Quartermass i studnia (1967)

Wspominałem już wcześniej na FSGK o mojej fascynacji bardzo złymi filmami. Może to trochę dziwne, ale oglądając kino klasy B jestem w stanie wyłączyć cyniczną, zrzędliwą część mózgu, i po prostu cieszyć wzrok gumowymi potworami, drętwą grą aktorską i kartonową scenografią. Nie muszę też śledzić w skupieniu wszystkiego co dzieje się na ekranie, bo zazwyczaj i tak scenariusz ma więcej dziur niż ser szwajcarski. Więc to też zaleta. Tego właśnie spodziewałem się dwa miesiące temu, kiedy rozpocząłem domowy seans filmu “Quartermass i studnia” występującego pod dwoma angielskimi tytułami: “Quartermass and the Pit” oraz “Five Million Years to Earth”. Film nakręcono w latach 60., ma gumowe potwory, myślałem więc, że wiem na co się piszę. Ale byłem w ogromnym błędzie.

Czasami człowiek nastawia się na film “tak zły, że aż dobry”, a dostaje coś zaskakująco interesującego. “Quartermass i studnia”, zrealizowany przez legendarną wytwórnię Hammer Film Productions (odpowiedzialną m.in. za cykle filmów o Draculi i Frankensteinie), to – ku mojemu zaskoczeniu – prawdziwy klasyk horroru, doceniany przede wszystkim na Wyspach Brytyjskich. Film pełnymi garściami czerpał z Lovecrafta, H.G. Wellsa i Arthura C. Clarke’a, samemu inspirując po latach takich reżyserów jak chociażby John Carpenter (w Quartermassie znajdziemy zaczyn koncepcji, które reżyser zrealizował 20 lat później m.in. w “Księciu Ciemności”). Jest na swój sposób ambitny i szalony. I mógłbym to dzieło ze spokojnym sumieniem polecić każdemu z Was… gdyby nie pewien problem. Ale do niego przejdziemy później. Najpierw słów kilka o fabule.

Profesor Quatermass, pułkownik Breen i doktor Roney wewnątrz obcego obiektu.

W trakcie prac nad rozbudową londyńskiego metra, pod fikcyjną stacją Hobbs End (Hob to staroangielskie określenie diabła – ta informacja jeszcze się przyda), odnaleziony zostaje szkielet. Nie do końca ludzki. Sprowadzony na miejsce paleontolog dr Matthew Roney określa go mianem małpoluda sprzed pięciu milionów lat. Tyle, że to nie koniec sensacyjnych znalezisk. Obok szkieletu badacze odnajdują wielki metalowy obiekt. Wojsko uważa, że to jedna z niemieckich rakiet V2, ale nikt nie potrafi wyjaśnić jak utknęła w tej samej warstwie skalnej co prehistoryczny szkielet. Przybyły na miejsce profesor Quartermass sugeruje, że obiekt jest pochodzenia pozaziemskiego. W miarę jak postępują prace nad wydobyciem przedmiotu, ekipa zaczyna doświadczać dziwnych zjawisk. Wkrótce wyjdzie na jaw, że statek należał do insektoidalnych obcych, których oblicza przypominają chrześcijańskie przedstawienia szatana…

Brzmi fantastycznie, ale pozostaje kwestia wspomnianego wcześniej problemu. I wymaga on odrobiny kontekstu. Lata 60. były okresem wyjątkowo szybkich zmian w sposobie kręcenia filmów. To wówczas na wyżyny kunsztu reżyserskiego wspiął się Alfred Hitchcock, coraz więcej swobody artystycznej miał też Stanley Kubrick. Zmieniało się podejście do montażu, udźwiękowienia, oświetlenia planu. Ewoluowały techniki pracy kamerą, a nawet styl gry aktorskiej. Niejednokrotnie prowadziło to do niesamowitych kontrastów.

Quatermass i obcy.

Po co ta dygresja? Otóż recenzując obraz “Quartermass i studnia” muszę wspomnieć o jego największej wadzie, która uczyni go dość hermetycznym. Film nakręcono w 1967, na rok przed “2001: Odyseją Kosmiczną” Kubricka, ale pod względem sztuki reżyserskiej, filmy te dzielą ze trzy dekady. Obraz z wytwórni Hammer ogląda się jak dzieło z lat 50. Musimy przyzwyczaić się do powolnego tempa, długich scen ekspozycji i teatralnej gry aktorów. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Widywałem w końcu bardziej filmowe teatry telewizji. Przy czym – muszę to jeszcze raz podkreślić – problem w odbiorze tego filmu nie wynika ze słabości reżysera czy aktorów. Przeciwnie, film jest zrealizowany pod względem rzemieślniczym bardzo przyzwoicie. Tylko, że to rzemiosło trochę nie przystaje do naszych czasów.

Czy zatem warto skusić się na seans? Cóż, na pewno warto spróbować. Być może ten cudownie dziwny i anachroniczny tytuł przypadnie Wam do gustu. Oczywiście nie ma co liczyć na to, że będziecie podczas seansu dygotać ze strachu. Ale myślę, że każdy doceni powoli budowaną atmosferę niepokoju. A ja ze swojej strony powiem tylko tyle, że bardzo bym sobie życzył, aby w dobie powszechnych remake’ów, ktoś utalentowany (na przykład wspomniany John Carpenter – jeśli będzie mu się chciało stanąć za kamerą) jeszcze raz wziął na warsztat oryginalny scenariusz. Bo pomysł stojący za filmem był doprawdy przedni.

PS. Żeby było śmieszniej robiąc mały risercz do tej recenzji dowiedziałem się, że “Quartermass i studnia” to… remake jeszcze starszego serialu nakręconego przez BBC. Ale o nim niestety nie mogę nic więcej powiedzieć, bo jeszcze go nie oglądałem. Choć planuję zaległość nadrobić.

-->

Kilka komentarzy do "Quartermass i studnia (1967)"

  • 14 października 2018 at 14:07
    Permalink

    Hehe, zainteresowanie kinem tego rodzaju podzielam. Wszak to ono wypromowało takich aktorów jak Christopher Lee czy Peter Cushing. Z dzisiejszych filmów – umownie nazwijmy je horrorami – też najbardziej lubię te klasy B i C o zmutowanych zwierzętach i potworach. 🙂

    Reply
  • Pingback: Książę Ciemności (1987) – FSGK.PL

  • 12 czerwca 2019 at 13:41
    Permalink

    Ciekaw jestem recenzji filmu Flash Gordon (1980) z muzyką Queen’ów 🙂

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków