
Gore Verbinski dla większości widzów zawsze będzie przede wszystkim reżyserem Piratów z Karaibów. Przeboju, któremu zawdzięczamy 16 zestawów Lego, hałaśliwe pseudo-galeony turystyczne nad Bałtykiem, popularny wzór chłopięcego stroju na bal przebierańców i motyw muzyczny, pod którym wcale nie podpisał się Hans Zimmer, tylko jakiś inny Niemiec. Oraz żart o Piłacie z Kałaibów. Dla mnie jednak Verbinski to gość, który nakręcił genialny teledysk do uwertury do Wilhelma Tella, ten z kowbojem w masce na twarzy, jadącym konno po dachu pędzącego pociągu. Ach, mogę tę scenę oglądać bez końca. Gdy nachodzi mnie chandra, to wpisuję w wyszukiwarce YT „The Lone Ranger Train Scene” i mam swoje lekarstwo na smutki.
O, właśnie to zrobiłem ponownie, choć wcale nie jestem smutny. Właściwie to jestem w znakomitym nastroju, bo obejrzałem ostatni film Verbinskiego, w którym tenże popłynął niczym w Jeźdźcu znikąd, no i niestety znowu wylądował na deskach w Box Office. Masz ci los. Skoro już wyjaśniłem, że Verbinski jest mi bliski, to mogę przystąpić do właściwej recenzji. Starałem się, żeby tekst zawierał choć śladowe ilości obiektywizmu, a fanbojstwo nie wyrwało mi lejc z rąk i nie poniosło mnie na manowce. To, że czytacie nas bez konieczności oglądania reklam, to jeszcze nie powód, by Was okłamywać, drodzy Czytelnicy*.
No dobrze, wybaczcie ten czerstwy humor, ale chyba wciąż jestem jeszcze nakręcony po seansie Baw się dobrze i przeżyj. W kinach ten film zaistniał dokładnie tak, jak można było przewidywać już po obejrzeniu trailera, to znaczy przemknął przez nie jak meteor i przepadł. W zasadzie to skąd wszyscy wiedzieli, że tak się stanie? Czemu po premierze kipiącej energią zapowiedzi wszędzie pisano: „o, wygląda super, ale pewnie będzie klapa”? Co jest nie tak z masowym widzem? A może to coś z Verbinskim? Dobra, nie rozgryzę tego teraz.
Tak czy siak, szybciej niż zdążylibyście powiedzieć „stół z powyłamywanymi nogami”, film wylądował na serwisach streamingowych i w wypożyczalniach VOD. Na dodatek w cenie sugerującej, że nikt specjalnie nie daje wiary w jego powodzenie także na małym ekranie. Jest więc okazja, by nadrobić zaległości. Swoją drogą, to na co dzień nie lubię tej frazy: „nadrabianie zaległości”. Nachalnie sugeruje, że przepadło nam coś wyjątkowego, a przecież najczęściej nadużywana jest w kontekście jakichś generycznych seriali, pochłanianych całymi sezonami w jedną noc. W tym jednak przypadku naprawdę jestem przekonany, że nieobecność większości z nas na seansie Baw się dobrze i przeżyj była poważnym niedopatrzeniem. Na szczęście dającym się naprawić.
Wygląda na to, że Verbiński, po tym jak przeszedł do historii i statystyk kina spektakularną klapą finansową Jeźdźca znikąd (oraz proporcjonalnie do nakładów równe dużą porażką Lekarstwa na życie), już na zawsze skazany jest na małe budżety. Tym samym na projekty mające w obsadzie aktorów dobrych, ale na pewno nie gwiazdy z pierwszej ligi. Sam Rockwell, na co dzień arcymistrz drugiego planu, idealnie wpisuje się w ten schemat. W Baw się dobrze i przeżyj gra (koncertowo, jak zawsze) bezimiennego przybysza z przyszłości, który w lokalnym barze próbuje zwerbować grupę ochotników. Do czego? Do walki, mającej uratować ludzkość. Przed czym? Przed upadkiem wywołanym uzależnieniem od Sztucznej Inteligencji.
Niestety, ochotników początkowo brak (jak zawsze). Klienci baru patrzą na cudaka zawiniętego w folię i kable, skaczącego po stołach i myślą, jak tu zadzwonić po policję. Zrobiliby to, ale dziwny typ twierdzi, że guzik, który ma w ręku, to przycisk detonujący bombę. W końcu zgłasza się jedna kobieta, potem druga, a resztę „drużyny” przybysz dobiera sam. Jak oświadcza, robi to już po raz 117 i wybiera skład, którego jeszcze nie próbował. Ponieważ 116 razy się nie udało, to nie sprawia wrażenia szczególnie przejętego, w przeciwieństwie do pechowców, których uprowadził. Grożąc zdetonowaniem bomby, zagania wybrańców do akcji, na dobry początek zapewniając ich, że najprawdopodobniej i tak wszyscy zginą. Co faktycznie już po chwili spotyka pierwszego z nich.
Dlaczego przybysz trafia wciąż do tego samego baru? Dlaczego potrzebuje akurat tylu pomocników? Nie wnikaj widzu. Nic nie jest tu do końca na poważnie, więc nie ma co silić się na rozważania dotyczące paradoksów podróży w czasie albo takich czy innych decyzji poszczególnych postaci. Verbinski i scenarzysta Matthew Robinson nie bawią się też w stopniowanie napięcia i mozolne zawiązywanie akcji. Wszystkie karty zostają przez nich wyłożone na stół w pierwszych minutach filmu. Albo wskakujemy do tego filmowego pociągu prowadzonego przez szalonego maszynistę, albo zostajemy na peronie. Fabuła, w gruncie rzeczy bardzo prosta, od pierwszych minut wrzuca szósty bieg i gdyby nie sceny retrospekcji, to nie zwalniałaby aż do szalonego finału.
Retrospekcje zaś pozwalają nam złapać oddech i lepiej poznać członków „drużyny”. Jest wśród nich m.in. para nauczycieli ze szkoły średniej – on wiecznie zalękniony, ona wyraźnie nim zniesmaczona. Jest matka chłopaka zabitego w szkolnej strzelaninie, jedna z dwóch ochotniczek. Jest też zdesperowana dziewczyna w przemoczonym stroju księżniczki, uczulona na sieć Wi-Fi, czyli druga ochotniczka. Historie bohaterów przypominają klimatem odcinki Czarnego lustra, ale nie ma co liczyć w nich na powagę znaną z serialu. Teraźniejszość w Baw się dobrze i przeżyj jest absurdalna i podana w sosie z czarnego humoru. Choć z drugiej strony – nie tak bardzo znów odbiegająca od tego, co widzimy wokół siebie. Jest tu miejsce na ostrzeżenie przed uzależnieniem od sociali i wirtualnej rzeczywistości, ale w gruncie rzeczy niezbyt odkrywcze i raczej pretekstowe.
Baw się dobrze i przeżyj ma swoje wady, nie przeczę. Scenariusz ma kilka dziur, które trzeba zalepić kitem dobrej woli. Albo dopisać sobie do nich własne wyjaśnienie, bo film aż się prosi o alternatywne interpretacje. Czy raczej po prostu jedną interpretację – twórcy sami podsuwają wyraźny trop. Końcówka jest z jednej strony przewidywalna, a z drugiej – trudno mi samemu wymyślić jakąkolwiek inną, która nie trąciłaby fałszem. Zresztą, przesadne analizowanie szkodzi w tym przypadku rozrywce. Film jest lekki, zabawowy i nie nadyma się, by udawać coś więcej. Verbinski zrobił go za grosze, ale z sercem i z jajem, a Rockwell dał z siebie wszystko. Reszta obsady też dała radę, z dwiema paniami: zdesperowaną „księżniczką” graną przez Haley Lu Richardson (nie znam, ale wróżę dużą przyszłość), oraz zdeterminowaną matką, graną przez Juno Temple (wyszczekana Keeley z Teda Lasso), na czele.
Chwyt, że przed wielkim wyzwaniem postawieni zostają kompletni przeciętniacy, którym jeśli w ogóle coś się udaje, to fuksem, zawsze działa. Zarówno jako element komediowy, jak i sposób na wzbudzenie sympatii i zainteresowania widzów. Wiecie co? Nawet to „ostrzeżenie” dało mi trochę do myślenia i przez moment po obejrzeniu filmu miałem opór przed tym, żeby swoim zwyczajem zagapić się w ekran smartfona. Oczywiście zaraz mi przeszło, niestety. Zresztą, bądźmy poważni – na takie ostrzeżenia przed Sztuczną Inteligencją, jakie serwuje Verbinski i na traktowanie ich serio, jest już dawno za późno. Jedyne, co nam zostało, to przygotować popcorn i mieć bekę z tego, co nieuchronne.
Po seansie myślę sobie, że Verbinski jako reżyser jest nam wszystkim bardzo potrzebny. Filmowa fantastyka i przygoda, która zawsze była naturalnym polem aktywności dla ludzi takich jak on, z bujną wyobraźnią i twórczą odwagą, nie ma się ostatnio dobrze. Wielkie i bezpieczne finansowo produkcje filmowe nigdy nie były solą tego gatunku. Większość z tego, co dzisiaj uchodzi za kultowe, to były właśnie takie małe i średnie filmy „z serduchem”, dokładnie takie jak Baw się dobrze i przeżyj. Jeśli więc coś takiego nam się „od święta” trafia, to trzeba to wspierać – klikać, wypożyczać, oglądać i komentować. Ja swoje właśnie zrobiłem. Reszta należy do Was.
* Od dawna szukałem sposobu i okazji, by napisać „drodzy Czytelnicy” i choć raz poczuć się jak redaktor poważnego pisma sprzed lat. Udało się!
Baw się dobrze i przeżyj
-
Ocena Voo - 8/108/10









Grali to chyba nawet pzez moment w kinach, chciałem obejrzeć, ale nie zdążyłem. A potem gdzieś tam migało na streamingach, ale zawsze były „pijniejsze” rzeczy do obejrzenia. To zadziwiające, że Verbinski potrafił jednocześnie rozbić bank Piratami i absolutnie przestrzelić każdym kolejnym filmem. I wszystkie one są na podobnym poziomie, podobnie zrobione, skierowane do tego samego widza. Dziwna sytuacja.
*i czytelniczki?
Hayley Lu Richardson to wschodząca gwiazda, zasłynęła przyzwoitą rolą w Białym Lotosie, też będę obserwował jak jej idzie. Zachęciłeś mnie recenzja do obejrzenia 🙂