałbym nie musieć pisać takich rzeczy, ale co zrobić?
      A o aktorskim Herkulesie niestety już się nieoficjalnie mówi, więc prędzej czy później go zobaczymy.

      Reply
      • 5 października 2019 at 19:26
        Permalink

        Ciekawe kto go zagra? Dwayne “The Not Him Again” Johnson?

        Reply
  • 4 października 2019 at 13:59
    Permalink

    Świetny tekst i pełna zgoda. Ja próbowałem obejrzeć toto jakieś 2 tygodnie temu. Po 15stu minutach włączyłem sobie animowany oryginał.

    Reply
  • 4 października 2019 at 20:27
    Permalink

    Nie w temacie, ale ponieważ to najświeższy artykuł to sobie pozwalam.
    Pierwszy raz zdarzyło mi się, że obejrzałem premierowy film z głównego nurtu przed tym nim ukazała się tu jego recenzja.
    Joker – nie jest niestety filmem wybitnym (może bardzo dobrym), mam nadzieję, że narodzi się wreszcie godne uniwersum DC, mroczne, krwiste i będące przeciwieństwem Marvela (którego filmy kocham). Joker z Mrocznego Rycerza > Joker, ale tamtej kreacji chyba nikt nigdy nie pobije i oby nie próbował, bo wiemy jak to się skończyło, dla sami wiecie kogo.

    Reply
  • 5 października 2019 at 10:23
    Permalink

    Dla Voldemorta? Dał się ograć bandzie nastolatków. A co?

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków