
Crowley: Wiecie co? Byłem przekonany, że Nolan tym razem się wyłoży.
Kuba: A ja od początku miałem odwrotne wrażenie. Im więcej czytałem internetowych awantur przed premierą, tym bardziej podejrzewałem, że większość z nich wynika z nieznajomości samej Odysei.
Crowley: I chyba obaj nie spodziewaliśmy się tego, co ostatecznie dostaliśmy.
SithFrog: Zanim przejdziemy do szczegółów, ja mam wrażenie, że Nolan jest dziś jednym z ostatnich reżyserów, na których „chodzi się do kina” niezależnie od gatunku. Nieważne, co nakręcił. Idzie się na nowego Nolana. Żeby być na czasie, żeby mieć o czym rozmawiać, żeby nie zostać z tyłu. I tak, wiem, są inni znakomici reżyserzy, na których również chodzi się do kina, ale to niewielkie (z globalnego punktu widzenia) grupki wiernych fanów, a nie mainstream. Biografia (Oppenheimer), film wojenny (Dunkierka), science fiction (Interstellar) – bez znaczenia. Ludzie i tak masowo kupują bilety, bo chcą zobaczyć, co tym razem zmajstrował magik kina. Patrząc na box office z pierwszych tygodni, z Odyseją zadziałało to dokładnie tak samo.
Kuba: Odyseja – zupełnie nie z woli Christophera Nolana – stała się jedną z najbardziej kontrowersyjnych wielkich produkcji dekady. Niesamowite, jak bardzo internet zapłonął po kilku plotkach, które albo w ogóle się nie potwierdziły, albo okazały się świetnymi rozwiązaniami fabularnymi. Miało to być całkowite odejście od Homera, a wyszła jedna z najwierniejszych możliwych adaptacji – i chyba najlepsze uchwycenie tematu powrotu bohatera spod Troi. W wielu miejscach Nolan zaskoczył odwagą w podejściu do mitologicznych wątków.
Crowley: To prawda, chociaż przyznam, że sam należałem do osób, które przed seansem miały spore obawy. Zwiastuny wzbudziły we mnie przekonanie, że Nolan, opromieniony sukcesem Oppenheimera, uwierzył we własne boskie moce i postanowił wymyślić koło na nowo – a miał przecież „tylko” zrobić porządny film kostiumowy.
Po seansie mam jednak wrażenie, że większość przepychanek była przede wszystkim efektem dziwacznej kampanii reklamowej. Plotki, przecieki i niedopowiedzenia wywołały ogromny szum, ale ostatecznie wiele kontrowersji okazało się kompletnie chybionych. Co ciekawe, najchętniej komentowali je ci, którzy filmu jeszcze nie widzieli.
Kuba: I właśnie od tego warto zacząć, bo chyba żaden element Odysei nie został tak mocno wypaczony przed premierą jak casting. Należą się tu pewne wyjaśnienia, bo ten temat bardzo szybko pokazał, jak łatwo było wyjść na ignoranta.
Pierwszy przykład to Helena. Pojawiło się przekonanie, że skoro została obsadzona w taki, a nie inny sposób, to Nolan robi coś wyłącznie dla kontrowersji. Tymczasem osoby znające Odyseję powinny wiedzieć, że Helena nie jest w tej opowieści najważniejszą postacią. Film bardzo jasno pokazuje, że była przede wszystkim pretekstem do rozpoczęcia wojny, a jej wygląd nie ma tu kluczowego znaczenia.
Drugi przykład to Achilles. Wiele osób oburzało się jego obecnością, mimo że w momencie budowy konia trojańskiego Achilles już dawno nie żył. Tyle że ten zarzut wynikał z założenia, iż Nolan zrobi prostą ilustrację mitu – a przecież od początku było wiadomo, że tworzy własną interpretację.
SithFrog: W tej „kontrowersji” castingowej w ogóle było coś groteskowego. Lupita Nyong’o w roli Heleny Trojańskiej (nie mylić z Trojanowską) i Elliot Page jako Sinon to przecież idealny zapalnik dla internetowych wojenek – i mam wrażenie, że Nolan doskonale wiedział, co robi. Efekt był przewidywalny: prawicowy komentariat odpalił święte oburzenie i ochoczo napędził machinę promocyjną.
A przecież mówimy o postaciach mitologicznych. Oburzanie się o kolor skóry aktorki to szukanie problemu tam, gdzie go nie ma. Zresztą warto przypomnieć, że w starożytnej Grecji na scenie występowali wyłącznie mężczyźni – więc gdy gdzieś wystawiano Iliadę czy Odyseję, Helenę również grał mężczyzna. Tyle jeśli chodzi o „zgodność z realiami”.
I jeszcze jedno: obie te role to w filmie kilkuminutowe epizody. W kontekście prawie trzygodzinnego seansu to naprawdę nie jest oś fabuły.
Crowley: Zgadzam się, że część tych kontrowersji była kompletnie rozdmuchana. Co więcej, mam wrażenie, że przez skupienie się na kilku najbardziej nośnych tematach wiele osób przegapiło prawdziwe problemy filmu. Bo o ile Helena czy Sinon mogą budzić dyskusje, to nie są elementy, które najbardziej wpływają na odbiór całości.
Sam casting jest dla mnie ciekawszym tematem, bo tutaj mam już więcej zastrzeżeń. I nie chodzi nawet o umiejętności aktorskie: wszyscy wykonali swoją pracę co najmniej poprawnie, a niektórzy wręcz znakomicie. Problem polega na czymś innym – momentami na ekranie widziałem nie bohaterów, tylko aktorów.
W niektórych przypadkach Nolan nie zrobił wystarczająco dużo, by ukryć współczesny wizerunek gwiazd. Na ekranie nie widziałem Telemacha, tylko Toma „Spider-Mana” Hollanda. Nie widziałem Ateny, tylko Zendayę grającą swoją słynną jedną miną – ewentualnie Chani z Diuny. A Charlize Theron jako Kalipso momentami wyglądała bardziej jak bohaterka reklamy perfum przechadzająca się po rajskiej plaży niż postać z antycznego mitu.
SithFrog: Mam to samo, tylko dla mnie to nie jest problem jednej czy dwóch ról, ale całej strategii. Nolan ściąga do swoich filmów wszystkie najgorętsze nazwiska w Hollywood, bo zwyczajnie może – i wszyscy chcą u niego zagrać, choćby w epizodzie. To gwarantuje poziom, jasne, ale czasem wytrąca z immersji: zamiast postaci widzisz „znaną twarz”.
To nie pierwszy raz. W Interstellarze ujawnienie doktora Manna wybiło mnie z filmu przez sam fakt, że nagle pojawia się Matt Damon. W Odysei podobny mechanizm odpala mi się przy Zendayi i Theron.
Kuba: Tu akurat będę trochę bardziej łaskawy. Rozumiem ten zarzut, bo Nolan faktycznie nie zawsze próbuje całkowicie odciąć aktorów od ich wcześniejszego wizerunku. Jednocześnie uważam, że w kilku przypadkach ta oszczędność zadziałała na korzyść filmu.
Najlepszy przykład to Menelaos grany przez Jona Bernthala. Widziałem sporo narzekania na jego wygląd – strój, sposób przedstawienia postaci – a dla mnie to jeden z najlepszych castingów w całym filmie, chyba zaraz obok Pattinsona. Bernthal stworzył prawdziwego króla Sparty: brutalnego, prostolinijnego, walecznego i dumnego.
I świetnie pasuje to do tego, jak film pokazuje jego relację z Heleną. To nie jest romantyczna opowieść o wielkiej miłości, tylko surowe małżeństwo oparte na hierarchii, obowiązku i podporządkowaniu kobiety „panu mężowi”. W samej Odysei pada zresztą bardzo ważne zdanie, które – moim zdaniem – ucina część zarzutów: Menelaos nie ruszył po Helenę dlatego, że był zaślepiony jej pięknem. To Agamemnon wykorzystał sytuację jako pretekst do wojny.
Crowley: Skoro już jesteśmy przy obsadzie, warto wspomnieć o kilku nazwiskach, które – moim zdaniem – pokazują, jak bardzo nierówna jest to kwestia w Odysei. Bo problemem nie jest brak umiejętności aktorskich. Przeciwnie: większość tych ludzi wykonuje swoją pracę bardzo dobrze. Problem polega na tym, że czasami widzę przede wszystkim gwiazdę, a dopiero później postać.
Najlepszym przykładem jest Anne Hathaway. Penelopa nie jest może rolą, która wymaga od aktorki ekstremalnych środków wyrazu, ale Hathaway po prostu błyszczy. Ma w sobie coś, co sprawia, że wierzymy w tę postać od pierwszej chwili. Szczególnie mocno działa scena, w której policzkuje Odyseusza – jest w niej jednocześnie gniew, rozczarowanie, miłość i wszystkie lata cierpienia, które musiała przeżyć podczas jego nieobecności. Podobnie wypadają jej sceny z Telemachem. Cała kreacja jest może momentami trochę łzawa, ale właśnie dzięki temu pozostaje autentyczna i emocjonalna.
SithFrog: Hathaway jest kapitalna – dla mnie to najlepsza rola w całym filmie. A jeśli chodzi o drugie plany, to John Leguizamo jako Eumajos: fantastyczna kreacja, taka, która zostaje w pamięci mimo ograniczonego czasu ekranowego. Ja bym taką rolę nominował, serio.
Crowley: To moim zdaniem to jedyny aktor w całej obsadzie, który naprawdę zasługuje na szczególne wyróżnienie. Jego bohater przypomina mi Toma Hagena z Ojca chrzestnego. Jest cichy, tajemniczy, niezwykle inteligentny i absolutnie lojalny wobec swojego pana. Nie potrzebuje wielkich przemówień ani efektownych scen, żeby zaznaczyć swoją obecność – sama obecność buduje atmosferę.
Co równie ważne: w przeciwieństwie do kilku innych aktorów został ucharakteryzowany i poprowadzony tak, że mój mózg bez problemu zaakceptował go jako człowieka z tego świata. Nie widziałem „znanego aktora wcielającego się w Greka”, tylko Eumajosa. I szkoda, że podobnego efektu nie udało się osiągnąć częściej.
Kuba: I to jest chyba jedna z największych różnic między Odyseuszem Homera a wersją Nolana. W klasycznym micie mamy bohatera niezwykle sprytnego, przebiegłego, momentami wręcz bawiącego się własną inteligencją. Tutaj dostajemy kogoś znacznie bardziej współczesnego – człowieka, który musi żyć z konsekwencjami własnych czynów.
Crowley: Dlatego Matt Damon jako Odyseusz to wybór, który początkowo może wydawać się dziwny, ale ostatecznie okazał się trafiony. Nie dlatego, że jest to jakaś wybitna kreacja aktorska – moim zdaniem scenariuszowo nie jest to rola dająca aktorowi ogromne pole do popisu. Damon nie musi tu budować postaci poprzez wielkie przemiany czy efektowne monologi.
Ale właśnie ta pewna zwyczajność działa na korzyść filmu. Damon to solidny rzemieślnik, świadomy własnych możliwości i bardzo dobrze dobierający role. I tutaj ta cecha pasuje do nolanowskiego Odyseusza: to nie heros z pomnika, tylko człowiek zmęczony, poobijany, próbujący wrócić do domu i zrozumieć własne decyzje.
SithFrog: Ja mam z Damonem podobnie: „daje radę” i tyle. Solidnie, profesjonalnie, bez zaskoczenia – raczej nie jest to rola, z której zostanie zapamiętany. Ale w tej wersji Odyseusza to nawet działa, bo on ma być bardziej człowiekiem niż półbogiem.
I podoba mi się, że Nolan odarł tę historię z nadęcia. Odyseusz jest tu bohaterem tragicznym: geniusz konia trojańskiego z jednej strony imponuje, z drugiej jest niehonorowym podstępem, który kończy się rzezią. Nic dziwnego, że sam Odyseusz nie chce słuchać pieśni opiewających ten „czyn chwalebny”.
Kuba: Idąc dalej: Odyseusz nie jest tu wyłącznie ofiarą wydarzeń – jest również ich sprawcą. To człowiek, który doprowadził do zniszczenia Troi i teraz musi zmierzyć się z konsekwencjami własnych decyzji. Nolan zrobił coś odważnego: stworzył protagonistę i antagonistę w jednym. Konsekwentnie pokazuje, że za legendą Odyseusza kryje się człowiek daleki od ideału.
Widać to niemal od początku. Po zdobyciu Troi Odyseusz wspomina o podróżowaniu i poznawaniu świata, ale szybko okazuje się, że ta ciekawość jest podszyta egoizmem. Podczas spotkania z syrenami każe przywiązać się do masztu nie dlatego, że wymaga tego sytuacja, ale dlatego, że chce przeżyć coś niezwykłego. W przypadku cyklopa nie potrafi powstrzymać pychy. Nawet historia z Sinonem pokazuje, jak daleko potrafi się posunąć, by osiągnąć cel.
SithFrog: A przy okazji: zalotnicy Penelopy są tu pokazani bez romantycznej mgiełki – jako banda gnuśnych, wiecznie pijanych obżartuchów. I jeszcze te sekwencje: cyklop, a potem Kirke… To momentami idzie w stronę rasowego horroru. Dzięki temu łatwiej w to wejść emocjonalnie i nie traktować filmu jak muzealnego eksponatu.
Crowley: Dochodzimy do ciekawego punktu, bo chyba właśnie sposób, w jaki Nolan interpretuje bohaterów, jest jednym z najważniejszych elementów filmu. Można się spierać o poszczególne decyzje obsadowe, ale trudno odmówić mu tego, że większość zmian ma swoje uzasadnienie.
Podobnie jest z Sinonem granym przez Elliota Page’a. To kolejna postać, wokół której narosła ogromna dyskusja, chociaż w samym filmie jej rola jest zupełnie inna, niż sugerowały komentarze. Sinon pochodzi przecież z Eneidy, a nie z Odysei, więc jego obecność od początku była świadomą zmianą.
Moim zdaniem Nolan wykorzystał go głównie do dwóch rzeczy: po pierwsze, by uwypuklić tchórzliwą naturę Antinousa, zalotnika granego przez Roberta Pattinsona; po drugie, by nadać twarz wszystkim bezimiennym ludziom, których Odyseusz poświęcił po drodze. I właśnie dlatego jego drobna postura działa – to nie jest kolejny wielki wojownik, tylko ktoś, kto symbolizuje cenę decyzji głównego bohatera.
Kuba: Właśnie tak. Najlepszym podsumowaniem tego podejścia jest moim zdaniem scena zejścia do Hadesu. To moment, w którym wcześniejsze elementy układanki zaczynają się łączyć. Spotkanie z Sinonem, który zdradza sekret Antinousa, jest ważne, ale jeszcze ważniejsze jest spotkanie z Agamemnonem.
Ta sekwencja determinuje wszystko, co dzieje się później. Od powrotu Odysa na Itakę Nolan tworzy chyba najbardziej kompletny i przemyślany akt całej swojej filmografii. Nie chodzi już tylko o powrót do domu, ale o rozliczenie się z tym, kim Odyseusz był i kim stał się przez własne decyzje.
Nie można było lepiej zbudować sceny śmierci Argosa ani lepiej przygotować napięcia przed próbą łuku. Choć film trwa już długo, Nolan nie przyspiesza. Wszystko jest precyzyjnie rozłożone, z dbałością o szczegóły i rytm. A kiedy rozpoczyna się finałowa rzeź przy akompaniamencie gromów, pozostaje tylko podziwiać kunszt reżysera.
Crowley: Nolanowi można zarzucać wiele – i zaraz przejdziemy do kilku elementów, które moim zdaniem nie działają – ale trudno powiedzieć, że nie potrafi budować wielkich filmowych momentów.
A skoro mówimy o tym, co działa znakomicie, trzeba wspomnieć o stronie wizualnej Odysei. Nie zachwycam się łatwo samymi technikaliami, bo w kinie widzieliśmy już naprawdę dużo. Nolan zresztą bywał w przeszłości twórcą „sztuki dla sztuki”: obrazów imponujących wizualnie, ale nie zawsze równie mocnych emocjonalnie.
Tutaj jest inaczej. Podczas seansu wielokrotnie łapałem się na pytaniu: „Jak oni to właściwie nakręcili?”. Nie chodzi tylko o zdjęcia czy wykorzystanie kamer, ale o całą kreację świata. To fantastyka, która wydaje się niemal namacalna.
SithFrog: I dorzucę coś technicznego, bo to też robi wrażenie. Odyseja to pierwszy film w całości nakręcony kamerami IMAX. Nolan celuje w format 1.43:1 – tylko że prawie nikt nie zobaczy tego w docelowej wersji. Na świecie jest raptem kilkadziesiąt sal zdolnych wyświetlić obraz w tym formacie; w Polsce są IMAX-y 1.90:1, a najbliższe ekrany 1.43:1 to m.in. Niemcy czy Wielka Brytania. Ale nawet w „zwykłym” IMAX-ie ten film wygląda obłędnie.
Crowley: A to nie jest tak, że w “zwykłych” kinach po prostu po bokach zostaje pusty ekran? Bo ja się trochę bałem tego obciętego obrazu, a w Multikinie grali film w jakimś mocno zbliżony do kwadratu formacie. Nie czuło się, żeby czegoś wyraźnie brakowało. Czuć za to było moc i rozmach. Spotkanie z Polifemem uderza autentyczną grozą i groteską. Nikt chyba nigdy nie pomyślał, żeby tak przedstawić cyklopa – jako zdeformowaną, niemal ludzką – ale nie do końca – twarz. Przemiana ludzi w świnie to body horror i to podobno nakręcony z użyciem praktycznych efektów i odpowiedniej gry kamerą. Walka z olbrzymami może nie zachwyca z powodu tych nieszczęsnych zbroi, ale tam z kolei są niesamowite ujęcia ruchomych drzew, które chwytają nieszczęśników w potrzask. Najpierw w ogóle zastanawiałem się, czy faktycznie coś takiego się dzieje, czy to nie tylko skrót perspektywy, ale nie, tam po prostu las ożył. Jak? Nie wiem. I tak wygląda niemal cała podróż Odyseusza. Ten film naprawdę pochłania. To jeden z tych przypadków, kiedy hasło „film do oglądania na wielkim ekranie” nie jest pustym sloganem.
SithFrog: I nic tu nie wygląda sztucznie. Nie widać CGI walącego po oczach (tu pozdrawiamy Ridleya Scotta i jego wściekłe małpy z Gladiatora 2), a od scen na okręcie można dostać choroby morskiej.
Kuba: Zgoda, choć dla mnie największą wizualną i narracyjną perełką jest coś innego: opowieść Menelaosa o zdobyciu Troi i ukryciu wojowników w koniu trojańskim.
To absolutnie najlepsza sekwencja scen w całym filmie. Praca kamery, zdjęcia z wnętrza konia, napięcie i nerwowość bohaterów – wszystko działa perfekcyjnie. Najbardziej podoba mi się cierpliwość Nolana. W czasach, gdy wiele widowisk natychmiast przeskakuje do „najważniejszego momentu”, tutaj twórca pozwala tej scenie wybrzmieć.
Jest muzyka, jest atmosfera zagrożenia, ale przede wszystkim jest oczekiwanie. Niczego nie przyspieszono, niczego nie wycięto. Te sceny są filmowym arcydziełem.
Crowley: Tu nie będę nawet próbował polemizować – to rzeczywiście moment, w którym wszystkie elementy układanki spotykają się w idealnych proporcjach. I co ciekawe, to też dowód, że Nolan potrafi być bardzo tradycyjnym reżyserem. Nie zawsze musi komplikować narrację i bawić się strukturą.
Kuba: Skoro jesteśmy przy zaletach filmu, nie można pominąć jeszcze jednej postaci: Antinousa granego przez Roberta Pattinsona. To świetnie napisana i zagrana postać negatywna. Nie potrzeba wielkich przemówień ani przesadnej teatralności – wystarczy cwaniactwo, perfidia, ciągłe chowanie się za plecami innych i uśmieszki, w których czają się złe intencje.
Pattinson doskonale rozumie tę rolę i wyraźnie się nią bawi. To zresztą ciekawy kontrast z Tomem Hollandem, który jako Telemach bywa momentami bardzo spięty, jakby za wszelką cenę próbował nie popełnić żadnego błędu.
SithFrog: Pattinson jest odpowiednio oślizgły i nikczemny. To typ, któremu chcesz przyłożyć jeszcze zanim otworzy usta. A Holland… widać, że się stara, daje z siebie sto procent, ale ja też nie potrafię przestać widzieć w nim Petera Parkera, który nagle postanowił być odrobinę poważniejszy.
Kuba: I właśnie dzięki takim postaciom jak ta wykreowana przez Pattisona widać, że Nolan dobrze rozumie, kiedy powinien dać aktorom odetchnąć i pobawić się rolą. Swoją drogą ja nie widzę w Hollandzie Spider-Mana a raczej aktora, który tak bardzo nie chce przemycić manier swojej najbardziej rozpoznawalnej postaci, że nie skupia się na zbudowaniu nowej aktorskiej tożsamości i staje się usztywniony, praktycznie przezroczysty.
Drugim dużym plusem jest sposób, w jaki Nolan rozwiązał problem narracji szkatułkowej. Odyseja to historia pełna przeskoków czasowych i „opowieści w opowieści”, a mimo to Nolan bardzo klarownie sygnalizuje widzowi, kiedy otwiera kolejną szkatułkę. Dzięki temu fabuła pozostaje czytelna i płynna.
Do tego dochodzą sceny sztormów na pełnym morzu, w których desperacja bohaterów jest wręcz fizycznie odczuwalna. No i oczywiście najciekawsza zabawa Nolana: pytanie, czy bogowie w tym świecie naprawdę istnieją.
Crowley: To ciekawy aspekt tej adaptacji. Nolan nie próbuje po prostu przenieść mitologii na ekran, tylko zastanawia się, jak mogłaby wyglądać historia Odyseusza opowiedziana przez człowieka współczesnego. I dlatego tak ciekawie działa kwestia bogów.
U Homera bóstwa są realnymi uczestnikami wydarzeń: Atena, Posejdon, Zeus czy Hermes nie są symbolami, tylko konkretnymi siłami wpływającymi na los bohaterów. Nolan zmienia perspektywę. Świat Odysei staje się bardziej przyziemny, a rzeczy, które u Homera były działaniem bogów, tu da się interpretować jako przypadek, żywioł albo efekt ludzkiej psychiki.
Gniew Posejdona może być rzeczywiście gniewem boga morza, ale może być też nieubłaganym splotem wydarzeń i sił natury. Grom Zeusa uderzający dokładnie wtedy, gdy Telemach wspomina o ojcu, może być boskim znakiem albo zwykłym przypadkiem, któremu człowiek nadaje znaczenie.
I dlatego trochę dziwi mnie pozostawienie Ateny. Rozumiem pomysł, że jest ona raczej projekcją umysłu Odyseusza niż realną boginią – sposobem, w jaki bohater porządkuje doświadczenia i tworzy sobie przewodniczkę. Ale skoro cały panteon został odsunięty na bok, jej obecność jest wyjątkiem. Nie jestem pewien, czy koniecznym.
Kuba: A ja uważam, że Atena to jeden z najciekawszych elementów tej układanki – właśnie dlatego, że nie jest klasyczną boginią z mitologii. Nolan wykorzystuje ją jako symbol: coś, czego człowiek potrzebuje, gdy próbuje zrozumieć rzeczy, które go przerastają.
Dla Odyseusza Atena jest ucieleśnieniem rozumu, strategii i wewnętrznego głosu. Nie musi być realną istotą nadprzyrodzoną. To sposób, w jaki bohater radzi sobie z traumą i własnymi decyzjami. I to jest bardzo nolanowskie podejście – podobnie jak w Oppenheimerze ważniejsze od samej technologii było pytanie o człowieka, który musi żyć z konsekwencjami swoich działań.
Właśnie dlatego tak mocno działa dla mnie zestawienie Odyseusza z bohaterem poprzedniego filmu Nolana. Nie spodziewałem się w Odysei aż tak dosłownych nawiązań do Oppenheimera, ale są wyraźne.
Crowley: To porównanie jest trafne, choć przyznam, że początkowo byłem wobec niego sceptyczny. Nolan ma tendencję do wracania do tematów odpowiedzialności za własne czyny, ceny wielkich odkryć i ludzi, którzy przekraczają granice, a potem muszą zmierzyć się z konsekwencjami.
Ale w Odysei rzeczywiście działa to wyjątkowo dobrze. Bo największym osiągnięciem filmu jest to, że bohater nie zostaje wybielony. Nolan nie mówi: „Odyseusz był wielki, tylko świat go nie zrozumiał”. Przeciwnie – pokazuje człowieka, który dokonał rzeczy niezwykłych, ale wielokrotnie zachowywał się bezwzględnie.
Kuba: I dlatego tak ważna jest dla mnie scena ze Scyllą i Charybdą. To jeden z momentów, w których Nolan bardzo wyraźnie pokazuje moralną cenę decyzji Odyseusza. On dokładnie wie, że część jego ludzi zginie, a mimo to podejmuje tę decyzję, bo uważa ją za jedyne wyjście.
To nie jest klasyczny bohater, który zawsze znajduje trzecie rozwiązanie i ratuje wszystkich. To człowiek zmuszony wybierać między złymi opcjami – i nie zawsze można powiedzieć, że robi wszystko, by takich wyborów uniknąć.
I tu dochodzimy do rzeczy najważniejszej: Nolan nie zrobił filmu o powrocie bohatera do domu. Zrobił film o tym, czy człowiek, który dopuścił się rzeczy strasznych, może jeszcze odzyskać człowieczeństwo.
Crowley: I dlatego uważam, że dyskusje o tym, czy Odyseja jest wierną adaptacją Homera, są trochę obok sedna. Oczywiście można analizować zmiany, ale najważniejsze pytanie brzmi: czy Nolan stworzył spójną historię? Moim zdaniem tak. Można mieć zastrzeżenia do konkretnych rozwiązań, można nie lubić pewnych decyzji, ale trudno odmówić tej wersji Odyseusza konsekwencji. To nie jest przypadkowa dekonstrukcja mitu, tylko świadoma próba opowiedzenia go na nowo.
Dlatego nie mam problemu z tym, że Nolan odszedł od części oryginału. Adaptacja nie musi być muzealną rekonstrukcją. Czasami największym szacunkiem dla klasycznego dzieła jest potraktowanie go jako żywego materiału, który nadal można interpretować.
Kuba: A skoro mówimy o tym, co Nolan zmienił, warto wspomnieć, że mimo odważnych decyzji konstrukcja historii pozostała niezwykle bliska oryginałowi. Mamy cyklopa, Kirke, Lajstrygonów, Kalipso, Scyllę i Charybdę, wizytę w zaświatach, syreny i oczywiście konia trojańskiego, który przywędrował z Iliady.
I co najważniejsze – większość tych etapów działa znakomicie. Każdy kolejny przystanek na drodze Odyseusza ma własny charakter, atmosferę i pomysł wizualny. Nolanowi udało się sprawić, że wielokrotnie opowiadana historia znów potrafi zaskoczyć.
Crowley: Z tym trudno się nie zgodzić. I tu wracamy do największej siły filmu: widowiska. Odyseja jest ogromna, ale nie jest pustym spektaklem. Za rozmachem stoi bardzo konkretny pomysł na bohatera i jego drogę.
To jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy można powiedzieć, że film jest jednocześnie fantastyczny i realistyczny. Świat jest pełen rzeczy niemożliwych, ale sposób ich przedstawienia sprawia, że widz wierzy w ich istnienie.
Kuba: Skoro wspomnieliśmy, że Odyseja nie jest filmem idealnym, trzeba też powiedzieć o momentach, w których Nolan nie osiąga poziomu, który sam sobie wyznaczył. I tu przechodzimy do największych problemów filmu.
Pierwszy pojawia się już na początku. Mam wrażenie, że przez pierwsze dziesięć minut Nolan nie do końca wiedział, jak rozpocząć tę historię i jak mocno przeskakiwać między płaszczyznami czasowymi. Pierwsze mniej więcej dziesięć minut to chaos: zbyt szybki montaż i kolejne sceny, które zamiast budować napięcie, wzbudzały u mnie obawę, czy twórca zdoła wyprowadzić opowieść na właściwe tory.
Było za dużo, za szybko i zbyt skrótowo. Mam wrażenie, że podczas skracania filmu to właśnie początek ucierpiał najmocniej. Niestety nie tylko on: są co najmniej trzy wątki, które nie otrzymały wystarczającej ekspozycji, przez co momentami film gubi tempo.
Crowley: Mam podobne odczucia, choć u mnie problem nie dotyczy wyłącznie początku. W kilku miejscach widać, że Nolan próbował zmieścić ogromną historię w jednym filmie i musiał dokonywać bolesnych wyborów.
Z jednej strony to zrozumiałe: Odyseja nie jest materiałem łatwym do ekranizacji. To opowieść pełna epizodów, przygód i pobocznych historii. Gdyby przenieść wszystko „jeden do jednego”, dostalibyśmy film trwający wiele godzin.
Z drugiej strony miałem poczucie, że niektóre elementy potraktowano zbyt skrótowo. Nolan potrafi być niezwykle cierpliwy w budowaniu pojedynczej sceny, a jednocześnie potrafi przeskoczyć nad całym wątkiem, który aż prosił się o rozwinięcie.
Kuba: Najlepszym przykładem jest dla mnie Kirke. Same sceny z nią związane są efektowne, odpowiednio obrzydliwe i bardzo dosłowne. Problem pojawia się później, gdy trzeba ten konflikt rozwiązać.
Odyseusz wychodzi z tej sytuacji zaskakująco łatwo. Napięcie, które wcześniej zbudowano, szybko się ulatnia. Nie ma większych konsekwencji ani poczucia, że bohater musiał coś poświęcić, by wyjść z tego cało. Dostajemy dobrze przygotowany problem i przeciętne rozwiązanie – jakby wątek zrobił już swoje i przestał być potrzebny.
Brakuje mi tu pogłębienia relacji, dramatyzmu i poczucia ceny, jaką Odyseusz powinien zapłacić za własne decyzje.
Crowley: To dobry przykład miejsca, gdzie różnimy się w ocenie filmu. Mnie też zabrakło rozwinięcia kilku wątków, ale jednocześnie doceniam, że Nolan nie próbował robić z każdej przygody osobnego rozdziału. Jego celem nie było stworzenie katalogu mitologicznych stworów, tylko opowiedzenie konkretnej historii o człowieku.
Przyznaję jednak, że są miejsca, w których skróty są zbyt odczuwalne – szczególnie przy postaciach, które pojawiają się na krótko, a powinny mocniej pracować na emocjonalny wymiar opowieści.
Kuba: Widzę jeszcze dwie problematyczne kwestie. Pierwsza to samo zakończenie: z perspektywy polityki Itaki i tego, co zaszło wcześniej, zostawienie wyspy Telemachowi wypada dla mnie mało przekonująco. Telemach nie ma doświadczenia ani pozycji, a mimo to po ogromnych zawirowaniach zostaje królem, podczas gdy rodzice odchodzą – i to w dodatku zabierając ze sobą najlepszych ludzi. Miał być finał wzniośle wzruszający, a wyszło coś, co zgrzyta mi logicznie.
Drugim problemem jest dla mnie wątek Scylli i Charybdy – chyba najdziwniej poprowadzony w całym filmie. Jeśli Nolan zdecydował się potraktować jednego z potworów jako bardziej naturalne, niemal fizyczne zjawisko, mógł pójść tą drogą konsekwentnie. Tymczasem dostajemy dziwny miks i jedną z najbardziej nieczytelnych wizualnie istot w filmie. Problem nie leży nawet w technikaliach, tylko w samym pomyśle: czym właściwie ta postać ma być.
A szkoda, bo znaczenie tej sceny dla charakteru Odyseusza jest ogromne. To właśnie tam najmocniej widać jego bezwzględność. Niestety realizacja nie dorównuje wadze tego momentu.
Crowley: Dla mnie Scylla i Charybda są przykładem tego, że Nolan czasami bardziej ufa własnej interpretacji niż emocjonalnej czytelności sceny. On wie, co chce powiedzieć, ale nie zawsze daje widzowi dość narzędzi, by dojść do tego samego wniosku.
I podobny problem mam z częścią strony wizualnej – szczególnie z kostiumami. Tu chyba najmocniej się różnimy, bo dla mnie niektóre decyzje projektowe naprawdę wybijają z seansu.
Pal licho, że zbroje i hełmy nie zawsze odpowiadają historycznym realiom. To filmowa interpretacja mitu, nie dokument archeologiczny. Problem w tym, że część tych elementów wygląda po prostu sztucznie. Momentami widać plastik pomalowany aerografem.
Kuba: Tu rzeczywiście będę bardziej pobłażliwy, choć rozumiem zarzut. Ja bardziej patrzę na to, czy dany element działa w ramach świata filmu, niż czy przypomina wierną rekonstrukcję epoki. Oczywiście nie wszystko jest idealne, ale kilka decyzji, które dla części widzów były absurdalne, dla mnie budowało własny język wizualny Nolana.
Najlepszym przykładem jest Agamemnon. Wiem, że wiele osób porównywało go do Dartha Vadera, ale dla mnie ta monumentalność działała. Nolan przedstawia go niemal jak figurę ponad ludźmi – wielkiego wodza, który być może sam zaczyna wierzyć, że stoi na równi z bogami.
SithFrog: A ja tu akurat będę bliżej Kuby, jeśli chodzi o ogólny odbiór strony wizualnej – dla mnie „sztuczności” było zaskakująco mało jak na taką skalę. Natomiast są dwa wyjątki, które mnie też uderzyły: projekt zbroi olbrzymów momentami wyglądał zbyt „plastikowo” jak na resztę filmu, a strój Agamemnona rzeczywiście balansuje na granicy pomysłu i niezamierzonej komiczności.
Rozumiem intencję – zrobić z wodza figurę nieludzką, niemal nadczłowieka – ale miejscami skojarzenia z popkulturą przychodzą zbyt łatwo.
Crowley: To swoisty paradoks: czasami wybaczamy Nolanowi rzeczy, które u innych twórców uznalibyśmy za przesadzone, bo jego wizja bywa na tyle konsekwentna, że łatwo dać się jej porwać.
Ale nie wszystkie decyzje wizualne bronią się równie dobrze – szczególnie jeśli połączymy je z kolejnym problemem, czyli montażem.
Jennifer Lame, ubiegłoroczna zdobywczyni Oscara, momentami zdecydowanie przesadziła z nożyczkami. W wielu scenach dialogowych kamera przeskakuje między bohaterami z szybkością karabinu maszynowego, tworząc niemal stroboskopową migawkę. Zamiast pozwolić aktorom grać ze sobą, film często rozbija te sceny na serię krótkich ujęć.
I paradoksalnie dotyczy to również dialogów, które moim zdaniem są lepsze, niż można było się spodziewać. Przy takiej tematyce łatwo byłoby popaść w patos i stworzyć teatralny dramat pełen wielkich słów. Nolan tym razem zaskakująco często tego unika.
SithFrog: Z jednym „ale”: moim zdaniem Nolan do końca nie wytrzymał tej powściągliwości. Przez większość filmu paralele do współczesności są prowadzone całkiem subtelnie, a na sam koniec dostajemy dialog Odyseusza i Penelopy tak czerstwy i patetyczny, że ta subtelność trochę się rozpada. Jakby Nolan uznał, że jednak trzeba dopowiedzieć widzowi wszystko wprost.
Crowley: Oczywiście można też zarzucić filmowi, że język bohaterów nie jest szczególnie stylizowany na epokę. Nie brzmią jak postacie z antycznego poematu i czasami można odnieść wrażenie, że mówią współcześnie. Z drugiej strony dzięki temu Odyseja nie zamienia się w muzealną rekonstrukcję.
To jeden z kompromisów, które Nolan podejmuje świadomie: rezygnuje z części autentyczności historycznej czy mitologicznej, by utrzymać emocjonalną przystępność.
Kuba: I tu trzeba docenić, że mimo tych wad Nolan stworzył film o niezwykłej skali. Odyseja jest widowiskiem wielkim, intensywnym i takim, które po seansie sprawia wrażenie, jakby wydarzyło się w nim znacznie więcej, niż powinno zmieścić się w jednym filmie.
To zresztą zarówno jej największa zaleta, jak i największy problem. Czuć ogrom tej historii i poczucie wyjątkowości, ale jednocześnie momentami pojawia się niedosyt. Jakby film był jednocześnie za długi i za krótki.
Crowley: To chyba najlepsze podsumowanie konstrukcji tego filmu. Z jednej strony nie wyobrażam sobie, by Nolan jeszcze bardziej rozbudował Odyseję bez ryzyka utraty tempa. Z drugiej – są momenty, przy których człowiek myśli: „Chciałbym zobaczyć jeszcze pół godziny tej historii”.
Może rozwiązaniem byłoby coś w rodzaju Diuny – podzielenie materiału na dwie części.
Kuba: Mam podobne odczucia. I właśnie dlatego uważam, że Odyseja jest jednym z najbardziej niezwykłych filmów ostatnich lat. Dawno nie spotkałem się z produkcją, przy której jednocześnie miałbym poczucie, że zobaczyłem coś być może największego w historii kina, a równocześnie odczuwałbym niedosyt, bo pewne elementy potraktowano zbyt skrótowo.
Crowley: Zgadzam się, choć zostaję trochę bardziej ostrożny. Dla mnie Odyseja nie osiąga poziomu największych filmowych monumentów pokroju Gladiatora czy Władcy Pierścieni. Nie dlatego, że brakuje jej ambicji albo rozmachu, tylko dlatego, że te kilka niedociągnięć bywa zbyt widocznych.
Nie zmienia to faktu, że Nolan stworzył coś, czego współczesne kino potrzebuje: wielkie widowisko, które nie traktuje widza jak odbiorcy kolejnego produktu, tylko proponuje mu przeżycie.
Kuba: I tu dochodzimy do jeszcze jednej kwestii, czyli muzyki. Dla mnie to jeden z nielicznych elementów, który wyraźnie odstaje od reszty.
Göransson oczywiście wykonuje solidną pracę, ale po współpracy Nolana z Hansem Zimmerem – i przede wszystkim po tym, co Ludwig zrobił przy Oppenheimerze – oczekiwania były ogromne. Brakuje mi tu zapadających w pamięć motywów, które zostają z widzem po seansie.
Crowley: Mam podobne odczucia, choć nie nazwałbym tego dużym problemem. Muzyka jest tłem, elementem dekoracji, choć czasami wręcz zagłusza kakofonią. I faktycznie: gdy porównujemy ją do najlepszych dokonań Nolana, brakuje tego jednego charakterystycznego elementu, który sprawiłby, że ścieżka żyje poza filmem.
Kuba: Mimo wszystko nie zmienia to mojej ogólnej oceny. Odyseja jest filmem ogromnym, intensywnym i niezwykle ambitnym. Znakomicie wypada pod względem efektów specjalnych, scenografii i wielu aspektów realizacyjnych. To produkcja, które przypomina, dlaczego wciąż warto chodzić do kina.
Ale właśnie dlatego słabsze elementy są bardziej widoczne. Nolan momentami podniósł sobie poprzeczkę tak wysoko, że nawet bardzo dobre sceny mogą wydawać się rozczarowujące, gdy zestawimy je z tymi wybitnymi.
Crowley: I chyba właśnie to jest największym komplementem, jaki można temu filmowi wystawić. Największy problem Odysei polega na tym, że w kilku miejscach nie dorównuje własnym najlepszym fragmentom.
A tych najlepszych elementów jest naprawdę dużo. Wizualna wyobraźnia, skala opowieści, sposób potraktowania Odyseusza, wielkie sceny akcji i odwaga w reinterpretacji mitu sprawiają, że trudno przejść obok tego filmu obojętnie.
Kuba: Właśnie ta odwaga jest dla mnie ostatecznie najważniejsza. Nolan mógł pójść najprostszą drogą: zrobić efektowną, klasyczną opowieść przygodową, wierną Homerowi w najbardziej oczywisty sposób – z bogami ingerującymi w wydarzenia i bohaterem szlachetnym od początku do końca.
Tymczasem zdecydował się na coś znacznie trudniejszego. Wziął jedną z najważniejszych historii europejskiej kultury i zapytał, co ona właściwie oznacza dla współczesnego człowieka.
SithFrog: I chyba właśnie dlatego ten film działa także jako wydarzenie społeczne: bilety znikają szybciej, niż kina są w stanie je sprzedawać. Dwa tygodnie po premierze wciąż trudno o dobre miejsca nawet na poranne seanse, a popołudniowe potrafią być wyprzedane na wiele dni do przodu.
Nolan po raz kolejny dowiózł. Mimo kilku typowo nolanowskich „zadziorów” – momentów, gdy próbuje dopisać do antyku swoje współczesne gesty, czasem zbyt dosłowne – to nadal monumentalne widowisko, które przypomina, że historia sprzed niemal trzech tysięcy lat wciąż potrafi trzymać za gardło. I za parę lat znów pójdziemy na kolejny jego film. Nie dlatego, że będziemy wiedzieć, o czym opowiada, tylko dlatego, że znów będziemy chcieli zobaczyć, co tym razem zmajstrował.
Crowley: Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt tej interpretacji. W internetowej awanturze o to, czy film jest „woke”, „gender” czy „all inclusive”, wielu osobom umknęło, że sama historia ma w gruncie rzeczy bardzo tradycyjny wydźwięk.
Nolan nie opowiada się po stronie bezrefleksyjnego burzenia starego świata. Wręcz przeciwnie – pokazuje konflikt między chęcią zmiany a potrzebą zachowania wartości, które budują wspólnotę. Filmowy Odyseusz zrozumiał, że biorąc udział w niesprawiedliwej wojnie, stał się narzędziem niszczenia świata, którego sam był częścią.
Późniejsza walka o dom, rodzinę i Itakę jest dla niego jednocześnie próbą odzyskania człowieczeństwa. I dlatego ta historia – choć opowiada o świecie sprzed tysięcy lat – pozostaje tak aktualna.
Nolan pokazuje też, że każda wielka idea może zostać wypaczona przez ludzkie ambicje. Wojna zaczyna się pod hasłami honoru i sprawiedliwości, ale szybko okazuje się, że za wielkimi słowami kryją się polityka, władza i ego. I to kolejny powód, dla którego Odyseusz jest tak ciekawą postacią: nie tylko cierpi przez świat – on jest też jednym z tych, którzy ten świat zmienili.
Kuba: Dokładnie. I dlatego zakończenie działa tak mocno. Próba łuku, powrót na Itakę i ostateczna konfrontacja nie są tylko efektownym zwieńczeniem przygodowej historii. To konsekwencja całej drogi bohatera.
Nolan rozumie, że finał nie może być wyłącznie nagrodą dla widza czekającego na wielką akcję – musi wynikać z wcześniejszych wydarzeń. I tutaj to działa. Po tak długim filmie reżyser mógł przyspieszyć, skrócić kilka rzeczy i postawić na czystą widowiskowość. Tymczasem daje tym scenom odpowiednią przestrzeń: buduje napięcie, pozwala widzowi czekać, obserwować i przeżywać.
A kiedy rozpoczyna się rzeź przy akompaniamencie gromów, to jeden z tych momentów, dla których chodzi się do kina.
Crowley: To prawda. W takich chwilach najlepiej widać różnicę między dobrym filmem przygodowym a wielkim widowiskiem. Sam rozmach nie wystarczy – potrzebna jest świadomość, że każda spektakularna scena musi coś znaczyć.
Nolan nie zawsze trafia, ale kiedy trafia, robi to z siłą, której naprawdę trudno szukać we współczesnym kinie. Koń trojański, Polifem, wizyta w zaświatach – to obrazy, które zostają w głowie.
Kuba: I dlatego mimo wszystkich zastrzeżeń nie mam wątpliwości, że Odyseja jest jednym z najważniejszych filmów ostatnich lat. Nie dlatego, że jest bezbłędna – wręcz przeciwnie: jej niedoskonałości są częścią tego doświadczenia.
To rzadki przypadek filmu, o którym jednocześnie można powiedzieć: „to mogło być jeszcze lepsze” i „to, co dostałem, i tak jest czymś wyjątkowym”.
Crowley: Ja powiedziałbym to trochę inaczej. Dla mnie Odyseja nie jest filmem doskonałym, ale jest filmem niezwykle ważnym. Przypomina, że wielkie kino przygodowe nie musi oznaczać prostych historii i bezpiecznych wyborów.
Nolan stworzył coś, co można analizować, z czym można się spierać, co może irytować w pojedynczych momentach, ale czego nie da się łatwo zapomnieć. A to chyba najlepsza rzecz, jaką można powiedzieć o filmie.
Kuba: Zdecydowanie. I dlatego zachęcam do obejrzenia Odysei – zwłaszcza osoby, które przed premierą obawiały się, że film będzie czymś zupełnie innym, niż powinien. Nie ma tam tego, czego część widzów spodziewała się po internetowych komentarzach. Jest za to ogromna, ambitna i momentami zachwycająca opowieść o człowieku próbującym wrócić do domu.
Crowley: I nawet jeśli po seansie ktoś będzie miał własne zarzuty – a na pewno będzie miał, bo taki film aż prosi się o dyskusję – warto dać mu szansę.
Bo Odyseja to nie jest produkcja, którą ogląda się tylko dla pojedynczych scen. To film, który przeżywa się jako całość. Czasem zachwyca, czasem irytuje, ale przez cały czas przypomina, dlaczego kino potrafi być czymś większym niż tylko rozrywką.
SithFrog: A że nie jest idealny? Cóż – przynajmniej dzięki temu naprawdę jest o czym rozmawiać.
Crowley: I chyba właśnie o to chodzi w najlepszym kinie.
Odyseja (2026)
-
Ocena SithFroga - 8/108/10
-
Ocena kuby - 9/109/10
-
Ocena Crowleya - 8/108/10













Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:
Regulamin zamieszczania komentarzy
Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:
[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]