FilmyRecenzje Filmowe

Novak Djoković: Zima wilka

O Nole (Novaku Djokoviciu) mogłoby powstać dziesięć dwugodzinnych dokumentów, a i tak nie dałoby się opowiedzieć o nim i o jego karierze wszystkiego. Można by poprosić o wypowiedź setkę ludzi, a i tak pozostałby niedosyt: że kogoś za słabo pociągnięto za język, że ktoś nie otworzył się na tę opowieść wystarczająco szeroko. Amazon właśnie wypuścił rzecz wspaniałą – dokument opowiadający o najważniejszych aspektach zbliżającego się (szybciej lub wolniej) kresu kariery niezaprzeczalnie jednego z największych sportowców w historii świata. To dokument niezwykły, bo jest wypowiedzią o człowieku: o każdym aspekcie jego psychiki. Nie o sportowych osiągnięciach, lecz o nim samym – o tym, co przeżywał i co przeżywa, kto go wspiera, co go spotkało, co go napędza, a co doprowadza na skraj wewnętrznego szaleństwa. W tym dokumencie jest jednocześnie wszystko, a jednak tak dużo jeszcze brakuje. Jest równocześnie dopełniony i niedopełniony.

Będę się tutaj skupiał na tym, co zobaczyliśmy na ekranie, ale nie tylko. Chcę podzielić się swoimi głębszymi przemyśleniami – kilkoma kontrowersyjnymi opiniami na różne, cięższe i lżejsze tematy. Bo historia Nole to historia tego, kim jest idol, jaki ma wpływ na ludzi, jak ludzie próbują sobie kogoś zawłaszczyć; to opowieść o tym, co dzieje się wewnątrz relacji rodzinnych, o wielkiej wdzięczności i wielkim poświęceniu. Historia Nole to w pewnym sensie historia życia w dzisiejszym świecie.

Byłem przygotowany na coś innego

Z początku sądziłem, że ta historia będzie orbitować wokół finału IO w Paryżu w 2024 roku. Najlepszy pojedynek do wygrania dwóch setów, jaki kiedykolwiek widziałem – jedno z najwspanialszych wydarzeń w całej historii olimpizmu. Trzy godziny ciągłych, nieprawdopodobnych emocji, z zakończeniem praktycznie łamiącym serce – w pozytywny sposób. To są te łzy, których nie da się wyjaśnić. Obcy człowiek setki kilometrów od ciebie spełnia w wieku 37 lat swoje największe marzenie, do którego dążył przez 20 lat, na które zasłużył ciężką, codzienną pracą; marzenie, które wyrwał losowi, które opłacił nieprawdopodobnym poświęceniem. Sam ten jeden finał jest wart całego długiego, wzruszającego filmu.

A przecież można było dołączyć do tego prolog z Tokio 2021 roku. Półfinał, trzy Wielkie Szlemy w 2021 roku zgarnięte, wielka forma, naprzeciwko nieradzący sobie z presją, przegrywający wszystkie ważne mecze Alexander Zverev. I wielka porażka Nole – porażka, która tak mocno siedziała mu w głowie, że doprowadziła do klęski w późniejszym US Open: w finale z Miedwiediewem. Historia wielkiego upadku na najważniejszej w życiu scenie oraz powstania z tych zgliszczy i ostatecznego triumfu.

A jednak nie o tym jest ten dokument. Ten dokument jest rzeczywiście o „zimie wilka”. O tym, że kiedy nadchodzi kres, ciężko zrezygnować z tego, kim się było – i kim się jest. Punktem centralnym opowieści staje się Australian Open 2025. Z jednej strony nie rozumiem, dlaczego akurat ten turniej, z drugiej – z perspektywy czasu wydaje się idealny: można opowiedzieć w piękny sposób o tym, co wcześniej, i o tym, co później, stawiając w najważniejszym miejscu historię jednej nieoczekiwanej wygranej i jednego wielkiego rozczarowania światem oraz ludźmi. AO ’25 jest pomostem łączącym wszystkie życiowe historie Nole, skupiającym w sobie odbicia niemal wszystkich aspektów jego kariery. Sama Australia staje się symbolem wielkiej drogi Novaka. Mam też wrażenie, że to właśnie w Australii dopełni się jeden z ostatnich etapów tej historii i że to właśnie tam Djoković zdobędzie swój dwudziesty piąty tytuł wielkoszlemowy. A wracając do samego dokumentu – omówię go w kilku rozdziałach.

Co napędza Nole

Ten fragment historii życia Novaka Djokovicia jest doskonale znany wszystkim fanom tenisa. Bombardowanie Belgradu przez siły NATO wywarło ogromny wpływ na młodego chłopaka i całą jego rodzinę. Historia Bałkanów jest skomplikowana – w zasadzie trudno jednoznacznie określić, kto na jakim etapie był antagonistą, kto protagonistą, gdzie leżały racje, kto miał prawo się bronić, a kto atakować; kto z jakiego prawa skorzystał, kto przesadził, a kto zareagował właściwie. Prawdą jest jednak, że doszło do wydarzeń, które nie mieszczą się w głowie. Bomby spadające na miasto, ludzie w schronach – a wszystko okraszone zdaniem, że to jest słuszne, że „trzeba” to robić, że ci, którzy te bomby zrzucają, robią to w dobrej wierze. I tak jak dokument o Nole nie jest produkcją historyczną opowiadającą o politycznej stronie konfliktu, tak pokazuje pewne cechy charakteru samych Serbów: to, dlaczego są jacy są, gdzie leży poczucie ich głębokiej dumy (a może niestety również wyższości – nie tylko moralnej, ale i czysto ludzkiej).

Dlaczego ten dokument jest tak wyjątkowy? Bo bardzo precyzyjnie obrazuje kolejne etapy z życia Nole. Pięknie patrzy się na czterolatka odbijającego rakietą piłkę z ogromną, jak na swój wiek, mocą; z przerażeniem patrzy się na ogarnięty wojną Belgrad, na ludzi stłoczonych w piwnicach. Od strony sentymentalnej wykonano nieprawdopodobną, mrówczą robotę, sklejając poszczególne archiwalne wideo, dopasowując je do opowieści. Do historii współczesnego herosa, który miał pod górkę, który wszystko sobie wywalczył.

Oczywiście nie można tu deprecjonować sportowców, którzy ciężko pracowali i dodatkowo od zawsze mieli komfortowe warunki. Ale można w tym wszystkim znaleźć jedną prawdę: da się znaleźć motywację poza sobą, poza własnym wnętrzem. Da się zbudować stalową wolę na fundamencie wylanym przez kogoś innego. Tyle że na końcu trzeba mieć w sobie najważniejszą rzecz – pragnienie, by nie zawieść samego siebie.

Novaka Djokovicia zbudowało otoczenie: traumy, determinacja innych osób, ale także przeświadczenie, że na pierwszym miejscu żyje dla siebie – dla własnych osiągnięć, dla tego, że jest w stanie udowodnić przede wszystkim sobie, ile jest wart. To historia ciągłego wygrywania z depresją; historia niepoddania się jej choćby na najmniejszą chwilę. Czy ludzie, którzy tego nie potrafią, mogą mieć do siebie pretensję? Raczej nie, bo taką zdolność może mieć jedna osoba na sto milionów – może i mniej.

W dokumencie pada zdanie: „Novak Djoković nie jest dzieckiem sukcesu – on jest sukcesem”. Owszem, zawdzięcza triumfy wielu osobom, ale to on na każdym etapie kariery przekuwał to, co dostał, w swoją wielkość – w nic innego, tylko w swoją wielkość. I widać to w każdej sekundzie dokumentu: na końcu zostaje sam ze swoimi marzeniami, porażkami, decyzjami i sukcesami. Świętuje je razem z innymi, ale one są tylko jego. To trudna do zdefiniowania wielkość; coś nieosiągalnego, nienamacalnego, coś samotnego. Choć Novak Djoković jako człowiek samotny na pewno nie jest.

Coś więcej niż rodzina

W tym rozdziale chyba najbardziej odbiegnę od samego dokumentu. Może zabrzmieć to jak krytyka jednej z postaw, które opiszę, ale nią nie jest – raczej próbą pokazania różnorodności charakterów i zależności. Jelena Djoković urasta w Zimie wilka do roli osoby spełnionej poprzez to, co od życia dostała. W każdej jej wypowiedzi widać jedno: zaakceptowała wielkość swojego męża i pokochała tę wielkość jako część tego, z czego składa się Novak Djoković. Spełnia się jako żona i matka i nie potrzebuje udawać, że miała ogromny wpływ na sukcesy męża albo że coś dla niego poświęciła. Jest wyrozumiałą partnerką w życiu – nie na korcie, nie w karierze: w życiu.

Jelena maluje obraz osoby z boku: obserwatorki wydarzeń sportowych, niechcącej w żaden sposób zawłaszczyć choćby centymetra uwagi, którą Novak zdobył z rakietą tenisową w ręku – a na którą zapracował każdym ciężkim treningiem, każdą poranną pobudką, każdym wylotem na inny kontynent. Nie musi mówić mu, jakim ma być mężem i ojcem. On ma to po prostu czuć; ma to nie być wymuszone, tylko naturalne. Jeśli ona chce jego szczęścia, musi to być szczęście wypracowane w formie automatyzmu – jako rzeczywista emocja.

Każda wypowiedź Jeleny o ich małżeństwie i rodzinie jest piękna. Każda wypowiedź Nole o małżonce i dzieciach również jest piękna, ale u niego widać, jak bardzo wewnętrznie to przeżywa. Mało jest tak szczerych wywiadów ze sportowcami, którzy nie wygłaszają pod publiczkę nic niewnoszących frazesów. To nie jest banał w stylu: „Jedyne, czego w życiu żałuję, to tego, że nie byłem dobrym ojcem”. To raczej refleksje o tym, jak doprowadzić do sytuacji, żeby nigdy w życiu takiego zdania nie wypowiedzieć – a jednocześnie jak cieszyć się tym, że dzięki dzieciom przeżywa się na nowo własne dzieciństwo, którego się nie miało.

Tak wiele mądrych zdań o życiu pada w tym dokumencie. Tak wiele o tym, by znaleźć idealny balans między marzeniami a bliskimi. Tak wiele o wewnętrznych konfliktach rozrywających człowieka na strzępy. Ten dokument dotyka nie „jednego z najwybitniejszych sportowców”, tylko człowieka: z wadami, demonami i sposobami na znalezienie złotego środka – przy jednoczesnym nierezygnowaniu z pasji, która napędza go do tego, by codziennie wstawać z łóżka.

I teraz nadchodzi kontrowersyjna konfrontacja: Anna i Robert Lewandowscy. Zupełnie inny rodzaj relacji, zupełnie inne podejście do publicznego wizerunku małżeństwa. Małżeństwa, w którym nie ma zawsze „my”; w którym jest dwoje indywidualistów, chcących na swoje sposoby cieszyć się życiem. Tu pojawia się kwestia korzystania z nabytej rozpoznawalności – z czegoś zdobytego poświęceniem, ale niekoniecznie własną determinacją. To nie jest relacja oparta na zasadzie: „poświęcam się, ale dostaję coś w zamian”, tylko: „poświęcam się, ale chcę czegoś w zamian”.

Czy można potępiać kogoś za to, że nie wyzbył się ambicji? Że skoro wie, iż żyje się tylko raz, to chce się bawić, korzystać z okazji, czerpać z każdego dnia garściami? Na pewno nie. Tylko pojawia się pytanie o wdzięczność, o to, co leży u podstaw: czy w pewnym momencie związek jest w takim razie w ogóle potrzebny? Czy nie staje się dziwnym rodzajem transakcji, w której coraz częściej rzeczy opierają się nie na dobrowolności, a na coraz bardziej wymuszonej wymianie? Na końcu najważniejsze jest to, że to są życia tych ludzi. Robią z nimi, co chcą – i nie ma po co publicznie ich oceniać negatywnie bądź pozytywnie. Warto natomiast wyciągać dla siebie wnioski i patrzeć, co dla kogo w danym momencie liczy się najbardziej.

I to dotyczy także wychowania dzieci. Nole jest w świecie szeroko pojętego mainstreamu ewenementem. Jego dzieci są pokazywane w telewizji przy okazji niemal każdego meczu, a sam Serb dzieli się ze światem tym, jak trenuje z synem, jaką ma z nim relację, jakim słońcem jest dla niego córka. W tym dokumencie jest co najmniej kilka scen, których większość celebrytów zwyczajnie by nie umieściła. Kilka wypowiedzi, których nigdy by nie wypowiedziała. Patrzy się na to i serce rośnie, a gardło ściska.

Obok tenisa w życiu Novaka cały czas z tyłu głowy jest żona i są dzieci – to, jak wpływa na nie każda jego decyzja. Jednocześnie jest świadomość, dlaczego mają takie życie, a nie inne; dlaczego to wszystko jest tego warte; dlaczego żadne z nich nie zechciało na przestrzeni lat całkowicie tego odmienić. Tak wygląda szczęście – nie wyidealizowane, tylko prawdziwe: gdzie cały czas są wątpliwości, walka, trud, znój i pasja do kroczenia do przodu.

Kwestia idoli, czyli jak ludzie zapomnieli, że sami mogą myśleć za siebie

Myślałem, że w rozdziale o rodzinie najbardziej odbiegnę od dokumentu – tymczasem chyba tutaj zrobię to jeszcze bardziej. Całkiem duży kawałek dokumentu o Nole poświęcono kwestii deportacji z Australii. Pada tu znów wiele zdań, które wykraczają daleko poza sam film.

Pierwsza kwestia – nieco mniej ważna dla ogółu, ale ważna dla samego Novaka – to przekaz medialny, który według zawodnika został potężnie zmanipulowany (świadomie i nieświadomie). Kwestia koronawirusa budzi ogromne emocje. A połączona z plagą dzisiejszego świata, czyli dezinformacją, daje mieszankę wybuchową, której nie da się w żaden sposób opanować.

I teraz przechodzimy do najważniejszej dla mnie sprawy. Novak Djoković wypowiada jedno zdanie, które powinno wybrzmieć w każdej głowie: on jest sportowcem i zwykłym człowiekiem. To, że ma zasięgi i słuchają go miliony, nie obliguje go do ponoszenia odpowiedzialności za słowa dotyczące jego samego. To, że powiedział, iż się nie zaszczepi, nie wrzuca go automatycznie do worka z napisem „antyszczepionkowiec” i nie można obarczać go odpowiedzialnością za to, że ktoś się nie zaszczepił.

On może robić z własnym ciałem, co mu się żywnie podoba. Nie ma znaczenia, ile osób pójdzie w jego ślady – on nikomu niczego nie każe, nikomu niczego nie narzuca. Nie wie też, jak jego decyzja wpłynie na innych. On zna tylko swój organizm i wie, jak wpłynie to na niego. Sam Djoković nigdy nie pchał się na sztandary, nigdy nie próbował być idolem mas i narzucać im sposobu myślenia. Ludzie dalecy od jego poglądów uznali go – bez jego aprobaty – za swojego bohatera.

Tymczasem Nole jest tylko i aż sportowcem. Nie jest autorytetem medycznym, nie jest profesorem, nie jest naukowcem. A jednak jego zdanie nagle waży tysiąc razy więcej niż zdanie najmądrzejszych ludzi w danych dziedzinach. Czy to ma oznaczać, że nie może podejmować własnych decyzji? Nie ma w tym wielkiej buty ani chęci bycia dyktatorem dla mas. Jest człowiek, który nie mówi nikomu, jak ma żyć; który nie chce żadnej władzy, nie potrzebuje jej i stroni od niej.

To jest też obraz dzisiejszego świata. Warto mieć idoli, ale wybiórcze traktowanie ich przekazu jest plagą kolejnych pokoleń. Ludzie biorący na sztandary Nole jako tego, który się nie szczepi, jednocześnie nie dbają o swoje zdrowie nawet w jednym procencie tak jak on: nie odżywiają się jak on, nie biorą pod uwagę innych aspektów jego życia, które wpływają na taką, a nie inną decyzję. To bardzo ważne fragmenty dokumentu – dają naprawdę dużo do myślenia. Tak właśnie powinno się mówić o idolach i odpowiedzialności za słowo. Zrzucanie jej z siebie i przerzucanie na osobę kompletnie odległą jest chorobą naszych czasów.

To może trochę o sporcie

Oglądałem mniej więcej połowę meczów Novaka Djokovicia pokazanych w dokumencie na żywo w telewizji, a i tak przeżywałem każde uderzenie, każdy zwrot akcji, każdy serwis, return, winner. Jak wspomniałem, jest tu materiał na dziesięć oddzielnych filmów. Tenis jest niezwykle wdzięczny do pokazywania w formie fabularnej – czego przykładem są Challengers. Dodatkowo życie w tym przypadku dostarcza najlepszych scenariuszy: od bardzo ciężkich początków kariery, przez pokazywanie charakteru, aż po ostateczną wielkość. Dokument pokazuje, jak Nole przechodził przez kolejne ery tenisa, z kim rywalizował, gdzie robił postępy, gdzie dokładał kolejne procenty, a gdzie musiał odpuścić.

Przy okazji tych wszystkich wzniosłych wydarzeń widać, z jak potężną i długą historią mamy do czynienia – i że nie ma w niej przypadków. Od pierwszej trenerki, przez wyjazd do Niemiec: wszystko ma swoje konsekwencje, wszystko ma swoją cenę (dosłowną i psychologiczną). A jednak ten dokument jest tak mało „o sporcie”, jak tylko się da. Tak jakby właściwie nie było istotne, jaką dyscyplinę Nole uprawia, tylko to, jak chce się z nią mierzyć, jak chce z nią walczyć, jak chce ją pokonać – i jak przez długi czas mu się to udawało. To także opowieść o tym, jak poradzić sobie z zupełnie nowym światem, nową rzeczywistością, nowym pokoleniem. Historia ciągłego udowadniania, że zawsze jest coś dalej, że da się jeszcze więcej – wbrew logice, wbrew zasadom funkcjonowania świata i zasadom funkcjonowania jakiegokolwiek sportu.

Na koniec kilka ogólników. Po pierwsze: idealnie dobrana muzyka sprawia, że dokument ogląda się z ogromnym zainteresowaniem i właściwie nie da się od niego oderwać nawet na chwilę. W wielu miejscach to właśnie muzyka nadaje tempo opowieści, przez co całość przypomina nieco tenisowy mecz – gdzie piłka przechodzi ponad siatką raz na jedną, raz na drugą stronę.

Po drugie: epilog tej opowieści sprawia, że to wszystko uderza jeszcze mocniej. Wygląda bowiem na to, że Australian Open ’25 był z perspektywy twórców miejscem, z którego już się nie wraca; że był ostatecznym akordem wieńczącym karierę Nole. Po genialnym ćwierćfinale, po kontuzji w półfinale i przede wszystkim po reakcji kibiców coś w Serbie pękło i coś się w nim skończyło. To miał być turniej definiujący koniec „zimy” – tenisową ostateczność.

I w tym momencie pojawia się pytanie: czy nie trzeba było tej narracji wyrzucić do kosza? Czy nie należało przedefiniować większej części dokumentu, skoro dalsza historia potoczyła się zgoła inaczej? Otóż nie. Bo to obrazuje, z jak nieprzewidywalnym – po pierwsze sportowcem, po drugie człowiekiem – mamy do czynienia. To zbudowało dokument jako coś jeszcze większego: rzecz, która nie potrafiła przewidzieć tego, co przyniosła przyszłość. Dokument, który nie wierzył, że jest coś dalej, że jeszcze coś czeka Nole w profesjonalnym sporcie.

Delikatnym zgrzytem jest to, że nie dodano wzmianki, jak zakończył się finał – skupiając się na tym, że samo dojście do niego było czymś wielkim. Sam Novak na przestrzeni dokumentu udowodnił swoimi wypowiedziami, że absolutnie by się z tym nie zgodził: że wciąż musi udowodnić sobie, iż jest w stanie być nie jednym z najlepszych, ale jedynym najlepszym. Scenariusz AO ’25 i późniejszego AO ’26, który napisało życie, sprawił, że ten dokument znaczy jeszcze więcej – a kwestia wynikająca raczej z ograniczeń logistycznych niż twórczych ma jeszcze potężniejszy wydźwięk. Zima nie skończyła się dla Nole w Australii w 2025 roku. A w 2027 roku, w tej samej Australii, mam nadzieję dopisze kolejny etap swojej wilczej podróży.

Czego w dokumencie mimo wszystko zabrakło

Dokument o Nole jest wspaniały i na wielu płaszczyznach niemal idealny. Mnie zabrakło większej ekspozycji Gorana Ivaniševicia, którego relacja z Novakiem była jedyna w swoim rodzaju. Zabrakło mi jego opowieści o charakterze zawodnika, o tym, co się między nimi działo – może też o tym, co działo się po zakończeniu współpracy.

Zabrakło mi Andy’ego Murraya, który towarzyszył Nole w kilku turniejach jako pierwszy trener w erze po dwudziestym czwartym tytule wielkoszlemowym. Zabrakło mi opowieści o tej krótkiej podróży i współpracy. Zabrakło mi historii dwóch finałów Wimbledonu z Carlosem Alcarazem, zwłaszcza tego pierwszego, w którym praktycznie wszystko ostatecznie sprowadziło się do jednego nieudanego smecza. Zabrakło mi większej ekspozycji Jannika Sinnera, któremu nie poświęcono nawet ułamka tego, co Alcarazowi.

Tyle tylko, że to byłoby głębokie wchodzenie w świat stricte tenisowy i odarłoby tę opowieść z tego, czym finalnie się stała: historią wilka. Jego życia obok tenisa, relacji obok tenisa, próby odkładania na bok własnej wielkości. Chęci pozostania sobą – sobą na korcie i sobą poza kortem. To historia zimy, którą odczuwają wszyscy obok Novaka, ale nie on sam. Dla niego to wciąż ta sama walka. Wychodził do bojów z Rogerem Federerem z myślą: „muszę go pokonać, muszę być od niego większy, dam radę, jestem w stanie to zrobić”. A teraz staje przeciwko o wiele młodszym ludziom z tą samą myślą.

Kiedy ktoś kwestionuje siebie przy wygranych dwudziestu czterech turniejach wielkoszlemowych, nie przestanie tego robić. Jednocześnie nie ma to dla niego aż tak wielkiego znaczenia. Koniec końców dokument pokazuje cały przekrój ery Djokovicia. To podróż przez duszę i serce sportowego geniusza, któremu niewielu może dorównać. To podróż przez historię człowieka, który od zawsze miał być wielki, ale jednocześnie na tę wielkość musiał zasłużyć sobie każdym jednym dniem. To historia inspirująca – ale nie w takim kontekście, jak mogłoby się wydawać. Inspiruje bardziej jako opowieść o człowieku niż o sportowcu.

I na sam koniec jeszcze jedna kwestia wykraczająca poza dokument. Czy kibic ma prawo zawłaszczyć sobie sportowca? Czy ma prawo oczekiwać od niego, że będzie go bawił, bo ten kupił bilet – że przekroczy własne granice, by tylko sprawić radość widzowi? Czy to nie wymknęło się spod kontroli? Czy nie zostały przekroczone granice, które nie powinny zostać przekroczone nigdy?

Czy krytyka i rozczarowanie nie uległy eskalacji pod wpływem przeświadczenia, że fan jest poniekąd właścicielem zawodnika – że płaci i wymaga? Wybuczenie Nole po kontuzji na AO ’25 było jednym z najobrzydliwszych sportowych obrazków ostatnich lat, ale wpisuje się w trend twitterowych dyskusji, które tym razem zmaterializowały się w realnym życiu – na realnej scenie.

Novak Djoković: Zima wilka
  • 10/10
    Ocena kuby - 10/10
To mi się podoba 5
To mi się nie podoba 0

Polecamy także

Komentarzy: 6

  1. stane w kontrze – dla mnie Nole to antyszczepionkowy dzban który nastukal swoje szlemowoe rekordy w najmniej znaczącym i najmniej prestiżowym AO.
    z całej trójki Wielkich dla mnie on pozostanie najmniejszy, choćby i zdobył 25 tytuł (szansę oceniam na jakieś 0,5%). jego styl to siermięga, sila razy ramię na warunkach fizycznych. imho nie ma podjazdu do poezji Federera i Nadała, a ich pojedynki to są niedoścignione klasyki – Wimbledon ’08 aż po AO ’17, to jest Olimp tego sportu.

    niemniej, dokument sprawdzę, bo tekst mnie zachęcił do zapoznania się bliżej z serbskim bandyta 🙂

    To mi się podoba 3
    To mi się nie podoba 1
    1. Też zawsze wolałem Federera i Rafę Nadala (zwłaszcza, że gdyby nie urazy ten drugi na pewno dobiłby do 25 wielkich szlemów), Novak będzie dla mnie zawsze tym trzecim i doskonale rozumiem krytykę odmowy zaszczepienia (choć z tego co zrozumiałem recenzję Kuby Djokovic nie zrobił tego stricte z powodu niechęci do szczepień, dobrze rozumiem?), ale jednak przesadzasz z krytyką Djokovicia-tenisisty. Wiadomo, bazuje głównie na warunkach fizycznych, ale gdyby tylko na tym, to by już dawno go nie było na szczycie tenisa.

      Ciekaw jestem, czy Alcaraz za kilkanaście lat nie przebije każdego Wielkiej Trójki pod względem ilości Wielkiech Szlemów. Ma 23 lata, 7 Wielkich Szlemów i teoretycznie jeśli utrzyma swoje tempo zdobywania ich (4 lata, 7 triumfów), to za dziesięć lat powinien mieć ich 17,5, w zaokrągleniu 18, czyli właśnie 25. Pożyjemy zobaczymy.

      To mi się podoba 0
      To mi się nie podoba 0
      1. O Alcarazie pewnie na koniec kariery będziesz mógł napisać to samo zdanie, które napisałeś o Nadalu. O szczepionkach, napisałem dokładnie tak jak to wybrzmiewa w dokumencie, wręcz jest zdanie poniekąd o tym, że musiałby być nienormalny gdyby negował same szczepienia (jako całość, a nie ten konkretny przypadek gdzie nie widział powodów, by on akurat tutaj się szczepił). A co do nowych mistrzów, to bardzo liczyłem na to, że Musetti dołączy do topu, ciekawie teraz wygląda ten Jodar, ale mam wrażenie, że nowym brakuje tego co miał Djoković – siły woli, mentalności zwycięscy i to właśnie go wyróżnia, mógł być gorszy od Federera i Nadala, ale chciał, pracował, dążył by ich pokonać i od pewnego czasu głowa wytrzymywała w najważniejszych momentach. A teraz jest na przykład taki De Minaur, Tsitsipas, Rublev, Shelton, Fritz którzy mają swoje atuty na obecne czasy, ale kiedy trzeba wygrać ważny mecz prawie zawsze nie istnieją. Nie wspomniałem nic o Sinnerze, bo kompletnie nie wiem co nim myśleć.

        To mi się podoba 0
        To mi się nie podoba 0
    2. To po obejrzeniu może chociaż zmienisz zdanie o tym antyszczepionkowym dzbanie, choć wątpię, żeby słowa samego „dzbana” o sobie samym były dla Ciebie wiarygodne. Nie wiem czemu AO miałoby być najmniej prestiżowe. Tyle. Pozdrawiam

      To mi się podoba 0
      To mi się nie podoba 0
      1. AO jest najmniej prestiżowe, to akurat fakt, z powodu historii oraz niejednokrotnie… ciekawych warunków, w jakich na tamtejszych bagniskach grano. Generalnie przez rozgrywanie w środku australijskiego lata, prestiż trochę cierpi.
        Zresztą nawet długość rozgrywania:
        Wimbledon od 1877
        US Open od 1881
        Roland-Garros od 1891
        i AO od 1905

        Oczywiście dalej jest to czwarty chyba najbardziej prestiżowy turniej, ale najmniej z Wielkiego Szlema

        Ciekawostka: Od czasu Dona Budge’a, pierwszego zdobywcy Wielkiego Szlema i jedynego przed II WŚ (1938), do drugiego zdobycia przez Roda Lavera (1969) minęło 31 lat. Od tego czasu mężczyźni czekają na kolejnego zdobywcę Wielkiego Szlema, a wkrótce będziemy czekać dłużej na jakiekolwiek Wielkiego Szlema, niż od pierwszego jakiegokolwiek Wielkiego Szlema Budge’a, aż do ostatniego Wielkiego Szlema Steffi Graff (1988), 50 lat wybije za 12 lat i na razie nie widać zawodnika, który mógłby coś w tym temacie zmienić… Może Idze się uda za parę lat, gdy ogarnie mental? Oby, oby (wątpię).

        To mi się podoba 0
        To mi się nie podoba 0
        1. Jeśli chodzi o zdobycie wszystkich czterech Szlemów w jednym roku (?) to czy Laver nie zrobił tego w 1962 roku? A wcześniej zrobiła to Maureen Connolly w 1953 roku. Nole był bardzo blisko w tym nieszczęsnym 2021 roku gdzie przegrał ze Zverevem IO w półfinale a potem w niewytłumaczalny sposób przegrał gładko 3:0 z Daniłem na US Open. Na koniec, jakoś nie mogę zgodzić się z tym deprecjonowaniem „Happy Slam”, który po pierwsze kapitalnie otwiera nowy sezon, po drugie ma zdecydowanie lepszą atmosferę niż US Open, po trzecie naprawdę świetne mecze rok rocznie się tam odbywają więc prestiż jest raczej duży, a pora roku i klimat specyficzne ale to nadaje mu jeszcze większego uroku.

          To mi się podoba 0
          To mi się nie podoba 0

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button