
Nie planowałem oglądać tego filmu w kinie. Żółte stworki pokochałem po Jak ukraść Księżyc, ale nie da się ukryć, że od tamtego uroczego i prześmiesznego filmu wiele się zmieniło. Minionki stały się maszynką do drukowania pieniędzy, uruchamiając całą nową gałąź rynku zabawkarskiego. Oprócz kolejnych czterech kontynuacji przygód Gru, doczekały się też własnej serii, chociaż tak naprawdę są głównymi bohaterami każdego filmu ze swoim udziałem. Nie da się ukryć, że wszystko, co powstało po wspomnianej pierwszej części cyklu, jest mniejszym lub większym tanim skokiem na kasę. Oglądam je z umiarkowanym zainteresowaniem, gdy trafią już do streamingu, ale tym razem kończyła nam się ważność kuponu promocyjnego na bilety do kina. Padło właśnie na Minionki i straszydła i tym sposobem pierwszy raz obejrzałem przerośnięte, żółte tic-taki na wielkim ekranie.
Formuła początkowo jest identyczna jak w pierwszej części solowych przygód minionków: film rozpoczyna obszerny montaż, w trakcie którego rozwrzeszczana banda prymitywnych pokurczów szuka sobie pana i władcy. To inne stadko od tego, które zatrudnił Gru, ale zachowuje się identycznie. Za każdym razem, gdy spotkają kogoś godnego tytułu największego złola w okolicy, pech chce, że przytrafia mu się coś strasznego, a minionki muszą kontynuować swoje poszukiwania. Jest to oczywiście zabawne, chaotyczne, pełne głupkowatych dowcipów i zgrane do bólu, ale całkiem sympatyczne otwarcie. Poznajemy też wtedy głównych bohaterów: Jamesa, Henry’ego i Eda – artystyczne dusze, które od służenia złu, wolą snuć marzenia o opowiadaniu historii poruszających tłumy.
Ostatecznie gromadka trafia przypadkiem do Stanów Zjednoczonych na plan filmowy chwilę przed rozpoczęciem Złotej Ery Hollywood, a tam szybko poznają się na ich talencie aktorskim. Minionki stają się gwiazdami, co daje okazję, żeby uraczyć widza dziesiątkami nawiązań do różnych filmowych klasyków. Wygłupy Bustera Keatona i Charliego Chaplina, początki science-fiction, romanse, filmy noir – wszędzie tam żółte (choć czarno-białe) lica sprawdzają się doskonale. Problem pojawia się w momencie przejścia od kina niemego do mówionego, gdyż – jak wiadomo – minionki potrafią jedynie bezsensownie gaworzyć. Z tą ich “mową” to zresztą grubsza sprawa, bo zmieniała się ona na przestrzeni lat. Początkowe bezsensowne gaworzenie w kolejnych częściach zastąpiła mieszanka chaotycznej paplaniny i pojedynczych słów z różnych języków. Dzięki temu tak naprawdę można bez problemu zrozumieć, co stworki mówią. Czy to lepiej? Według mnie nie. Wolałem, kiedy bredzili bez sensu i trzeba się było domyślać, o co chodzi. Było to po prostu bardziej zabawne.
A czy nowe minionki w ogóle potrafią rozśmieszyć? Jeśli kogoś bawi chaos, obrażenia fizyczne, slapstick i kompletna rozwałka, to tak, chociaż raczej nikt nie będzie się pokładał ze śmiechu podczas seansu. Jest kilka naprawdę zabawnych momentów, ale ogólnie notujemy stany średnie. Znacznie więcej radości daje odkrywanie kolejnych smaczków i nawiązań, bo im dalej w film, tym więcej kolejnych mniej lub bardziej oczywistych mrugnięć okiem do uważnego widza. Jest to więc ten nieczęsty przypadek, kiedy w kinie dzieciaki i rodzice mogą się razem całkiem dobrze bawić, a każdy czerpie przy tym przyjemność z innych elementów filmu. Widać, że nowe Minionki tworzyli ludzie z pomysłem i najwyraźniej pałający miłością do kina, a to zawsze warto docenić.
A co z tytułowymi straszydłami? Pojawiają się nieco później, gdy James i spółka postanawiają nakręcić prawdziwy hollywoodzki blockbuster z wielkimi potworami w rolach głównych. Skąd wziąć takie kreatury? Minionki niczym Christopher Nolan stawiają na autentyczne doznania i zamiast użyć gumowych strojów, wywołują dzięki czarnoksięskiej księdze pocieszną wersję cthulhu, na pozór przyjazną, ale tak naprawdę złą do szpiku… macek. I znów, podobnie jak w pozostałych aspektach, udało się połączyć mitologię grozy i animację dla dzieci, nie tracąc przy tym do końca charakteru oryginalnych tworów Lovecrafta. Finałowy wielooki potwór może nie jest przerażający, ale w jakimś stopniu… niepokojący.
Do tego dochodzi jeszcze niespodziewany i nietypowy sprzymierzeniec, którego dzieciarnia nie ma prawa znać (w przeciwieństwie do starszych kinomanów) i wszystko składa się w całkiem przyzwoitą i zjadliwą całość. Minionki i straszydła mają sensowną fabułę zbudowaną wokół fajnego – filmowego – tematu przewodniego i chociaż grają bezpiecznie, to jak na siódmą część serii tworzonej tylko po to, żeby sprzedawać zabawki, naprawdę nie ma się czego wstydzić. Owszem, humor nie jest w żaden sposób wysublimowany, a minionki widzieliśmy już na wszystkie możliwe sposoby, ale to bardzo solidna i poprawna robota, a historia niesie pozytywne przesłanie, że warto wierzyć we własne marzenia i je realizować. Tym bardziej, że technicznie animacja stoi na bardzo wysokim poziomie. Pomyślałem sobie, że jest to jakiś chichot losu, że komputerowo animowane filmy dla dzieci wyglądają aktualnie znacznie lepiej od komputerowych scen w “prawdziwych” filmach. Minionki mają w sobie więcej życia i autentyczności niż te wszystkie CGI-owe pokraki z ostatnich filmów Marvela.
Minionki i straszydła w żadnej mierze nie są filmem wybitnym, ale z czystym sumieniem mogę napisać, że da się go obejrzeć z przyjemnością i bez poczucia straconego czasu. Żółte stworki są pocieszne i głupkowate jak zawsze, a hollywoodzka otoczka dodała serii pewnej świeżości i dodatkowego wymiaru skierowanego głównie w stronę dorosłych. Sądząc po słabych wynikach finansowych (bezpośrednia walka z Toy Story 5 nie była rozsądna), można się spodziewać dłuższej przerwy, zanim znów zobaczymy minionki w kinach. Nikt jednak nie powinien podnieść zarzutu, że to z powodu jakości Minionków i straszydeł. Po prostu chyba nastąpiło przesycenie i czas teraz na chwilę oddechu dla serii. Może powró będzie bardziej odważny?
Minionki i straszydła (2026)
-
Ocena Crowleya - 6/106/10









Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:
Regulamin zamieszczania komentarzy
Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:
[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]