FilmyKlasyka Kina

Obcy – decydujące starcie (1986)

Niemal dokładnie miesiąc temu Obcy – decydujące starcie skończył 40 lat. Z tej okazji postanowiłem uzupełnić braki w xenomorfowej filmografii na FSGK i przybliżyć nieco sylwetkę oraz kulisy powstania tego niezwykłego filmu.

Trudno to sobie wyobrazić, ale pomimo wielkiego sukcesu – zarówno artystycznego, jak i finansowego – Ostatniego pasażera Nostromo przez kilka lat nikt nie palił się do nakręcenia kontynuacji. Fox sądził się ze scenarzystami pierwszej części (chociaż film zarobił ponad 10 razy tyle, ile kosztował, to studio wykazało straty i starało się nie wypłacać procentu od zysków), nikt nie chciał ponownej współpracy z Ridleyem Scottem, robiącym dziesiątki dubli i napuszczającym na siebie aktorów, a powstający w bólach scenariusz walał się po różnych biurkach przez kilka lat i powstał być może tylko dlatego, że Arnold Schwarzenegger wstrzymywał zdjęcia do Terminatora, z powodu kręcenia Conana Niszczyciela. Dzięki temu pewien młody Kanadyjczyk miał czas na pisanie. W końcu jednak FOX dał zielone światło, ustalił budżet na około 15 milionów dolarów i zatrudnił wspomnianego obiecującego filmowca – niejakiego Jamesa Camerona (który w tamtym momencie miał na koncie Piranię II, wspomnianego Terminatora oraz scenariusz do… Rambo II) na stanowisko reżysera. Nie mniej ważną postacią w projekcie została jego ówczesna żona, Gale Anne Hurd, która siłą wepchnęła się na stanowisko producenta wykonawczego. Tylko ona była w stanie okiełznać szalonego męża, o czym obydwoje dobrze wiedzieli.

Cameron słusznie założył, że ciężko będzie mu przebić nastrój i poczucie zagrożenia z jedynki, więc poszedł w zupełnie inną stronę – stworzył film o kosmicznych marines, inspirowany wojną w Wietnamie. Tak się zresztą złożyło, że w tym samym czasie Stanley Kubrick kręcił w Anglii Full Metal Jacket i obie ekipy miały okazję spotykać się po godzinach. Bohaterami pierwszej części Obcego była gromada roboli na kosmicznym frachtowcu, walcząca z tajemniczą istotą z kosmosu. W części drugiej xenomorf nie był już taką zagadką i trzeba było wysłać przeciw niemu całą armię, żeby wyrównać szanse. Cameron w przeciwieństwie do Scotta darował sobie bogatą symbolikę wizualną i skupił się na aspekcie militarnym. Pierwszy Obcy powalał wizerunkiem giegerowskich koszmarów oraz przytłaczał klaustrofobicznymi wnętrzami Nostromo. Drugi stawia na bardziej klasyczny futuryzm i wojnę, a Cameron świadomie i z premedytacją zbudował swój świat niemal od zera. Przede wszystkim zmienił projekt xenomorfa. Jeśli dobrze się przyjrzeć, brakuje mu na przyklad półprzezroczystej “kopuły” na głowie. Reżyserowi tak spodobał się niedokończony model autorstwa fachowców od Stana Winstona, że kazał im zostawić odkryte “wnętrze” czaszki. Winston – legendarny spec od kostiumów i efektów specjalnych (pracował między innymi przy Predatorze, Edwardzie Nożycorękim czy Parku Jurajskim) – zastąpił H.R. Giegera, za co ten obraził się na Camerona. W grę tak naprawdę wchodziły kwestie kontraktowe, bo Szwajcar pracował akurat dla innej wytwórni i miał zakaz pracy z konkurencją, a po latach Cameron wysłał mu nawet list z przeprosinami, ale zawsze twierdził, że pomimo wielkiego szacunku dla filmu Scotta, Aliens był jego piaskownicą.

I absolutnie nie oznacza to, że sequel był przemyślany w mniejszym stopniu niż u słynącego z pedantycznej precyzji Brytyjczyka. Wprost przeciwnie. Już na pierwszy rzut oka łatwo dostrzec podobieństwa w sposobie kręcenia poszczególnych scen, przy czym pod względem rozmachu Decydujące starcie przewyższa Ósmego pasażera wielokrotnie. Zarówno statek kosmiczny Sulaco, jak i wnętrze bazy na LV-426 są dopieszczone do granic absurdu. Niektóre z lokacji pojawiają się ledwie na kilka chwil, ale pełne są detali i dziesiątek rekwizytów, które sprawiają, że wyglądają bardzo realistycznie. Świetny jest też sam ich design. W oczy rzucają się chociażby korytarze o skośnych ścianach czy charakterystyczne wrota kolonii. Bohaterowie poruszają się lądownikiem przypominającym wojskowy helikopter oraz fantastycznym transporterem opancerzonym, zbudowanym na bazie lotniskowego holownika. No i oczywiście marines używają wykrywacza ruchu i prują do kosmitów z karabinów M41A i smartgunów. Cameron i jego ekipa to po prostu grupka dużych chłopców, którzy postanowili zabawić się w kosmiczną wojnę – i to na serio. Modele broni były ciężkie, co wymuszało na aktorach odpowiednie ruchy. Balet Vasquez i Drake’a ze smartgunami zamontowanymi na uprzężach steadycam nie był jakąś fanaberią. Janette Goldstein wspominała, że biegając po planie starała się przede wszystkim utrzymać równowagę z tym cholerstwem w rękach. W pełni sprawne były też miotacze ognia, których używają marines, a laser z początku filmu – ten, który skanuje wnętrze kapsuły – tak spodobał się Cameronowi, że zapłacił za jego budowę z własnej kieszeni. Hurd nie chciała się zgodzić na taką fanaberię, bo nie było jej w scenariuszu, a co za tym idzie i w budżecie. Jest jeszcze fantastycznie zrobiony egzoszkielet do przenoszenia ciężkich ładunków, w którym Ripley toczy finałową walkę, a który napędzany był siłą mięśni faceta ukrytego za plecami aktorki. Oglądam ten film przy każdej nadarzającej się okazji i zawsze uwielbiam patrzeć na te wynalazki. To kompletne przeciwieństwo bezkształtnej tandety, jaką widzimy w większości nowych filmów. W Decydującym starciu design jest konsekwentny i służy fabule.

Łatwo też uzasadnić różnice względem poprzedniego filmu, bo ich fabuły dzieli 57 lat. Zmieniła się sama Ellen Ripley. Sigourney Weaver przekonano do podpisania kontraktu okrągłą sumką oraz podstępem – ponieważ negocjacje się przedłużały, Cameron puścił plotkę (przez agenta Arnolda Schwarzeneggera), że zamierza wyciąć postać Ripley ze scenariusza. Kilka dni później umowa była podpisana, a Weaver tym razem jest prawdziwą gwiazdą widowiska. W Ósmym pasażerze Ripley długo jest postacią poboczną. Tak naprawdę do pewnego momentu nie wiadomo było, że to ona ostatecznie zmierzy się z xenomorfem. W części drugiej co prawda też zaczyna nieco w cieniu marines, ale kiedy akcja się zagęszcza, to ona przejmuje dowodzenie. Cały film opowiada o PTSD i demonach w głowie głównej bohaterki. Początkowo są to koszmary z przeszłości i strach przed obcym, później potrzeba niesienia pomocy kolonistom i wreszcie po fatalnej w skutkach akcji w gnieździe w Ripley budzi się przywódca i… matka. Macierzyństwo jest prawdziwą i główną osią fabularną. Ripley dryfując latami w kapsule ratunkowej przeżywa własną córkę, którą zostawiła w młodym wieku na Ziemi, czego tak naprawdę nie wiemy, o ile nie oglądaliśmy wersji reżyserskiej (o tym za chwilę). Później przenosi matczyne uczucia na Newt, a w ostatecznym starciu walczy z inną… matką.

No właśnie, w myśl zasady, że w sequelu wszystkiego musi być “więcej” i “bardziej”, bohaterom przyszło zmierzyć się nie tylko z szeregowymi kosmitami, ale z samą królową. Obowiązkowe już dla serii “podwójne” zakończenie tym razem jest dużo bardziej emocjonujące. Królowa jest imponująca, ale jeszcze większe wrażenie robi wspomniany wcześniej egzoszkielet. Zwracam też uwagę na fakt, że był on pokazany w akcji na samym początku filmu, dzięki czemu w finale pojawia się całkowicie naturalnie, a nie jako deus ex machina i gadżet wyczarowany z powietrza. Królową zbudowali na podstawie szkiców Camerona magicy od Winstona w formie zarówno miniaturowych modeli, jak i pełnowymiarowej mechatronicznej maszkary, która pojawiła się na planie. Dziś może niektóre z tych finałowych sekwencji wyglądają dość topornie, podobnie jak nałożony obraz rozbijającego się lądownika, ale trzeba docenić ogrom pracy włożony w przygotowanie tych dwóch sekwencji. Cały film powstał praktycznie bez udziału komputerów i niebieskich ekranów.

Wszystko, co kręcono z użyciem miniatur, powstało w Stanach Zjednoczonych, ale główne zdjęcia przeniesiono do Anglii i słynnych Pinewood Studios, aby obniżyć koszty produkcji. Cameron nie chciał tracić czasu na uczenie Anglików amerykańskiego akcentu, więc większość ról powierzył Amerykanom mieszkającym na Wyspach. Nie wszyscy pewnie wiedzą, że porucznika Hicksa wcale nie miał grać Michael Biehn. Pierwszym wyborem był w tym przypadku James Remar, który rozpoczął nagrywanie, ale musiał pożegnać się z produkcją, kiedy kupił narkotyki od podstawionego przez angielską policję dealera (widać go w jednym z ujęć w gnieździe, stojącego plecami do kamery). Nawet wszechmocna Gale Anne Hurd nie była w stanie wskórać nic więcej niż deportacja do Stanów, chociaż przy innej okazji udało jej się pomóc w szmuglowaniu przez granicę torby pełnej noży, których Lance Henriksen używał do prób przed sceną w kantynie. Henriksen osobiście wykonał sztuczkę z nożem, ale Bill Paxton nie wiedział, że jego ręka będzie użyta w charakterze rekwizytu. Jego zdziwienie jest autentyczne, bo koledzy z planu (za wiedzą Camerona) postanowili nieco ubarwić ten moment.

Brytyjskie obyczaje nie raz dały się we znaki ekipie ze Stanów. To w trakcie zdjęć do Aliens tworzyła się legenda Camerona-tyrana. Przyzwyczajony do bezkompromisowego poświęcenia pracy Kanadyjczyk nie był w stanie zaakceptować ślamazarnego tempa pracy Anglików rozpieszczonych przez umowy związkowe. Na początku zdjęć zaplanowano niewielkie przyjęcie na zakończenie dnia – dla przełamania lodów. W planie było 6 ujęć, ale do godziny 16 udało się zrealizować tylko 4 z nich. Mimo to na planie pojawiły się stoły i kieliszki do szampana, które Cameron kazał wywalić i zażądał powrotu do pracy. Następnego dnia ze zdziwieniem obserwował, jak cała ekipa ustawiła się w ogonku do obwoźnego baru serwującego herbatę (przerwę na herbatkę mieli zagwarantowaną w prawie). Zdegustowany całą sytuacją reżyser przepchnął się na początek kolejki i zapytał o możliwość wykupienia całego towaru. Wszyscy myśleli, że ma to być gest pojednawczy po wcześniejszej wtopie z szampanem, ale okazało się, że Cameron wykupił herbatę tylko po to, żeby się jej pozbyć i znowu kazać wracać do roboty. Od tej pory zamówienia na jedzenie i picie miały być składane i dostarczane zbiorczo.

Nie lepiej było na linii reżyser – operator. Ówczesne przepisy nie dopuszczały możliwości wykonywania pracy przez ludzi niezrzeszonych w związku zawodowym. Dotyczyło to nawet sytuacji, kiedy reżyser samodzielnie poprawiał oświetlenie lub – nie daj Boże – chciałby samemu obsługiwać kamerę. Boleśnie odczuł do Ridley Scott podczas kręcenia Łowcy androidów. Cameron po prostu zwolnił swojego operatora, na co reszta wyspiarskiej ekipy odpowiedziała buntem i rozeszła się do domów. Pomimo takich scysji zdjęcia zakończyły się o czasie, a budżet nie został przekroczony, co dowodzi, że Hurd dysponowała wtedy jakimiś boskimi mocami.

Znacznie lepiej układała się za to współpraca między aktorami. Kiedy będziecie przy kolejnej okazji oglądać Aliens, zwróćcie uwagę, jak wiele scen kręcono z udziałem co najmniej kilkorga aktorów. To film o wojnie i żołnierzach, więc Cameron dołożył starań, żeby zrobić ze swojej obsady prawdziwy oddział kosmicznych marines. Ściągnął wszystkich do Anglii i wysłał na szkolenie pod okiem m.in. byłego członka SAS. Wszyscy musieli nauczyć się podstaw obsługi broni, ćwiczyli poruszanie się w grupie i przede wszystkim – zżyli się ze sobą, co doskonale widać później na ekranie. Znakomitym pomysłem był angaż Ala Matthewsa do roli sierżanta Apone’a. Matthews odsłużył trzy tury w Wietnamie i był naturalnym liderem grupy zarówno przed kamerą, jak i poza nią. W ramach pogłębiania rysów psychologicznych swoich postaci, cała ekipa dostała za zadanie przyozdobić swój szpej. Wszystkie malunki, wisiorki, napisy, sentencje i inne podobne ozdobniki to dzieło aktorów. Dzięki temu powstała historia Vasquez i Drake’a – byłych skazańców – oraz panikarza Hudsona, który ćwiczył jedynie na symulatorach i w sytuacji prawdziwego zagrożenia tracił głowę. Oczywiście każdy musiał też podpakować, bo podciągnięcia przed kamerą same się nie zrobią. Nieźle, jak na mały film science-fiction o polowaniu na kosmiczne robale.

W ramach ciekawostki trzeba przy tym wspomnieć jeszcze o wersji reżyserskiej. Pierwszy raz “Decydujące starcie” oglądałem właśnie w takiej formie i bardzo zdziwiłem się, kiedy przy kolejnym seansie nie zobaczyłem sceny z atakiem twarzołapa na ojca Newt, informacji o śmierci córki Ripley oraz dramatycznej sekwencji z automatycznymi wieżyczkami. Sceny te zostały wycięte w montażu na żądanie FOXa, aby skrócić film do zakładanych rozmiarów. Krótszy film to więcej seansów, a więcej seansów to więcej pieniędzy. Wyleciało sporo i o ile można dyskutować nad niezbędnością wieżyczek w fabule czy dodatkowych ujęć wnętrza Sulaco i bazy, to pozostałe dwie duże zmiany mocno zmieniają wydźwięk filmu. Pokazanie działającej normalnie kolonii, incydentu z zainfekowaniem ojca Newt (a co za tym idzie widz poznaje dziewczynkę już w pierwszych minutach) z jednej strony dodaje dużo do kontekstu budowania świata przedstawionego, ale z drugiej rozwiewa nieco mgłę tajemnicy. W wersji kinowej do momentu ataku w gnieździe nie mamy żadnego potwierdzenia, że xenomorf z pierwszego filmu powrócił. Nie wiemy też nic o Newt. Wersja reżyserska to zmienia. Najbardziej istotne i niezrozumiałe było według mnie wycięcie informacji o córce Ripley, za co zresztą Sigourney Weaver pokłóciła się z reżyserem po pokazie premierowym. Informacja, że córka Ripley umarła ze starości w czasie, gdy ona dryfowała w kapsule ratunkowej, jest prawdziwą podbudową pod późniejszą matczyną opiekę nad Newt. Jak już wspominałem, macierzyństwo jest tematem przewodnim drugiej części i pominięcie tych kilku niezwykle ważnych z punktu widzenia głównej bohaterki informacji jest dla mnie po prostu dziwne. Zdecydowanie wolę tę dłuższą, pełniejszą wersję.

Co ciekawe, wersję reżyserską puściła telewizja TVN pod koniec lat dziewięćdziesiątych i chyba nigdzie nie zachowały się informacje, jak w ogóle do tego doszło. W momencie pierwszej emisji ta wersja filmu była dostępna jedynie na LaserDiscu i dopiero później pojawiła się na VHS i DVD w boxie “Alien Legacy”. Dystrybucją filmów 20th Century Fox w Polsce zajmował się wyłącznie Imperial Entertainment. TVN należał do konkurencyjnego ITI, więc ciężko przypuszczać, żeby miał dostęp do wersji boxowej przed jej premierą, musiały to być jakieś inne źródła. W każdym razie chciałem z tego miejsca podziękować osobie, dzięki której to zdarzenie miało miejsce. Wersja reżyserska jest tą słuszniejszą i ją należy oglądać. Dość ironiczny jest za to – w świetle fabuły kręcącej się między innymi wokół sztucznej inteligencji – fakt, że najnowsze, ubiegłoroczne wydanie 4K jest przez niektórych krytykowane za… użycie AI do poprawiania jakości obrazu. Ale to temat na osobne rozważania.

Wypada wspomnieć jeszcze o doskonałej muzyce Jamesa Hornera. W porównaniu do ścieżki dźwiękowej pierwszego Obcego autorstwa Jerry’ego Goldsmitha, tym razem jest znacznie bardziej dynamicznie, a elementy grozy w postaci zniekształconych smyczków i niepokojących stukotów często ustępują militarystycznym motywom, w których pierwszoplanową rolę pełni perkusja. Jest to majstersztyk, który oczywiście powstawał w niesamowitych bólach. Horner nagrywał na ostatnią chwilę do ciągle zmienianego w montażu obrazu, a na koniec Cameron pociął wszystko i własnoręcznie dopasował do ostatecznej wersji filmu. Zadziwiające, że to się w ogóle udało. Horner doczekał się nawet za swoją pracę nominacji do Oscara, ale przegrał z Herbiem Hancockiem (podobnie jak Ennio Morricone, nominowany za Misję).

Aliens to film wyjątkowy. Jeden z niewielu sequeli dorównujących, a według wielu przewyższających doskonały pierwowzór. Z jednej strony to bardzo twórcze rozwinięcie pierwotnej idei. Z drugiej dzieło grupy niezwykle utalentowanych i bezkompromisowych ludzi, którzy przy stosunkowo niedużym budżecie wykreowali powalające wizualnie widowisko i jeden z najlepszych filmów akcji w historii. Nawet tytuł został sprytnie pomyślany, z czym wiąże się pewna anegdota. Podobno żeby przekonać producentów do realizacji swojego projektu, reżyser napisał na białej tablicy słowo “Alien”, dopisując na końcu “S” w formie symbolu dolara. Widać, podziałało. James Cameron zamienił kosmiczną grozę Ridleya Scotta w militarystyczną jazdę bez trzymanki. Potraktował pierwszy film z szacunkiem, ale jedynie jako punkt wyjścia do tego, żeby opowiedzieć własną historię. Rozbudował świat Obcego i wyniósł serię na poziom, do którego nikt później nie doskoczył. Decydujące starcie to dzieło pasji i poświęcenia, które otworzyło przed Cameronem wszystkie drzwi Hollywood.

To mi się podoba 2
To mi się nie podoba 0

Crowley

Maruda międzypokoleniowa i mistrz w robieniu wszystkiego na ostatnią chwilę. Straszliwy łasuch pożerający wszystko, co związane z popkulturą. Miłośnik Pratchetta i Clancy'ego, kiedyś nawet Gwiezdnych wojen, a przede wszystkim muzyki starszej niż on sam.

Polecamy także

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button