Paterson (2016)

Jim Jarmusch z pewnością nie należy do reżyserów zwyczajnych i przeciętnych. Przez lata zapracował sobie na etykietę jednego z największych oryginałów, który krąży gdzieś po orbicie Hollywood i przemyca kino artystyczne w rejony dostępne zwykłym ludziom. Efekty jego pracy bywają różne, ale w filmografii Amerykanina z łatwością odnajdziemy prawdziwe perełki. Jedną z nich jest Paterson.

Bardzo kibicuję Adamowi Driverowi, żeby Gwiezdne wojny nie położyły mu kariery. To niezwykle utalentowany aktor, którego Abrams i Johnson w partacki sposób do tej pory marnowali fatalnymi scenariuszami. Na szczęście Driver wydaje się być w pełni świadomy tego, co robi i dobiera sobie różnorodne, ciekawe role, w tym nominowany do Oscara występ w BlacKkKlansman. Jego talent zdaje się dostrzegać również Jarmusch, co niewymownie mnie cieszy. Pierwszą okazję do współpracy panowie mieli właśnie przy okazji realizacji opisywanego filmu. Tytułowy bohater jest kierowcą miejskiego autobusu w mieście Paterson. Codziennie rano wychodzi z domu, żegnając śpiącą żonę, w pracy przysłuchuje się rozmowom pasażerów, których wozi, a w wolnych chwilach tworzy poezję. Po pracy poprawia przekrzywioną skrzynkę na listy, zjada obiad, wyprowadza psa na spacer, wstępując przy okazji do pobliskiego baru na piwo. Wraca, kładzie się spać, przytulając żonę. W zasadzie opowiedziałem już cały film. Naprawdę nie ma w nim nic poza podglądaniem Patersona w jego pozbawionym jakichkolwiek atrakcji życiu.

Paterson z żoną. Nie wiadomo za bardzo dlaczego, ale zdają się tworzyć szczęśliwą rodzinę.

Można przyjąć różne tropy interpretacyjne tej historii. Najprościej uznać po prostu, że spokojna egzystencja Patersona to afirmacja prostego życia. Że prawdziwe szczęście tkwi w umiejętności zachwycenia się czymś banalnym i najprostszym. Bohater odnajduje natchnienie w paczce zapałek, czy w zwyczajnym dialogu dwojga przypadkowych osób. I chociaż na początku wydaje się to mocno pretensjonalne, to fantastycznie autentyczny w swojej flegmatyczności Driver sprawia, że człowiek chciałby osiągnąć podobny stan ducha. Skoro kompletnie oderwana od rzeczywistości, niezbyt dojrzała emocjonalnie żona nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi; skoro utrata twórczego dorobku swojego życia okazuje się nie być niczym tragicznym, to może faktycznie są rzeczy ważniejsze, dla których warto przeżyć jeszcze jeden dzień.

Główny bohater to obserwator rzeczywistości. Niezwykle uważny obserwator.

Na tym poziomie ogromną rolę odgrywają wiersze, pisane przez Patersona. Jeśli poezja kojarzy wam się jedynie z niezrozumiałymi, nudnymi rymowankami ze szkoły, czeka was niemała niespodzianka. Utwory głównego bohatera wyszły tak naprawdę spod pióra Rona Padgetta, bardzo oryginalnego poety, tworzącego w nurcie tak zwanej szkoły nowojorskiej. Zapewniam, że nie przypomina to Miłosza ani Norwida, i w pełni pasuje do stoickiej postawy Patersona. To pewnego rodzaju próba ubrania w słowa codzienności, odnalezienia piękna w zwyczajności. Jarmusch niejednokrotnie balansował w swojej karierze na granicy pretensjonalności i kiczu, czasami tę granicę przekraczając. W Patersonie, choć może brzmi to nieprawdopodobnie, osiągnął idealny balans. Udało mu się pokazać coś poetyckiego w sposób jednocześnie zwyczajny i niezwyczajny. Jest w jego postaciach i zdarzeniach, które ich dotykają, coś surrealistycznego, chociaż ciężko stwierdzić co.

Pies jest tu pierwszoplanową postacią.

Ten dziwny pierwiastek tajemniczości powodował, że w czasie seansu czułem pewną dozę niepokoju. Nie wiem, czy jest to moja nadinterpretacja i było intencją twórcy podsunięcie takiego tropu, ale odniosłem wrażenie, że pod tą pierwszą pozytywną i przeuroczą warstwą filmu kryje się coś bardziej mrocznego. Podskórnie oczekiwałem jakiegoś wybuchu, który zburzyłby ten piękny świat. Paterson ma za sobą służbę w armii – widzimy jego zdjęcie w mundurze. W pewnym momencie daje pokaz siły fizycznej i opanowania. Jego żona z kolei wzbudza swoim infantylnym zachowaniem skrajnie negatywne emocje. No i ten pies… Nie ukrywam, że przez cały film czekałem na to, że Driver wpadnie w szał (ale taki prawdziwy, nie jak w “Przebudzeniu mocy”), a obraz zmieni się w opowieść o człowieku tłumiącym w sobie całą negatywną energię świata. Nie wiem, czy miałby to być wybuch złości, czy raczej załamanie nerwowe, nie jest też tak, że Jarmusch zbudował tu coś w stylu Tarantino. Tu napięcie jest bardzo subtelne, ledwie zauważalne, może nawet sam je sobie wymyśliłem. Być może taka analiza zupełnie nie ma sensu i Paterson miał być jedynie pochwałą prostego życia. Nawet wtedy wart jest obejrzenia. Ale reżyser niejednokrotnie stawiający ważkie pytania nie byłby według mnie sobą, gdyby nie przemycił na ekran czegoś więcej.

Wiersze pisane przez Patersona pojawiają się na ekranie w formie tekstowej. Ciekawy i oryginalny zabieg.

Tak czy inaczej, bardzo polubiłem ten film. Jest ciepły, leniwy, absolutnie nic się w nim nie dzieje, a całą jego istotą jest podpatrywanie kilku scenek z życia dziwnych ludzi. I może właśnie o to chodzi? To kompletna antyteza kina rozrywkowego, która mimo to dostarcza pozytywnych emocji. Duża w tym zasługa znakomitego, idealnie pasującego do roli Adama Drivera. Gra niezwykle oszczędnie, ale każdym najmniejszym grymasem i spojrzeniem buduje swoją postać z perfekcyjną konsekwencją. Patrząc na konkurencję, spokojnie już w roku 2017 powinien zgarnąć pierwszą nominację do Oscara, bo takiego Ryana Goslinga (przy całej mojej sympatii dla niego) wciągnął nosem. Jeśli więc nie straszne wam, że w filmie nic się nie dzieje i że jest o domorosłym poecie, który jeździ autobusem i pije piwo, to obejrzyjcie go. Może zrobi się wam lepiej na duszy, a może będziecie mieć wątpliwości co do stanu ducha i umysłu głównego bohatera. Ja z chęcią wypiłbym wieczorem piwo z Patersonem i pogadał z nim o poezji Rona Padgetta.

-->

Kilka komentarzy do "Paterson (2016)"

  • 12 września 2019 at 23:36
    Permalink

    Fsgkowe narzekanie na Gwiezdne wojny. Zieeew,

    ‘Jego talent zdaje się dostrzegać również Jarmusch, co niewymownie mnie nie cieszy. ‘. Chyba cieszy 😀

    Film piękny. Dołączam się do oceny.

    Reply
    • 13 września 2019 at 09:02
      Permalink

      Jak tu nie narzekać na marnowanie takiego talentu? Przecież Drivera stać na wiele wiele więcej niż miotanie się po pokoju i krojenie ścian. Jego wygląd kompletnie nie licuje z postacią groźnego czarnego charakteru i to mógłby być największy atut tej postaci. Zresztą mamy za sobą dwa filmy i w zasadzie nie wiemy kompletnie nic o potencjalnie najciekawszym bohaterze. No bo co? Szkolił go Luke, a potem próbował go zabić. Byli (chyba) jacyś “rycerze ren”, a Kylo znalazł hełm Vadera. No i był chyba podwładnym Snoke’a, który też nie wiadomo, kim był. Próbował też zabić swoich rodziców, co mu się udało w 50%. Ale po co? Dlaczego? Co to w ogóle za postać? Tego nikt (pewnie nawet w Disneyu) tak naprawdę nie wie. Kompletnie zmarnowana postać, która zresztą przez dwa filmy stoi w miejscu, a nawet się cofa w rozwoju – przypominam, że poznaliśmy go w zarąbistej scenie, kiedy powstrzymuje lecący w jego stronę promień lasera(!), a po dwóch filmach został pokonany przez Mary Sue, brodatego ducha i się popłakał…

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków