W paszczy szaleństwa (1994)

Sutter Cane zaginął. Pisarz grozy, spod którego ręki wychodził bestseller za bestsellerem, przepadł bez wieści. Wydawnictwo, które ma opublikować jego najnowszą książkę, zatrudnia specjalizującego się w wykrywaniu oszustw ubezpieczeniowych śledczego – Johna Trenta – i poleca mu odnaleźć ekstrawaganckiego pisarza. Trent, do spółki z redaktorką książek Cane’a, Lindą Styles, rozpoczyna śledztwo, które zaprowadzi go aż do tajemniczego miasteczka Hobb’s End. Będzie jednak wymagało to od naszego bohatera zapoznania się z powieściami pisarza. A w miarę lektury granica pomiędzy snem a rzeczywistością zacznie się zacierać.

Wcale nie zwariowałem, okej?

Aby w pełni nakreślić wstęp do fabuły filmu powinienem jeszcze wspomnieć o pewnym drobiazgu. Akcja “W paszczy szaleństwa” to w 95% retrospekcja opowiadana ze szpitala psychiatrycznego, w którym siedzi sobie obłąkany John Trent. Hmmm… czy taki chwyt nie kojarzy nam się z twórczością pewnego omawianego niedawno na FSGK autora? Jeśli ktoś się jeszcze nie zorientował, to wyjaśniam, że “W paszczy szaleństwa” to trzeci już film Johna Carpentera, który powstał w wyniku fascynacji prozą H.P. Lovecrafta . Ale o ile “Coś” oraz “Książę Ciemności” sięgały po Lovecrafta w poszukiwaniu pojedynczych motywów, na których budowały główną oś fabularną, o tyle “W paszczy szaleństwa” czerpie z prozy Samotnika z Providence całymi garściami. Ot, weźmy chociaż sam tytuł – oczywiste nawiązanie do opowiadania “W górach szaleństwa”. Analogicznie jest z tytułami powieści fikcyjnego pisarza Suttera Cane’a – “Coś w piwnicy” to lovecraftowskie “Coś na progu”, “Nawiedziciel spoza czasu” to jednocześnie “Nawiedziciel mroku” i “Cień spoza czasu”, etc… Zresztą co tam tytuły! W pewnym momencie bohater filmu czyta na głos fragmenty z prozy Lovecrafta. O zbiegu okoliczności nie ma mowy.

I dlatego nie wolno zasypiać podczas lektury.

Wszyscy fani kosmicznego horroru stworzonego przez Samotnika z Providence nie będą więc zawiedzeni. Tym bardziej, że nawiązania naprawdę nie są powierzchowne. Nie ograniczają się do potworów z mackami ani dziwacznych miasteczek. Lovecraftowskie jest serce tego filmu, przekonanie, że istnieją światy poza naszym światem, że granice pomiędzy nimi mogą się zacierać i że poznanie prawdy to zbyt wiele dla umysłu człowieka.

Sam Neill na tropie.

No dobrze, ale to, że dzieło Carpentera czerpie ze świetnej literatury nie przesądza jeszcze o jakości samego filmu. Niejedna wierna adaptacja mistrza horroru srodze zawiodła, nie jest więc powiedziane, że luźna wariacja w wykonaniu Carpentera będzie lepsza. Ale na szczęście jest. “W paszczy szaleństwa” nie jest wprawdzie filmem bez wad, ale pod wieloma względami prezentuje wszystko to, czego brak mi we współczesnych horrorach.

Takie rzeczy robiło się przed erą CGI. Podczas kręcenia tej sceny kark skręciły cztery kaskaderki.

Weźmy chociażby grę aktorską. Mam nadzieję, że nie muszę nikogo przekonywać co do kunsztu Sama Neilla. Z trudnych do wyjaśnienia powodów aktor nie został prawdziwym “A-listerem”, i wyjąwszy “Park Jurajski” zadowalał się rolami drugoplanowymi (albo pierwszoplanowymi, ale w produkcjach mniejszego kalibru), tym niemniej trudno odmówić mu fenomenalnego warsztatu. Jak wspominał sam Carpenter, aktor miał po pierwszej lekturze scenariusza oświadczyć, że powinien zagrać to jak komedię. I rzeczywiście, w miarę jak atmosfera filmu staje się coraz bardziej surrealistyczna, coraz bardziej przerysowana jest też gra aktorska Neilla. Nie chcę tu spojlerować, więc nie wspomnę o powodach, dla których robi to w końcu wrażenie piorunujące, ale uwierzcie – była to świetna decyzja. Ale przecież w filmie poza Neillem występują też inni, doskonali aktorzy. Jurgen Prochnow jest doskonałym Sutterem Canem. Jego pisarz ma oczy szaleńca i charyzmę proroka. Świetnie wypadła też Julie Carmen w drugoplanowej roli redaktorki serii horrorów Suttera Cane’a. Jest jeszcze Charlton Heston. Szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem dlaczego zdecydowano się na powierzenie mu malutkiego epizodu. Aktor na ekranie pojawia się w dwóch scenach, może łącznie przez 5 minut. Gwiazda tego formatu jak Heston, w tak małej roli wygląda dziwnie, ale jak się nad tym zastanowić, to na pewnym meta-poziomie potęguje otaczające widza (i bohatera) poczucie odrealnienia przedstawionego świata. Może taki był zamysł Carpentera? (A tak zupełnie nawiasem mówiąc – w filmie wystąpił też mały Hayden Christensen, czyli późniejszy Anakin Skywalker).

Czysta charyzma Jurgena Prochnowa.

O scenariuszu już się poniekąd wypowiedziałem, ale warto jeszcze jedną rzecz podkreślić – jego twórca (Michael De Luca) naprawdę doskonale czuł i rozumiał Lovecrafta. Chociaż brakowało mu nieco kunsztu Carpentera. We własnych skryptach reżyser lepiej dozował napięcie i chyba trochę ciekawiej prowadził nas do punktu kulminacyjnego. Nie twierdzę tutaj, że scenariusz zawiódł. Po prostu życzyłbym sobie większych ingerencji Carpentera, bo w samym Hobb’s End raz czy dwa razy mieliśmy kompletnie niepotrzebną dłużyznę i siadające napięcie. Na stole montażowym nie dało się tego poprawić, bo film był na to za krótki (zaledwie 95 minut).

Julie Carmen i Sam Neill.

No i strona techniczna. Och, jakże nierówna. “W paszczy szaleństwa” zawiera jedne z najbardziej pomysłowych efektów specjalnych i ujęć kamery jakie widziałem w całym kinie grozy. Oddychające drzwi są wręcz niesamowite. Scena z “kolorem niebieskim” – błyskotliwa. Ujęcia samotnego kościoła cudownie niepokojące (nawiasem mówiąc to raczej zasługa człowieka, który znalazł taki plener, bo kościół jest prawdziwy). Jednocześnie niektóre sceny zawodzą kompletnie. Dajmy na to szaleńca z siekierą atakującego Trenta (to żaden spoiler, bo rzecz się dzieje na początku filmu) – scena jest kompletnie nieprzekonująca. Tak samo z “finałowymi” monstrami. Szczerze mówiąc wygląda to trochę tak, jakby część produkcji była realizowana z wysokobudżetowym rozmachem, ale w pewnym momencie kasa się skończyła, i trzeba było kręcić szybko i po kosztach. W rzeczywistości jednak było odwrotnie. Film od początku realizowano za bardzo małe pieniądze i tylko talentowi Carpentera oraz kilku innych członków ekipy zawdzięczamy to, że na ogół wygląda bardzo dobrze. Ech, szkoda, że Carpenter po klapie “Wielkiej draki w chińskiej dzielnicy” nie dostawał już do ręki większych pieniędzy.

Ale mimo tych wad, uważam historię opowiedzianą w filmie za bardzo satysfakcjonującą. Z “apokaliptycznej trylogii” Carpentera jest to tytuł najbardziej surrealistyczny i po prostu dziwny… i chyba tym bardziej wart obejrzenia. Dla fanów Lovecrafta i Carpentera to pozycja obowiązkowa. Dla pozostałych – polecana.

PS. Zapomniałem wspomnieć o muzyce. Kompozytorem był oczywiście sam reżyser, ale tym razem zamiast trzymać się swoich syntezatorów, sięgnął po gitary elektryczne. Wyszło bombowo.

-->

Kilka komentarzy do "W paszczy szaleństwa (1994)"

  • 20 lutego 2019 at 12:15
    Permalink

    zdecydowanie za nisko. sam kiedys ocenilem na 8:
    http://fsgk.pl/recenzje/reviews/details/2940

    a po kilku kolejnych razach stwierdzam, ze to jeden z moich ulubionych filmów i spokojnie zasługuje na dziewiątke. niepowtarzalny klimat, świetna tajemnica, doskonały Sam Neill, świetna jak zawsze u Carpentera muzyka – mnie tutaj niczego nie brakowało. Tylko trzeba wiedzieć, że to horror w stylu amerykańskim – jest dużo Barkera, Kinga, momentami trąci Koszmarem z Ulicy Wiązów, czy Hellraiserem.

    Reply
    • DaeL
      21 lutego 2019 at 12:49
      Permalink

      7 to dobra ocena. W szkole by to się przekładało na mocną czwórkę. Tyle samo dałem Księciu Ciemności, którego bardzo lubię. Jeśli dobrze pamiętam, to 8 dałem Halloween, a 9 Coś. Przy czym Coś uważam za jeden z trzech najlepszych horrorów w historii.

      Reply
  • 20 lutego 2019 at 12:50
    Permalink

    Dla mnie to film kultowy, więc 7 to zdecydowanie za mało, ale mimo uwielbienia dla filmu muszę się przyczepić jednej rzeczy w recenzji:

    “Świetnie wypadła też Julie Carmen w drugoplanowej roli redaktorki serii horrorów Suttera Cane’a.”

    Co?

    Ta pani to największy minus w tym filmie. Jej drewniane popisy aktorskie sprawiają ból, który potęguje grozę filmu 😉

    Reply
  • 20 lutego 2019 at 23:34
    Permalink

    Dołączam się do przedmówców. Za nisko! Niewielkie mam pojęcie o Lovecrafcie, a i bez wiedzy o nawiązaniach film przebogaty, niesamowity wizualnie no i aktorsko. Dziewiątka murowana!

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków