
Niszczenie książek ma długą historię. Zaczęli Chińczycy na polecenie pierwszego cesarza Qin Shi Huanga, palący teksty niezgodne z oficjalną ideologią państwową. Biblioteka Aleksandryjska prawdopodobnie nawet nie doczekała muzułmańskiego podboju, bo jej zasoby niszczone były jeszcze w czasach rzymskich, podczas wojen domowych i rozruchów. Po zdobyciu Bagdadu przez Mongołów książki z największej ówcześnie biblioteki świata wyrzucono w wody Tygrysu. Hiszpanie w Grenadzie palili książki arabskie, a w Nowym Świecie na stos rzucali Kodeksy Majów. W czasach kontrreformacji w ogień szła nawet Biblia, która w wersji przełożonej na języki narodowe trafiła do Indeksu ksiąg zakazanych. Książki Darwina palono zarówno w najbardziej bogobojnych zakątkach Stanów Zjednoczonych, jak i w stalinowskiej Rosji. Książki niszczyli naziści, a trzy dekady później, jeszcze skuteczniejsi w tym od nich, chińscy maoiści. Całkiem niedawno zbiry ISIS zniszczyły setki tysięcy książek w bibliotece uniwersyteckiej w Mosulu, oszczędzając jedynie podręczniki do chemii, potrzebne im przy wytwarzaniu materiałów wybuchowych.
W tę dziejową sztafetę nienawiści do książek wpisuje się epizod, jaki miał miejsce w 976 roku w Kordobie, stolicy kalifatu kordobańskiego, zwanego też Al-Andalus. Wówczas to, po śmierci kalifa Al-Hakama II, jego wielki wezyr Al-Mansur przejął kontrolę nad krajem (a przy okazji także nad małżeńskim łożem poprzednika). Zmarły kalif pieczołowicie rozbudowywał olbrzymie zbiory pałacowej biblioteki, liczącej być może nawet ponad pół miliona woluminów. Jednocześnie alienował się od arabskiej elity i wynosił do zaszczytów wykształconych niewolników. Tymczasem Al-Mansur do ugruntowania przejętej władzy potrzebował wsparcia ortodoksyjnych elit islamskich. Dla zaskarbienia sobie ich sympatii wezyr wydał rozkaz spalenia „nieprawomyślnych” ksiąg, w tym wielu tłumaczeń starożytnych pism o filozofii i astronomii. Ten właśnie historyczny moment duet francuskich autorów, składający się z Wilfrida Lupano (scenariusz) i Léonarda Chemineau (rysunki), wybrał jako punkt wyjściowy swojej pełnej przygód i humoru opowieści o poświęceniu, przyjaźni i sile słowa pisanego.
Dobroduszny eunuch Tarid spędził większość swego życia za murami kordobańskiej biblioteki, najpierw jako kopista książek, a potem jako opiekun zbiorów i wychowawca kopistów. Ciemnoskóra niewolnica Lubna to jego młodsza koleżanka po fachu. Przerażeni decyzją Al-Mansura postanawiają ukraść i wywieźć z Kordoby najcenniejsze książki. Dokąd? Jak? Jakiś tam ogólny plan posiadają, ale żadni z nich fachowcy w kradzieżach i ucieczkach, więc wszystko odbywa się na wariackich papierach. Los zderza ich z Marwanem, wyszczekanym złodziejaszkiem, a co ważniejsze właścicielem czy, ściśle rzecz biorąc – posiadaczem, krnąbrnej mulicy. Trójka uciekinierów, zmagających się z uporem obładowanego książkami zwierzęcia, rusza drogami i bezdrożami Al-Andalus ścigana przez siepaczy Al-Mansura. Przymierają głodem, przedzierają się przez góry, rzeki i wąwozy, walczą ze zbójami i dzikimi zwierzętami, a przede wszystkim zmagają się z własnymi lękami i ograniczeniami. Oraz kłócą się i dogryzają sobie ile wlezie. Ten sposób na budowanie chemii między bohaterami chyba nigdy nie znudzi się ani twórcom, ani czytelnikom.
Styl graficzny sugeruje lekką opowiastkę przygodową i tym też „Bibliomulica z Kordoby” w zasadzie jest. Fajtłapa Tarid, tchórzliwy Marwan i harda, ale przecież bezradna w obliczu najgorszych niebezpieczeństw Lubna wychodzą cało z kolejnych opałów tylko dzięki szczęściu, sprytowi, dobremu sercu i zdolności do poświęcenia się dla przyjaciół. Miecz, który wiozą razem z książkami na mulicy, użyty zostanie przez nich zaledwie raz i to z mizernym skutkiem. Opowieść jest długa, komiks liczy 260 stron (plus 8 stron bardzo ciekawego posłowia) i autorzy dają sobie czas na budowanie nastroju, a nawet na rozbudowanie portretów psychologicznych swoich bohaterów. „Bibliomulica…” potrafi momentami zaskoczyć czytelnika uderzeniem w poważniejsze tony. Każdy z uciekinierów ma swoje traumy z przeszłości, a życia żadnego z nich nie można byłoby nazwać szczęśliwym, przynajmniej dopóki nie uciekli z Kordoby. Bo chociaż są w tarapatach, to jednak mają siebie i wreszcie jakiś cel w swym, do tej pory dość marnym, życiu niewolnicy, eunucha i pechowego złodzieja.
Choć historia opowiadana w komiksie ma przygodowy i przeważnie jednak humorystyczny ton, to odmalowane z rozmachem średniowieczne Al-Andalus, tygiel kultur i religii, nie wydaje się krainą z bajki. Czas filozofów się skończył, ludność ulega religijnej histerii, pałac kalifa kipi od intryg. Al-Mansur, człowiek pochodzący z nizin, który odniósł sukces, patrzy na swoich poddanych z pogardą. Jednocześnie musi schlebiać podnoszącym głowę ortodoksom, z którymi tak naprawdę nic go nie łączy i którzy są dla niego tylko narzędziem niezbędnym do osiągnięcia celu. Wojna z chrześcijańskimi królestwami wisi na włosku, biedacy łupieni są przez znudzonych żołdaków. W tym czasie Lubna, Tarid, Marwan i mulica z biblioteką na grzbiecie mozolnie wędrują przez kolejne kadry, cztery małe sylwetki zagubione w zmieniającym się krajobrazie. Fantastyczne i niezwykle klimatyczne są te momenty komiksu, gdy przez kolejne strony opowieść obywa się bez żadnych dialogów a my i tak doskonale rozumiemy, co przeżywają bohaterowie.
Osią opowieści jest podróż, a każda podróż musi się kiedyś skończyć. Lupano i Chemineau stworzyli świetny komiks z mądrym przesłaniem, ale zabrakło im trochę pomysłu na jego zakończenie, i to w sumie jedyny zarzut, jaki mam do ich dzieła. Albo pomysł mieli, a po prostu to ja spodziewałem się czegoś innego. Aż prosiłoby się o kontynuację, ale takowa nie jest planowana. Szkoda, bo bardzo polubiłem Lubnę, Tarida i Marwana. No i lubiącą podgryzać książki upartą mulicę, bez której ta przygoda nie mogłaby zaistnieć. Ten jeden, na szczęście dość opasły tom musi mi wystarczyć. Dobrze, że został w Polsce tak pięknie wydany przez wydawnictwo Kultura Gniewu. Nie jest już nowością na rynku (polskie wydanie pochodzi z 2024 roku), co sprawia, że jego cena jest obecnie bardziej niż atrakcyjna.
Chociaż papier dawno przestał być głównym nośnikiem wiedzy i idei, nic nie wskazuje na to, aby w przyszłości przestano uważać same książki za symbolicznego, ideologicznego wroga. Hunwejbini przeróżnych wyznań, frakcji i opcji politycznych wciąż widzą zagrożenie w literaturze, czego dowodem są liczne przepychanki dotyczące wycofania z list lektur, z bibliotek lub w ogóle z obiegu książek takich czy innych autorów, z takich czy innych powodów. Co gorsza, w wielu miejscach na świecie cenzura jest zwyczajnym elementem codzienności. Krytyczni dla reżimów autorzy trafiają do więzienia lub ukrywają się na emigracji (patrz przypadek Dmitrija Głuchowskiego). Popkultura od lat przetwarza lęk przed światem bez książek, w kolejnych ponurych wizjach literackich i filmowych. „Bibliomulica z Kordoby” to opowieść może i w lżejszym tonie, ale ślad po sobie w głowie i tak pozostawia. Na końcu stawia nawet konkretne pytanie o przyszłość. Jakie? Zachęcam, żeby sprawdzić samemu.
Bibliomulica z Kordoby
-
Ocena Voo - 8/108/10








Książki warto mieć. Gdy nadejdzie jakaś apokalipsa, np. w postaci wojny światowej, tylko taka wiedza pozostanie dostępna. 🙂
Właściwie to nie, jeśli dorwiedz powerbanki na baterie słoneczne. Ale książki mają najwiekszą pewność, że się nie rozładują.
Nie tylko zasilanie może być problemem. Impuls elektromagnetyczny powstający przy wybuchu jądrowym w stratosferze niszczy elektronikę.
Myślisz, że moja kolekcja Pratchettów i romansidła mojej mamy pomogą nam w czasie Fallouta? 😉
Ale coś w tym jest, że aktualnie ogromna część kultury pojawia się już tylko w sieci, wirtualnie. Niejednokrotnie literatura ostrzegała nas przed jakimś kolapsem, który w takiej sytuacji jest jak najbardziej możliwy. A już na pewno wisi nad nami widmo zawłaszczenia części dziedzictwa przez korporacje, które chętnie nam je udostępniają za odpowiednią opłatą. I co i rusz będą te opłaty zwiększać. Dlatego wróciłem do kupowania muzyki na fizycznych nośnikach, obok nabywania zbyt wielu książek.
Cóż, może nie nauczą cię ziołolecznictwa, uzdatniania wody i sprawiania zwierzyny, ale pomogą na chandrę podczas długich wieczorów nuklearnej zimy. 😀
Dobre i to. Lekko licząc, mam zapas książek na jakieś dwa lata intensywnego czytania.
Ja od lat kupuje płyty. Nie dość, że słucha się lepiej, łatwiej prowadzi auto bez rozpraszania się telefonem, to jeszcze mam muzykę, której nawet czasem na Spotify nie ma 🙂
I już nieraz się zdarzało, że net nie działał i co wtedy? 🙂
Miłośnik starych aut, skoro ma jeszcze odtwarzacz CD? 😀
Nie miłośnik, a biedny człowiek hahah. Auto z 2013, nie ma tragedii.
Ale tragedia nastanie za parę miesięcy gdy zmienię. Już szukam zewnętrznych odtwarzaczy by puszczać dalej w aucie. Spotify jest ok, ale to nie to samo.
A czytać inaczej niż z papieru nie umiem. Biblioteki nie tworzę, ale w razie W miałbym co robić przez 2-3 lata 😀
Ja się przekonałem do Kindla już dawno temu. Oczywiście lubię papier, ale książki elektroniczne są bardzo wygodne i co ważniejsze – często pozwalają dorwać to, czego nie ma w sprzedaży. Az biblioteką wziąłem rozwój jakiś czas temu (trochę mi przykro z tego powodu).
Ja przyjmuje taktykę:
– czytam ebooki, bo jednak książki potrafią rozczarować, jak czyta się dużo książek to wydatki byłyby też znaczne. To też jest bardzo wygodne w podróży – na dwutygodniowe wakacje biorę tylko lekki czytnik, a nie dwie zajmujące dużo miejsca książki;
– kupuje papierowe wydanie, jeśli coś bardzo mi się spodobało i wiem, że będę chciała ponownie do tego sięgnąć lub kiedy są to jakieś wydania albumowe/specjalne robione przez muzea czy poważniejszych wydawców.
To na wakacjach jest czas na czytanie? 😀
Ja tam zawsze nabiorę makulatury (albo plików), a potem nie chce mi się czytać. 😀
Oczywiście! Nie jeżdżę autem, tylko najczęściej pociągami/busami i to idealny moment na nadrobienie lektur 😉
Dlatego też ciężko mi zrozumieć politykę niektórych wydawców, którzy w ogóle nie zdają o jakość i atrakcyjność swoich książek. No bo skoro wszystko można mieć w ebooku, to jednak to papierowe wydanie powinno być opcją premium, czyli niech wygląda, a nie będzie jakąś podłą broszurką na papierze niemal toaletowym. Skoro już jest drogo, to niech za tą ceną coś idzie.
Oj tak, chociaż od czasu kiedy zobaczyłam jak wyglądają wydania książek np. w Anglii, to nie marudzę na naszych wydawców. Tamte książki potrafią po jednym czytaniu wyglądać jakby przeleżały w wilgotnej piwnicy 20 lat.
Gdy przeczytałem recenzję pomyślałem, że może kupię. Spojrzałem na cenę i zrezygnowałem.
To była świetna decyzja, bo parę dni później, zupełnym przypadkiem, w bibliotece w której byłem pierwszy raz w życiu, napotkałem na „Bibliomulicę z Kordoby” właśnie. Przeczytałem w niecałą godzinkę, bardzo fajna, z humorem, ale faktycznie zakończenie jest bardzo skrótowe i po łebkach – aż prosi się chociaż o te dziesięć stron więcej. Niemniej jeśli dorwiecie gdzieś za jakiś czas taniej, albo będziecie mieli okazję wypożyczyć jak ja – polecam.