Książki

Dystopolis (Miel Vandepitte)

Gdybym dostawał dychę za każdym razem, gdy czytałem w książce lub w komiksie o dystopijnym mieście przyszłości, oglądałem takowe w filmie albo przemierzałem je w grze video, to byłbym teraz zamożnym człowiekiem i nie musiałbym dorabiać na FSGK.pl. <wink, wink> Dobra, żarty na bok. Wątek miasta-molocha to jeden z najczęściej spotykanych motywów w fantastyce. Dla mnie ikonicznym jest Los Angeles przyszłości*, rozświetlone neonami i wybuchami z kominów, nad którym lecimy policyjnym spinnerem, oczywiście przy dźwiękach muzyki Vangelisa. Pewnie znajdą się tacy, którzy wybiorą retrofuturystyczny Nowy Jork i szaloną przejażdżkę powietrzną taksówką Korbena Dallasa. Możliwie jednak, że to już wcale nie filmy kształtują wyobrażenia o takich miejscach i większość zapytanych dzisiaj o pierwsze skojarzenie, odpowiedziałaby natychmiast – Night City!

Bez względu na to, jaka wizja rządzi w naszej wyobraźni, to jest coś takiego w wielkich miastach, że nas fascynują, ale też i przerażają. Boimy się ciemnych zaułków, skrajnych kontrastów społecznych i nieokiełznanego rozrostu metropolii, właściwie stanowiących już samodzielne światy. Jeśli tylko artyści chcą nas postraszyć wizją ponurej przyszłości, to zazwyczaj osadzają swoją opowieść właśnie w gigantycznym i często bardzo niebezpiecznym lub też poddanym ścisłej kontroli mieście. Albo spełniającym oba te kryteria. Tą właśnie drogą podąża Miel Vandepitte, młody (28 lat) belgijski ilustrator oraz rysownik komiksów, do których sam pisze scenariusze. Dystopolis jest jego drugim albumem w karierze, a zarazem pierwszym wydanym po polsku. Dla mnie to pierwszy kontakt z jego twórczością. Przyznam, że komiks „kupił” mnie swoją okładką czy też raczej obietnicą, którą ona niesie. O wywołanych nią skojarzeniach, filmowych i nie tylko, będzie jeszcze okazja napisać, wypada jednak wreszcie przejść do konkretów.

Dystopolis to ostatnie miasto na Ziemi i zarazem jedyne miejsce na niej, nadające się jeszcze do zamieszkania. Tyle dowiadujemy się ze wzmianek w rozmowach między bohaterami i to nam musi wystarczyć. To rozciągnięta w pionie gigantyczna struktura, w której komunikacja odbywa się drogą powietrzną. Zgodnie z logiką pionowego świata im niżej, tym gorzej. Najniższe poziomy są już tak zanieczyszczone odpadkami zrzucanymi z górnego miasta, że prawdopodobnie nie nadają się do życia. Decyzją Konsorcjum, tajemniczej rady rządzącej Dystopolis, zostały niegdyś odcięte za pomocą bariery określanej jako „Krata”, tworząc od tej pory obszar nazywany „Miastem Poniżej”. Do Dystopolis, co pięć lat, przybywa ze swoją świtą tajemnicze monstrum, zwane Kanibalem, które brutalnie morduje przypadkowe ofiary. Walkę z nim, pełną determinacji, ale z jakichś niejasnych powodów wciąż nieudaną, próbuje toczyć lokalna policja. Gdy do kolejnego powrotu Kanibala zostają ostatnie tygodnie, dołącza do niej nowy stażysta – Abdulla.

Abdulla jest człowiekiem, o czym trzeba wspomnieć, bo większość mieszkańców Dystopolis to kosmici najrozmaitszych gatunków, którzy do miasta ściągają za pracą. Kosmitą jest starszy kolega ze służby i opiekun stażu Abdulli – obżartuch Billy. Kosmita i człowiek tworzą klasyczny, policyjny, pozornie niedopasowany duet, w którym młodzieńcza pewność siebie i ryzykanctwo Abdulli ścierają się z dystansem i ostrożnością Billy’ego. Na zachowanie tego ostatniego wpływają dręczące go lęki i zwidy wywołane traumą z dzieciństwa, w najmniej oczekiwanych momentach wprowadzające go w stan katatonii. Spodziewany powrót Kanibala wywołuje chaos w mieście – mieszkańcy w panice barykadują się w domach, ale zarazem aktywizują się lokalne gangi. Kanibal tym razem przybywa z planem większym niż tylko zabicie kilku nieszczęśników. Abdulla i Billy stając na jego drodze dokopują się do kilku niejasnych spraw związanych z funkcjonowaniem miasta, a przy okazji odkrywają tajemnice z własnych przeszłości.

W komiksie Vandepitte’a nie brakuje dziwacznych postaci i groteskowo przerysowanej makabry, z którą kontrastuje ciepła kolorystyka kadrów. Z tego powodu nie da się samej historii traktować do końca na serio. To taka zgrywa, aczkolwiek przemycająca jednak pewną myśl, niepokojąco aktualną, na temat społeczeństwa i sprawowania kontroli nad nim. Samo miasto jak i postać Kanibala występują tu w roli symboli, komiks jest rysunkową, kryminalną i krwawą wariacją na temat Metropolis Fritza Langa. Jednak przecież praktyczne każde dystopijne miasto w popkulturze jest wariacją tegoż klasycznego arcydzieła, więc nie zamierzam akurat Belgowi robić z tego zarzutu. Korzysta on w swojej opowieści z popularnych motywów, ale przetwarza je pomysłowo i podaje z wdziękiem. To po prostu niezła historia, trochę z przymrużeniem oka, rozgrywająca się w ciekawych dekoracjach. Natomiast prawdziwego kopa i fabularnego rozmachu dodają jej rysunki. Vandepitte jako rysownik funkcjonuje jakby w dwóch światach, co świetnie widać w tym albumie.

Oglądając kolejne plansze zapełnione regularnymi, niewielkimi kadrami obserwujemy bohaterów w trakcie mozolnego śledztwa, by nagle, w momentach, gdy akcja przyspiesza, wpadać na rysunki zajmujące całą stronę albo i rozkładówkę. W pewnym momencie nawet rozkładówkę rozkładamy jeszcze raz, by ujrzeć efektowną panoramę rozciągającą się na cztery strony. Niełatwo opisać wrażenie, jakie to robi, i na pewno nie zamierzam nieroztropnie dodanym zdjęciem odbierać komuś przyjemności z odkrycia tego samemu. Mega-miasto u Vandepitte’a to mieszanka futurystycznej technologii i historycznej architektury, co nie jest tylko pustym, wizualnym konceptem, ale ma uzasadnienie fabularne. Dopóki akcja pozostaje w ciasnych kadrach, Belg rysuje oszczędnie, wręcz bardzo prostą kreską, a okrągłe buźki i kropki zamiast oczu u bohaterów przywodzą ma myśl klasyka belgijskiego komiksu, czyli Hergé i jego Tintina. Gdy pojedyncze kadry rozlewają się na całe strony, to natychmiast robi się wprost barokowo i monumentalnie, niczym u Jeana Giraud – Moebiusa. To podwójne skojarzenie, nie tylko komiksowe ale i filmowe. Przecież Dystopolis to taki bardziej pokręcony i ponury Nowy Jork z kultowego filmu Bessona, do którego właśnie Moebius tworzył koncepty. Kreska Vandepitte’a bardzo przypadła mi do gustu, choć wiadomo, że to akurat najbardziej subiektywnie odbierany element komiksu.

„Dystopolis” trafiło do Polski dzięki wydawnictwu Lost in Time. W twardej oprawie prezentuje się znakomicie. Na 150-stronicową opowieść trzeba sobie zarezerwować dłuuugi wieczór. Nie warto spieszyć się podczas czytania, bo dystopijna metropolia na pełnych detali grafikach Vandepitte’a wygląda jak należy – niby znajoma, a zarazem dziwna i obca, w efekcie fascynująca. Warto się jej uważnie przyjrzeć, bo jak widać, wciąż da się wymyślić w tym temacie coś nowego. Nawet jeśli inspiracje dla twórczości Belga są wyraźne, to ma on swój własny, bardzo ciekawy styl. Liczę, że będzie kontynuował dobrze zapowiadającą się karierę, rozwinie się jeszcze jako scenarzysta, a nam będzie dane czytać i oglądać jego kolejne albumy, wydane po polsku.

PS. Miel Vandepitte będzie gościem 37 Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier, który odbędzie się w Łodzi, w dniach 19-20 września br.

*W zasadzie to przeszłości (czas akcji – rok 2019)

Dystopolis (Miel Vandepitte)
  • 7/10
    Ocena Voo - 7/10
To mi się podoba 1
To mi się nie podoba 0

Polecamy także

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button