FilmyKlasyka Kina

Fantastyczne serie #15 – Mission: Impossible

Wiele wskazuje, że ubiegłoroczna ósma część serii Mission: Impossible domknęła niemal trzydziestoletnią przygodę Ethana Hunta i agentów I.M.F. Jako że stosunkowo niedawno w krótkich odstępach czasu udało mi się obejrzeć powtórnie całą tę szpiegowską epopeję, pomyślałem, że to wdzięczny temat na kolejną odsłonę Fantastycznych serii™ i dobry moment na krótkie podsumowanie.

Wszystko zaczęło się… trzy dekady przed premierą pierwszej kinowej części – od serialu telewizyjnego. Nie jest tajemnicą, że zanim Tom Cruise dorwał się do projektu, powstało 9 sezonów Mission: Impossible, opowiadających o agentach I.M.F. (Impossible Mission Force) i ich tajnych misjach. Serial był emitowany w latach 66-73, powstał na fali popularności pierwszych filmów o przygodach Jamesa Bonda i cieszył się dużym zainteresowaniem, był też wielokrotnie nagradzany. Nic więc dziwnego, że dość szybko pojawiłł się pomysł przeniesienia go na wielki ekran. Przez całe lata osiemdziesiąte temat powracał kilkakrotnie, ale jedyne, co udało się osiągnąć, to kolejne dwa sezony w formie remake’u oryginału. Musiało minąć kolejnych kilka lat, aby na scenę wkroczył niejaki Tom Cruise, który właśnie rozpoczynał karierę producenta filmowego i – tak się składa – był fanem oryginału. Reszta jest historią.

Mission: Impossible (1996)

Cruise’owi zamarzył się film z prawdziwym rozmachem. Udało mu się uzbierać ponad 60 milionów dolarów, podpisał umowę z Paramount Pictures, które posiadało prawa do marki, i zatrudnił reżysera Briana De Palmę oraz scenarzystów Stevena Zailliana, Davida Koeppa i Roberta Towne’a. Scenariusz był przerabiany w nieskończoność, także po rozpoczęciu zdjęć, ale ostatecznie film nakręcono w terminie i nie przekraczając budżetu.

Pierwsza kinowa Misja Niemożliwa była pomostem między serialem a nową serią, chociaż z pierwowzorem łączyło ją stosunkowo niewiele. Jedynym prawdziwym łączem była postać Jima Phelpsa, szefa jednostki IMF od drugiego sezonu serialu. W filmie wcielił się w niego Jon Voight i – jak wszyscy wiemy – był to smutny koniec agenta Phelpsa, który rozczarowany zmianami, jakie nastąpiły po zakończeniu zimnej wojny, zdradził ojczyznę i próbował wrobić swojego podopiecznego, Ethana Hunta.

Mission: Impossible zachowało pewne oryginalne elementy serialu. Przede wszystkim charakterystyczną czołówkę, rozpoczynającą się od płonącej zapałki i pokazującej migawki z nadchodzącego filmu (lub odcinka). Oczywiście okraszoną doskonałym przewodnim motywem muzycznym, skomponowanym pierwotnie przez argentyńskiego kompozytora Lalo Schifrina, a zaaranżowaną na potrzeby filmu przez członków zespołu U2. Mieli napisać całą muzykę, ale z powodu braku czasu musieli oddać kontrakt Danny’emu Elfmanowi. W samym filmie mieliśmy taśmę z briefingiem, ulegającą autodestrukcji, scenę (a w zasadzie sceny) z omawianiem planu działania, scenę doboru drużyny i wreszcie nieodzowne przebieranki z użyciem lateksowych masek. Wszystkie te elementy zgrabnie zaaranżowano na potrzeby pełnego metrażu i obudowano większą intrygą.

No właśnie. Można śmiało powiedzieć, że zawiła historia z podwójnymi agentami, zdradami i niesamowitymi zwrotami akcji to jednocześnie największa zaleta i największa wada Mission: Impossible. Jeśli się kupi tę sensacyjno-szpiegowską fantazję zahaczającą o science-fiction, dobra zabawa gwarantowana. Jednak bardzo łatwo się w tym wszystkim pogubić, a liczba nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności wystawia na próbę uwagę i odporność widza na przekombinowane historie.

Jeśli jednak przełknąć kwestie scenariuszowe i okazjonalne dłużyzny, ten film to czysta radocha i techniczny majstersztyk (oraz przedsmak tego, co będzie serwował Cruise w późniejszych częściach). Cała sekwencja związana z kradzieżą danych z siedziby CIA to absolutna klasyka i mistrzostwo w budowaniu efekciarskiego napięcia. Widok Ethana Hunta, wiszącego na linach na tle białego pomieszczenia i hakującego terminal komputerowy, zna chyba każdy. Cruise wyznaczył tym poziom bazowy, który potem za każdym razem próbował przekroczyć pod względem efektowności i zapamiętywalności. Udawało się różne, ale niezaprzeczalnym faktem jest, że w części pierwszej efekt WOW został osiągnięty.

Nieco bardziej może zestarzał się fragment na dachu pociągu, ale tu też należy docenić kaskaderską robotę i poświęcenie aktorów oraz całiem zgrabne efekty wizualne – połączenie makiet, prawdziwego wagonu i green screenu. Podobno do wytwarzania wiatru używali przy tym najpotężniejszego w Europie wiatraka do trenowania skydivingu, a Cruise większość scen kręcił osobiście, bez pomocy dublerów. Podobnie zresztą było z restauracją i rozpryskującym się ogromnym akwarium, z którego wylewają się hektolitry wody. Wszystko to do dziś jest szalenie efektowne i pozwala przymknąć oko na mniejsze lub większe mankamenty tego filmu.

Lubię pierwszą część Mission: Impossible. To taki dobrze skrojony hollywoodzki mariaż thrillera szpiegowskiego, w jakie zaczytywałem się od najmłodszych lat, z efektownym, żeby nie powiedzieć efekciarskim, kinem sensacyjno-wybuchowym. W porównaniu do wszystkich kontynuacji jest najbardziej stonowany i najpoważniejszy, zbliżony klimatem do mrocznej powieści kryminalnej, jednak w najważniejszych momentach, zgodnie z tytułem, bohaterowie dokonują rzeczy niemożliwych. W tej części Ethan przejmuje pałeczkę z rąk swojego mentora, poznajemy Luthera, który jako jedyny występuje u boku Hunta we wszystkich kolejnych filmach. Można chyba też powiedzieć, że wtedy jeszcze nic nie zapowiadało, że seria przetrwa niemal 30 lat i stanie się naprawdę dużą marką.

Mission: Impossible 2 (2000)

A już na pewno nie można się było tego spodziewać 4 lata później, kiedy do kamery dorwał się John Woo, całkowite przeciwieństwo De Palmy. To był świadomy wybór: każda kolejna Misja miała mieć innego reżysera i inny charakter. Zanim powstał scenariusz, obsadzono Thandiwe Newton (rolę pisano pod nią) i Dougraya Scotta, wrócił też Ving Rhames jako Luther. Scenariusz przechodził przez kilka par rąk – rozpoczął od Olivera Stone, który się wycofał, potem próbowali Ronald D. Moore i Brannon Braga, aż ostateczny szlif nadał Robert Towne, ściągnięty na kilka dni przed startem zdjęć w Sydney. Produkcję wstrzymano wtedy na miesiąc.

To opóźnienie miało poważne skutki castingowe. Ian McKellen, wycofał się i przyjął role Magneto w X-Men i Gandalfa we Władcy Pierścieni – w M:I2 zastąpił go Anthony Hopkins. Dougray Scott z kolei przez przedłużającą się produkcję stracił rolę Wolverine’a, która trafiła do Hugh Jackmana. Same zdjęcia, planowane na 88 dni w Australii, Utah i Los Angeles, rozciągnęły się do 180 z powodu pogody, kontuzji i tarć na planie. Premierę przesunięto z grudnia 1999 na maj 2000.

Za muzykę odpowiadał tym razem Hans Zimmer, który zupełnie odszedł od tradycyjnego soundtracku Elfmana w kierunku bardziej nowoczesnych brzmień. Paradoksalnie ta muzyka zestarzała się dużo gorzej. To chyba jedno z najgorszych dzieł Zimmera, chociaż dość dobrze współgra z tym, co widzimy na ekranie (o tym za chwilę). Starzy ludzie na pewno pamiętają za to rockową wersję motywu głównego w wykonaniu Limp Bizkit, a „I Disappear” Metalliki stało się jednym z zarzewi późniejszego procesu zespołu z Napsterem.

Nie owijając w bawełnę: druga część serii to film fatalny, który do tego okropnie się zestarzał. Woo chciał przenieść stylistykę efekciarskiego i ekspresyjnego azjatyckiego kina akcji na grunt Hollywood i… niestety mu się udało. Film wygląda jak mokry sen dziesięciolatka. Tomek zarzuca stylową grzywą, rozkazy otrzymuje rakietą w wybuchających okularach, pościg samochodowy przypomina balet, motocykle fruwają w powietrzu, a kopniaki serwowane są nie tylko z półobrotu, ale i salta, korkociągu i stania na rzęsach. Wrogowie piorunują się wzrokiem, a kiedy są wściekli, to nawet na siebie krzyczą.

No i na dokładkę ten dziwaczny trójkąt miłosny między antagonistami i piękną złodziejką, która traktowana jest przez wszystkich jako laleczka z ładną buzią. Ani na moment  w te westchnięcia nie uwierzyłem, za to niejednokrotnie przebiegł mi po plecach dreszcz żenady w co bardziej szowinistycznych scenach.

W drugiej części nie brakuje scen efektownych, ale gdzie im tam do maestrii poprzedniczki? Po niemal każdym ciekawszym fragmencie następuje coś wyjątkowo głupiego. Cruise wspina się bez zabezpieczeń po skałach (to faktycznie on), a za moment przylatuje helikopter, z którego ktoś wystrzeliwuje wspomnianą rakietę z rozkazami. Kawałek niezłego pościgu? Za chwilę Cruise ślizga się po asfalcie na butach. Walka na prawdziwe noże (podobno ubezpieczalnia dostała spazmów, kiedy Tomek zażyczył sobie takich rekwizytów), a za moment latający pistolet i strzał z półobrotu. Oglądaliśmy niedawno całą serię razem z synem i nawet dwunastolatek się z tego śmiał.

Mimo to Mission: Impossible 2 był wielkim sukcesem. Zarobił 546 milionów dolarów i był największym przebojem roku, zostawiając w pokonanym polu Gladiatora i Cast Away. Mimo to słusznie uchodzi za najsłabsze ogniwo serii, a Woo nigdy nie wrócił do kolejnej części (w przeciwieństwie do pozostałych reżyserów nikt go o to nawet nie poprosił).

Mission: Impossible III (2006)

Po sukcesie dwójki nastąpiły dwa lata ciszy. Z kolejną częścią łączono nazwisko Davida Finchera, ale zanim do czegokolwiek doszło, reżyser wycofał się z projektu. W lutym 2003 zatrudniono Joe Carnahana, jednak premierę przesunięto na 2005, bo Cruise zaangażował się w ZakładnikaMichaela Manna. W 2004 do pisania scenariusza dołączył Frank Darabont, a do obsady Carrie-Anne Moss, Kenneth Branagh, Scarlett Johansson i Ving Rhames. Tuż przed zdjęciami Carnahan odszedł z powodu „różnic twórczych”, a pałeczkę reżysera przejął J.J. Abrams. Miał to być jego filmowy debiut, a Cruise zaproponował mu tę pracę po maratonie serialu Alias. Abrams napisał historię od nowa do spółki z Alexem Kurtzmanem i Roberto Orcim, co ponownie przesunęło premierę, na maj 2006 i oznaczało zmianę całej obsady poza Vingiem Rhamesem. Zwolniony grafik pozwolił za to dołączyć Philipowi Seymourowi Hoffmanowi w roli antagonisty. Oprócz tego zatrudniono Michelle Monaghan, Maggie Q i Simona Pegga, który tym filmem zadebiutował jako Benji Dunn.

Ton filmu jest wyraźnie mroczniejszy niż wcześniej. Hunt jest tu emerytowanym instruktorem I.M.F. i zostaje wplątany w osobistą wojnę z tajemniczym geniuszem zbrodni. Tym razem trup ściele się gęsto, kolorową pstrokaciznę zastąpił niebieski filtr, przez co obraz jest zimny i kontrastowy. Stawka wzrosła nieporównywalnie. Z jednej strony Hunt i spółka uganiają się za MacGufifnem, aby uratować świat przed zagładą (dosłownie), z drugiej krwiożerczy i demoniczny Owen Davian jest w stanie osobiście zranić głównego bohatera i jego najbliższych.

W rękach Johna Woo byłby to kolejny festiwal latających samochodów i czerstwych dialogów. J.J. Abrams, mimo wszystkich swoich wad, zna się na kręceniu efektownie, ale w duchu kina nowej przygody. M:I:III to technothriller pełną gębą i z rozmachem godnym podziwu. Sekwencja na moście Chesapeake Bay powstała na jego replice zbudowanej w Kalifornii, a skok z drapacza chmur w Szanghaju to prawdziwy upadek Cruise’a na fragment dachu zbudowany w powietrzu, z miastem dodanym cyfrowo w tle. Tym razem, podobnie jak w jedynce, sceny akcji robią ogromne wrażenie. Owszem, są nieprawdopodobne i wszyscy powinni zginąć w tym filmie po kilka razy, ale nakręcono to tak, że oko i mózg widza same chcą dać się oszukać.

Przebieranki znów mają sens. Sekwencja porwania Daviana z Watykanu trzyma w napięciu (i bawi) od samego początku. Antagonista nie tylko wygłasza puste groźby, ale jest prawdziwym bezwzględnym bandytą. Strzelaniny noszą pewne znamiona realizmu, a popisy kaskaderskie to przedsmak wariactw, które Cruise będzie uprawiał w kolejnych częściach. Świetni na drugim planie są Laurence Fishburne, Simon Pegg i Michelle Monaghan. No i oczywiście Hoffman stworzył zdecydowanie najlepszego antagonistę w całej serii.

Ale żeby nie było, to nie jest film idealny. Nowej ekipy Hunta już w zasadzie nie pamiętam (poza Benjim oczywiście). Fabuła jest zamotana i w gruncie rzeczy głupiutka, bo sprowadza się do ratowania świata przed super wirusem. Można się było bardziej postarać.

I chociaż trzecia część spokojnie dorównuje pierwszej, a pod wieloma względami ją przewyższa, wyniki finansowe musiały rozczarować twórców. 398 milionów dolarów w śwatowym obx office to nie był bardzo słaby wynik, ale na pewno apetyty po poprzedniej części były znacznie, znacznie większe. To plus rosnące kontrowersje wokół Cruise’a doprowadziły do rozstania z Paramountem po 14 latach współpracy. Nastąpiły lata przestoju. Valkiria i Lions for Lambs były klapą, a najbardziej zapamiętywalną rolą Cruise’a z tego okresu był komediowy epizod w Jajach w tropikach. Wydawało się, że gwiazda Tomka przygasła, a Mission: Impossible zakończy żywot jako trylogia.

Mission: Impossible – Ghost Protocol (2011)

Po rozstaniu z Paramountem projekt uruchomił ponownie J.J. Abrams, tym razem jako producent, ze scenariuszem Josha Applebauma i André Nemeca (których znał z czasów tworzenia Alias). Reżyserię objął Brad Bird, twórca doskonałych familijnych animacji: Stalowego Giganta, Iniemamocnych i Ratatuj – wtedy bez żadnego wcześniejszego filmu aktorskiego na koncie. Poszukiwania reżysera przesunęły premierę z maja na grudzień 2011, po raz pierwszy wyprowadzając serię z sezonu letniego. Do obsady wrócił Simon Pegg, dołączyli Paula Patton, Michael Nyqvist i Jeremy Renner, wtedy typowany na przyszłą twarz serii (w razie gdyby Cruise znowu coś odwalił i trzeba było pozbyć się Ethana). Ving Rhames niemal wypadł z filmu przez cięcia budżetowe, ale ostatecznie udało się go wcisnąć w ostatniej chwili.

Zdjęcia zaczęły się jesienią 2010 w Pradze, a w listopadzie przeniosły się do Dubaju, do Burdż Chalifa, najwyższego budynku świata. Tam nakręcono sekwencję, w której Cruise wspina się po zewnętrznej ścianie wieżowca przy pomocy specjalnych rękawic, przypięty jedynie do niewidocznych w kadrze lin. To moja ulubiona sekwencja kaskaderska z całej serii. Polecam dokument o tym, jak była kręcona, który można znaleźć na YouTube. Nawet na domowym ekranie można dostać zawrotów głowy, kiedy Ethan hasa po elewacji. Niewiele ustępuje tym akrobacjom rewelacyjna sekwencja infiltracji Kremla, kończąca się tym, co chyba każdy z nas chciałby zobaczyć: wysadzeniem go w powietrze. Rozmarzyłem się…

Była to pierwsza część serii, która otrzymała podtytuł zamiast numerka, co niejako zwiastowało kolejną zmianę tonu opowieści. Tak naprawdę Protokół duchów można uznać za start “właściwej” sagi, która zakończyła się na Final Reckoning. Od tej pory trzon zespołu stanowić będą Ethan, Benji, Luther i (w mniejszym stopniu) Brand. Christopher McQuarrie, ściągnięty w połowie zdjęć do poprawek scenariusza, przekonał ekipę, żeby nie zabijać na dobre Julii z trójki – w finalnej wersji jej śmierć okazuje się upozorowana. To pierwszy w serii moment, w którym poprzednia część realnie wpływa na kolejną. Do fabuły wpleciono bardzo udane elementy humorystyczne, a całość pomimo kolejnych prób ratowania świata zyskała lżejszy, bardziej rozrywkowy charakter, umiejętnie mieszając elementy filmów o Bondzie i Jasonie Bournie.

Pomimo rozwleczonej i przekombinowanej końcówki z obowiązkowym rozbrajaniem bomby w ostatniej sekundzie, Ghost Protocol był powiewem świeżego powietrza dla Mission: Impossible i doskonale rozumiem dlaczego. Czuć, że to “duży” hollywoodzki, dopracowany wizualnie film. Bird ma doskonałe wyczucie i potrafi zbalansować oszałamiającą akcję z rozwojem postaci, ich wzajemnych interakcji i przede wszystkim wspomnianym humorem. Jest jednocześnie elegancko, profesjonalnie i luźno – ale nie niepoważnie.

Film odniósł duży sukces finansowy – zarobił 694 miliony dolarów i pokazał, że nowo obrany kierunek jest słuszny, a Ethan Hunt nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Brad Bird dostał propozycję powrotu przy kontynuacji, ale odmówił, uznając rotację reżyserów za część charakteru serii. Osobiście wolę zarówno trójkę, jak i piątkę, ale Ghost Protocol to kawał dobrej rozrywki.

Mission: Impossible – Rogue Nation (2015)

Reżyserię piątej części powierzono Christopherowi McQuarriemu, który wcześniej napisał scenariusz Podejrzanych, wyreżyserował Desperatów, współpracował z Cruisem przy Valkirii i Jacku Reacherze, a przy okazji nieoficjalnie pomagał przy scenariuszu Ghost Protocol. Do obsady dołączyła Rebecca Ferguson jako nowa pierwszoplanowa bohaterka, wrócili Jeremy Renner i Ving Rhames, a skład uzupełnili Alec Baldwin i Sean Harris jako Solomon Lane.

Kręcono w Wiedniu, Maroku i Londynie, tworząc scenariusz w znacznej mierze na bieżąco – duże sekwencje akcji planowano najpierw, a sceny dialogowe i motywacje bohaterów dopisywano w trakcie zdjęć. Efekty okazały się zaskakująco dobre.

Zacznijmy od kaskaderki. Na początek Cruise uczepiony startującego Airbusa A400M – numer wykonany osobiście, osiem razy, na wysokości ponad tysiąca metrów. Druga duża sekwencja praktyczna to długie ujęcie pod wodą bez butli tlenowej, do którego Cruise specjalnie trenował wstrzymywanie oddechu. I wreszcie pościg, który uważam za jeden z najlepszych w historii kina. Najpierw fenomenalne ujęcia BMW w ciasnych uliczkach, a potem powalająca prędkością gonitwa na motocyklach. Nie ukrywam – lubię oglądać pościgi samochodowe. A przy tym klaskałem jak młoda foka.

Ta część zawiera zdecydowanie najwięcej elementów humorystycznych i wyszło mu to na dobre. Simon Pegg ma naturalny talent do komedii i jako comic relief sprawuje się doskonale. Najważniejsze zaś było dodanie do sagi pana Hunta niejakiej Ilsy Faust. Nie dało się tego zrobić lepiej, niż wprowadzając tragiczną, fascynującą, śmiertelnie niebezpieczną i powalająco śliczną podwójną agentkę graną przez jedyną i niepowtarzalną Rebeccę Ferguson. Można powiedzieć, że z chwilą, gdy dołączyła do obsady, wszystko wreszcie wskoczyło na swoje miejsca. Wcześniej kobiety w Mission: Impossible były mniej lub bardziej uprzedmiotowione. Miały być ładnym tłem na Toma Cruise’a. Ilsa jest w końcu równorzędną bohaterką i jej późniejsza skomplikowana relacja z Huntem dodaje całości zupełnie nowy wymiar wzajemnych relacji.

Minusy? Niewielkie. Chyba najbardziej zgrzytał mi złowrogi Syndykat z jego jeszcze bardziej złowrogim przywódcą. Nie lubię takich komiksowych złodupców, bo chociaż robią groźne miny, to nigdy nie są tak przerażający jak Davian w trójce. Ale poza tym? Ten film jest po prostu odjazdowy (jak mawiają starzy ludzie). Nieprzerwana, wybuchowa akcja, pościgi, świetnie zrealizowane walki, chemia między bohaterami, obłędne sekwencje kaskaderskie, zero plastiku i sztucznych dekoracji. Tom Cruise na pełnej i w swoim żywiole – jako król kina akcji. To moja ulubiona część serii. Doskonała rozrywka, dopieszczona wizualnie, świetnie zagrana. Czego chcieć więcej od akcyjniaka?

Premierę przyspieszono i przesunięto z terminu świątecznego na 31 lipca 2015, być może aby uniknąć zderzenia z marketingiem nowego Przebudzenia mocy (za to – o, ironio – trafił na czwartego Mad Maxa, taki to był rok). Film zarobił prawie tyle samo co poprzednia część, a kontynuację ogłoszono jeszcze przed premierą piątki. Natomiast McQuarrie jako pierwszy w historii serii wrócił jako reżyser kolejnej części.

Mission: Impossible – Fallout (2018)

Cruise wygadał się o planach na kolejną część, więc nie było sensu zaprzeczać. Potwierdzono reżysera oraz powrót Ilsy Faust, nadając jej postaci wyjątkową rolę. Prace nad szóstką zaliczyły obsuwę pod koniec 2016, kiedy Cruise wykłócał się ze studiem o przyszłą gażę, ale ruszyły ponownie w 2017. Do obsady dołączyły kolejne gwiazdy: Vanessa Kirby i Henry Cavill, obok powracających Rebekki Ferguson, Simona Pegga, Aleca Baldwina, Seana Harrisa i Vinga Rhamesa. Jeremy Renner, zajęty filmami o Avengers, jako pierwszy powracający aktor serii wypadł z obsady z powodów grafikowych.

Zdjęcia ruszyły w kwietniu 2017 w Paryżu, potem przeniosły się do Nowej Zelandii (dołączyła Angela Bassett, wróciła też Michelle Monaghan jako Julia) i do Londynu. Tam, podczas skoku między budynkami, Cruise złamał kostkę – według McQuarriego aktor wiedział o tym od razu, ale mimo to dokończył ujęcie, które ostatecznie trafiło do filmu. Chwalił się potem, że złamana kość to za mało, żeby zatrzymać Ethana Hunta. Po siedmiu tygodniach rekonwalescencji zdjęcia dokończono w Norwegii.

Cruise uznał, że Fallout ma być najbardziej efektownym filmem wszech czasów (do czasu premiery kolejnej M:I). Według mnie nie przebił poprzedniej części, ale i tak śmiało można powiedzieć, że to jeden z najbardziej napakowanych akcją filmów, jakie powstały. Najważniejsza sekwencja kaskaderska to prawdziwy skok HALO (High Altitude Low Opening) z wysokości około 7,5 tysiąca metrów – Tomek jako pierwszy aktor wykonał go przed kamerą. Żeby zdobyć kilka użytecznych ujęć, potrzeba było ponad stu skoków treningowych i właściwych, kręconych nad pustynią w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, cyfrowo przerobioną potem na niebo nad Paryżem.

No i oczywiście jest jeszcze niesamowita, trwająca niemal pół godziny finałowa gonitwa helikopterami, podczas której – niczym kiedyś w Dubaju – zawrót głowy gwarantowany. W tamtym momencie można było mieć pewność, że jeśli na ekranie pojawia się jakaś maszyna latająca, Tom Cruise prędzej czy później będzie z niej zwisał.

Fallout nawet na tle poprzednich części to napompowana kaskaderskimi sztuczkami nieprzerwana jazda bez trzymanki. Ponad dwie godziny zwariowanych pościgów, bijatyk i strzelanin. Niestety tu po raz pierwszy zapaliły się mi światełka ostrzegawcze. Ten film starał się być za bardzo. Nie dawał widzowi chwili wytchnienia, a fabuła była tak zakręcona, że podczas pierwszego seansu warto mieć pod ręką Wikipedię, żeby się nie pogubić. Owszem – Henry Cavill “przeładowujacy” pięści przed walką w toalecie i z zawadiackim “najdroższym wąsem świata” to fajny przeciwnik Hunta, ale powracający Solomon Lane nadal nie jest tak straszny, jak powinien. No i ile razy można ratować świat przed odliczaniem do wybuchu bomby atomowej? Okazuje się, że to nie jest ostatni raz…

Wizualnie i muzycznie film jest ciemniejszy, bardziej mroczny i stonowany niż dwie poprzednie części. Tym niemniej film rozbił bank. 791 milionów dolarów na koncie rozbudziło apetyty i sprawiło, że Tom Cruise postanowił zagrać w najwyższej lidze. Siódma Misja niemożliwa miała być filmem ostatecznym.

Mission: Impossible – Dead Reckoning Part 1 (2023)

Pierwotnie siódemka miała powstawać wspólnie z częścią ósmą, kręconą od razu jako jedna duża produkcja. Zdjęcia ruszyły w lutym 2020 pod roboczym tytułem „Libra”, w Wenecji. Kilka tygodni później produkcję zatrzymała pandemia COVID-19; to właśnie z planu Dead Reckoning pochodzi później krążące w sieci nagranie, na którym Cruise upomina ekipę za łamanie protokołów sanitarnych. Premierę przekładano w sumie pięć razy – z lipca 2021 aż na lipiec 2023, a każde kolejne przesunięcie podnosiło koszty, czyniąc film jednym z najdroższych w historii.

Reżyserię i scenariusz po raz trzeci z rzędu wziął na siebie Christopher McQuarrie. Do obsady dołączyli m.in. Hayley Atwell i Esai Morales jako antagonista Gabriel; po raz pierwszy od Ghost Protocol przy produkcji nie uczestniczył już J.J. Abramsa ani jego wytwórnia Bad Robot. Zdjęcia kręcono na pustyni w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, w Wenecji, Rzymie i Norwegii, a najgłośniejszym elementem kampanii promocyjnej stał się skok motocyklem z klifu w otwartą przestrzeń, po którym Cruise otwiera spadochron. Przygotowania do tej sekwencji trwały pół roku.

Podchodziłem do Dead Reckoning nieufnie – typowa dla mnie alergia na serie, które bez ostrzeżenia rozdymają się do rozmiarów „uniwersum” i bez potrzeby dzielą jedną historię na dwa filmy. O dziwo, sam podział akurat tutaj nie przeszkadzał: twórcy zapowiedzieli go otwarcie, Part One jest skonstruowane jako w miarę zamknięta całość, nie tylko pierwszy rozdział urwany w połowie z premedytacją. Doceniam rozmach produkcyjny, bo te 300 milionów dolarów naprawdę widać na ekranie, plenery są autentyczne, a green screen użyty z umiarem.

Więcej wątpliwości budzi scenariusz. Sztuczna inteligencja jako przeciwnik to trafiony w punkt, aktualny pomysł, ale czy taki wróg pasuje do analogowego, zakorzenionego w latach 90. Ethana Hunta? Niekoniecznie. Znajomość Gabriela z Huntem, sięgającą jakoby czasów sprzed pracy w agencji, uznałem za zbędną i konfundującą. Wystarczyłby zwykły czarny charakter, bez doczepiania osobistych traum, o których nikt wcześniej nie wspominał przez sześć filmów. Autocytatów i nawiązań do poprzednich części też było moim zdaniem trochę za dużo.

Problemem jest na pewno tempo sekwencji akcji. Skok z klifu, pościg w Rzymie, finał w pociągu są kręcone po mistrzowsku, ale rozciągnięte ponad miarę: kiedy wagony spadają w przepaść przez dziesięć minut, przestaje to ekscytować, a zaczyna nużyć. Wykonanie techniczne pozostaje bez zarzutu, ale film jest wewnętrznie sprzeczny – miesza lekką, przygodową konwencję z nabożną powagą i przez to nie może się zdecydować, czym właściwie chce być. W recenzji oceniłem Dead Reckoning – Part One na 6/10, z nadzieją, że część druga naprawi te niedociągnięcia. O naiwności…

Mimo entuzjastycznych recenzji krytyków wyniki box office rozczarowały w stosunku do budżetu: 567 milionów to znacznie mniej niż trzy poprzednie części. Złożyło się na to kilka czynników. Film stracił większość ekranów IMAX na rzecz Oppenheimera, a do tego wystartował w tym samym lecie co “Barbenheimer”. Kontynuację, pierwotnie zapowiadaną jako Dead Reckoning Part Two i planowaną na czerwiec 2024, przesunięto o rok z powodu strajku SAG-AFTRA i przy okazji przemianowano na The Final Reckoning.

Mission: Impossible – The Final Reckoning (2025)

Zdjęcia ruszyły na początku 2023 roku i objęły m.in. Sewastopol (odtworzony w studiu), Paryż, Maltę, RPA i Norwegię. W lipcu 2023 produkcję zatrzymał strajk scenarzystów. W tym czasie Cruise i ekipa promowali akurat poprzedni film, a prace wznowiono dopiero w marcu 2024. Wtedy właśnie tytuł zmieniono z zapowiadanego wcześniej Dead Reckoning Part Two na The Final Reckoning, sugerując bardziej definitywne zamknięcie historii Ethana Hunta, a premierę przesunięto z czerwca 2024 na maj 2025 – łącznie o niemal rok względem pierwotnego planu. Budżet szacuje się na obłędne 400 milionów dolarów, co czyni Final Reckoning najdroższym (i przy okazji najdłuższym) filmem serii. Do powracającej obsady dołączyli m.in. Nick Offerman, Janet McTeer, Tramell Tillman i Hannah Waddingham.

Do The Final Reckoning podchodziłem z dużymi oczekiwaniami jako do zamknięcia trzydziestoletniej serii i srodze się zawiodłem. Pierwsza godzina to niemal wyłącznie ekspozycja i przypominanie fabuły poprzednich części przez retrospekcje – dałoby się to streścić w kilku zdaniach, tymczasem film rozciąga się do prawie trzech godzin. Największy problem to ton: Final Reckoning traktuje Ethana Hunta niemal jak mesjasza ratującego ludzkość, co kilka minut przypomina o wadze jego misji, a powaga jest tak przesadzona, że zaczyna śmieszyć – i to niezamierzenie, bo na sali kinowej słyszałem, jak inni widzowie zaczęli się z tego otwarcie śmiać mniej więcej w połowie seansu. Gdzie się podziała lekkość Rogue Nation?

Dwie duże sekwencje kaskaderskie – nurkowanie do wraku okrętu podwodnego i finałowy pojedynek na dwupłatowcach – są zrealizowane na najwyższym poziomie i to jedyne fragmenty, które bronią się od strony technicznej, chociaż ich długość potrafi zwyczajnie zmęczyć.

Reszta obsady została zepchnięta na dalszy plan; zabrakło mi partnerki dla Hunta na miarę Ilsy z wcześniejszych części (a już nie wybaczę scenarzystom tego, z jaką łatwością Grace w ciągu kilku chwil stała się miłością życia Ethana). Nowe postacie służą głównie fabularnej dekoracji, co stanowi powrót do niechlubnych początków serii. Denerwowało mnie też ciągłe tłumaczenie widzowi PLANU, dosłownie i wielokrotnie, łącznie z pokazywaniem migawek przyszłych wydarzeń, zanim się wydarzą. Muzyka gra bez przerwy w tym samym, patetycznym tonie, a nieliczne sceny akcji bez udziału samego Cruise’a wypadają siermiężnie.

Wystawiłem filmowi 3/10, czyli oczko więcej niż koszmarnej dwójce. I to mimo bezdyskusyjnego kunsztu dwóch głównych sekwencji kaskaderskich. Nie tak powinien wyglądać finał udanej serii, jaką na przestrzeni lat stało się Mission: Impossible. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze o wyniku box office – około 596 milionów dolarów to wynik solidny, ale w relacji do gigantycznego budżetu rozczarowujący.


Czy jest szansa na powrót Mission: Impossible? To oczko w głowie Toma Cruise’a, który obecnie zajął się innymi projektami. Ósma część na pewno była planowana jako pożegnanie z Ethanem Huntem, ale znając ambicje pana Tomasza, nie można wykluczyć, że spróbuje jeszcze raz dokonać niemożliwego. Oby tylko nie poleciał w kosmos jak Szybcy i wściekli.

A która część jest Waszą ulubioną? Lubicie Mission: Impossible? Podzielcie się komentarzami.

To mi się podoba 5
To mi się nie podoba 0

Crowley

Maruda międzypokoleniowa i mistrz w robieniu wszystkiego na ostatnią chwilę. Straszliwy łasuch pożerający wszystko, co związane z popkulturą. Miłośnik Pratchetta i Clancy'ego, kiedyś nawet Gwiezdnych wojen, a przede wszystkim muzyki starszej niż on sam.

 

Postaw kawę dla Crowley_FSGK na buycoffee.to

Polecamy także

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button