Filmy

Nocna zmiana #3 – najciekawsze filmy o zombie ostatnich lat

Tym razem na tapet wziąłem najciekawsze (według mnie) filmy o zombie, jakie widziałem na przestrzeni ostatnich lat. Te lepsze, najmniej oczywiste, które do tematu żywych trupów podchodzą w dość niekonwencjonalny sposób. Takie, które poza głupawym i oczywistym wątkiem przetrwania próbują pokazać coś więcej niż tylko oklepany schemat samotnego bohatera ratującego ludzkość. W tej kategorii zdecydowanie przeważa kino azjatyckie, które zamiast na akcję i widowiskowość kładzie nacisk na nieco inne aspekty. To często kameralne filmy, pozostające blisko głównych bohaterów i skupiające się na przetrwaniu jednostki, samotności czy poczuciu osaczenia.

Wybór filmów jest oczywiście całkowicie subiektywny, a ich kolejność zupełnie przypadkowa. Zdaję sobie sprawę, że część z tych produkcji to zwykłe przeciętniaki, jednak każda z nich miała w sobie coś, dzięki czemu zapadła mi w pamięć. Lista oczywiście nie jest kompletna i nie znalazło się na niej wszystko, co warto byłoby wymienić. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, żeby kiedyś przygotować jej drugą część.

Smutek/The Sadness

2021 | Tajwan | Akcja/Horror | IMDb RATING: 6.5/10
Czas trwania:

Po roku walki z pandemią o stosunkowo łagodnych objawach sfrustrowany naród w końcu przestaje zachowywać czujność. Wtedy właśnie wirus ulega spontanicznej mutacji, powodując pojawienie się plagi zmieniającej ludzki umysł. Na ulicach wybuchają akty przemocy i deprawacji, a zarażeni ludzie popadają w szał zabijania, popełniając najokrutniejsze i najstraszliwsze zbrodnie. Morderstwa, tortury, gwałty i okaleczenia to dopiero początek. Era cywilizacji dobiegła końca. Pozostał tylko Smutek.

Widziałem naprawdę wiele azjatyckich horrorów i uważam, że to właśnie one są gatunkowo najlepsze. Często powstają przy skromnych budżetach i z oszczędnym wykorzystaniem efektów specjalnych, ale zdecydowanie nadrabiają tym, co najważniejsze – atmosferą. The Sadness to kolejny wyśmienity azjatycki horror. Może i znów mamy tu oklepany temat, przemielony już pierdyliard razy, a podobne motywy fabularne widzieliśmy choćby w nieco starszym Train to Busan (2016), jednak film udowadnia, że w tej konwencji nadal da się opowiedzieć coś świeżego. The Sadness stawia na intensywność. Nie bawi się w półśrodki. Jest brutalny, momentami przerażający i surowy. Stawia na emocje, starając się być jak najbliżej pary głównych bohaterów i ukazując ich próby odnalezienia się w świecie, który nagle oszalał. Mocne kino, które nie boi się przekraczać granic.

Zombie express/Train to Busan

2016 | Korea Południowa | Akcja/Horror | IMDb RATING: 7.6/10
Czas trwania: 1g 58m

Seok Woo jest przepracowanym menedżerem w dużej seulskiej korporacji. Odeszła od niego żona, a z córeczką ma chłodne relacje. W dniu urodzin dziewczynki wybiera się z nią do mieszkającej w Pusan matki. Wsiadają do szybkiego pociągu KTX i ruszają w drogę. Tymczasem w kraju wybucha epidemia zombie. Koreę Południową ogarnia chaos, a kolejne ofiary dołączają do hord żywych trupów. Zarażeni trafiają także do pociągu. Podróż momentalnie zamienia się w koszmar i dramatyczną walkę o przetrwanie.

Zombie Express, jak przystało na kino azjatyckie, nie jest jedynie filmem dostarczającym dobrej rozrywki. Skrywa w sobie znacznie głębszy przekaz – krytykę władzy, nierówności społecznych oraz opowieść o poświęceniu i odpowiedzialności w obliczu śmierci.

#Alive

2020 | Korea Południowa | Horror | IMDb RATING: 6.3/10
Czas trwania: 1g 38m

Mam wrażenie, że Koreańczycy się w tańcu nie patyczkują i nie mają żadnych skrupułów przed ukazywaniem życia takim, jakie jest. Tak jest chociażby w #Alive, w którym obserwujemy losy „typowego gracza-przegrywa”, rozpoczynającego dzień od włączenia komputera i partyjki w Battlefielda czy Counter-Strike’a. Oh Joon-woo jest właśnie takim typowym nerdem, który zaczyna dzień w ten sposób, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co dzieje się wokół niego. Uświadamiają go dopiero znajomi, z którymi miał rozegrać kolejną partię w sieci (góra osiem osób). Włącza więc telewizor i przeciera oczy ze zdumienia – wybuchła jakaś dziwna epidemia, ludzie dosłownie oszaleli, a świat, który znał, właśnie przestał istnieć.

Siedzi więc uwięziony w swoim mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty i zastanawia się, co zrobić ze swoim życiem. Zapasy żywności szybko się kończą, a on jest typowym bojaźliwym nastolatkiem, który nie ma odwagi ruszyć na poszukiwanie jedzenia, bo cała sytuacja ewidentnie go przerosła. Niespodziewanie pojawia się jednak wybawienie – dziewczyna mieszkająca w bloku naprzeciwko.

Podczas seansu możemy obserwować początkowo nieśmiałe próby nawiązania kontaktu, które nieco przypominały mi netflixowy Wąwóz – sam pomysł jest zresztą dość podobny. Później bohaterowie łączą siły i próbują wspólnie wydostać się w bezpieczniejsze rejony miasta. Brak tu oczywiście typowego dla kina amerykańskiego wątku romantycznego, który nawet do takich historii często wciskany jest na siłę. I całe szczęście, bo ile można?

#Alive może i wypada słabiej niż Train to Busan, ale to nadal solidny kawałek kina o zombie i warto dać mu szansę.

100 rzeczy do zrobienia zanim zostanę zombie/Zom 100: Bucket List of the Dead

2023 | Japonia | Horror/Komedia | IMDb RATING: 5.5/10
Czas trwania: 2h 08m

Ależ tu był potencjał. Zwłaszcza że film już od pierwszych minut robi sobie jaja z japońskiej kultury nieustannego zapieprzu. Nie dość więc, że mamy zombie, to jeszcze całkiem błyskotliwy wątek komediowy, wyśmiewający realia typowego korpo. Z drugiej strony to Netflix, więc – jak wiadomo – bywa różnie.

Akira jest typowym chłopakiem, któremu wydawało się, że złapał Pana Boga za nogi. Zdobył swoją pierwszą pracę, która miała być spełnieniem marzeń. Już pierwszy dzień w nowym miejscu okazał się jednak nie lada wyzwaniem. Bardzo szybko wyszło na jaw, że trafił do typowego januszeksu, tyle że w japońskim wydaniu – wyznającego kulturę zapieprzu, nadgodzin i bezwzględnego wyzysku. Kiedy więc nadchodzi apokalipsa zombie, chłopak zamiast panikować jest… przeszczęśliwy. Oznacza to przecież jedno – koniec chodzenia do znienawidzonej pracy.

Akira zabiera więc swojego najlepszego przyjaciela, tworzy listę rzeczy do zrobienia, zanim sam zostanie zombie, i wspólnie wyruszają na wyprawę życia. Dosłownie. Po drodze dołącza do nich jeszcze dziewczyna, ale typowego wątku miłosnego również tutaj nie uświadczymy. Nie ma też heroicznej ucieczki ani poszukiwania ostatniego bezpiecznego miejsca na ziemi. Bohaterowie po prostu postanawiają wykorzystać końcówkę świata najlepiej, jak potrafią, odhaczając kolejne punkty ze swojej listy. A znajdują się na niej takie „epickie” rzeczy jak picie wódki ze stewardessą, surfowanie czy podróżowanie kamperem.

Najgorsze jest jednak to, że potencjał tej historii został kompletnie pogrzebany przez momentami wręcz drewnianą grę aktorską, wymuszone żarty, przerażająco słabe CGI, od którego chwilami bolą oczy, oraz coraz bardziej widoczne scenariuszowe mielizny i irracjonalne zachowania bohaterów. Szkoda, bo początek naprawdę zapowiadał się świetnie – z humorem, pazurem i odpowiednim dystansem. Niestety, później zrobiło się przewidywalnie, mało śmiesznie, a momentami wręcz żenująco.

Zdecydowanie lepszym wyborem będzie obejrzenie anime, na podstawie którego powstał serial.

Wysyp żywych trupów/Shaun of the Dead

2004 | UK/Francja | Horror/Komedia | IMDb RATING: 7.8/10
Czas trwania: 1g 39m

Ponoć jeden z ulubionych filmów Quentina Tarantino, ale także jeden z moich ulubionych filmów o zombie, do którego w miarę regularnie staram się wracać. Pełen specyficznego humoru i absurdu typowego dla brytyjskich filmów kręconych z przymrużeniem oka.

Shaun (Simon Pegg) jest życiowym nieudacznikiem. Prowadzi dość olewczy tryb życia. Ma wylane na pracę, swoją dziewczynę, na której ponoć mu zależy, i generalnie na wszystko. Wolny czas spędza w pubie ze znajomymi, przesiadując przy kuflu zimnego piwa i zagryzając orzeszkami. Taki styl życia coraz bardziej zaczyna przeszkadzać Liz (Kate Ashfield), dziewczynie Shauna, w której w końcu coś pęka. Postanawia dać swojemu facetowi ostatnią szansę – albo w końcu się ogarnie i przestanie być wiecznym dzieckiem, albo ich związek dobiegnie końca. Niestety, jak na złość, w uporządkowaniu własnego życia Shaunowi przeszkadza wybuch dziwnej epidemii przemieniającej ludzi w bezmyślne, chodzące trupy.

Wysyp żywych trupów pokazuje zombie w krzywym zwierciadle – lekko, z humorem i szczyptą absurdu. Nie jest to jednak zwykła komedyjka. To satyra punktująca nasze codzienne przyzwyczajenia i stereotypy. Widz najpierw śmieje się z bohaterów i sytuacji, by chwilę później złapać się na tym, że sam nieraz zachowywał się podobnie. Mimo to nie ma tu miejsca na przesadny pesymizm. Jest za dużo żartów – zarówno sytuacyjnych, jak i błyskotliwych dialogów – które potrafią rozbawić do łez. To również udany pastisz klasycznych filmów o zombie, subtelnie drwiący z ich konwencji.

W swojej recenzji Dael pisał o filmie tak:

Oglądając „Shaun of the Dead” (naprawdę nie lubię polskiego tytułu „Wysyp Żywych Trupów”) mamy wrażenie, że „reżyserowi się chciało”, że każda scena miała sens, a każde drgnięcie kamery było zaplanowane na miesiące przed rozpoczęciem zdjęć. Film odkrywa przed nami zabawne drobiazgi nawet podczas trzeciego albo czwartego seansu i mimo 14 lat na karku nie stracił nic ze swojej świeżości. Ba – obok kręconych współcześnie komedii wygląda jak wyprzedzająca nas o pół wieku kinematograficzna awangarda.

Z czym jestem w stanie się zgodzić w całej rozciągłości, zachęcając przy tym do przeczytania całej recenzji.

Ładunek/Cargo

2017 | Australia | Horror/Sci-Fi | IMDb RATING: 6.3/10
Czas trwania: 1g 45m

Nie byłem w stanie zmęczyć tego filmu za jednym podejściem. Potrzebowałem co najmniej trzech prób, żeby obejrzeć go do końca. Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, co było tego powodem. Powolne tempo? Mało interesująca fabuła? Nieangażująca historia? Średnio interesujący bohaterowie? Zapewne wszystko po trochu. Pomysł był ciekawy, ale realizacja wyszła już znacznie gor

W postapokaliptycznej, nieokreślonej przyszłości wirus zombie objął prawie cały kraj. Nieliczni ocaleni błąkają się po Australii w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia. Andy (Martin Freeman) wraz z żoną Kay (Susie Porter) i maleńką córeczką żyją na łodzi, którą przemierzają jedną z australijskich rzek. Skromne zapasy zaczynają się kurczyć, więc – chcąc nie chcąc – muszą liczyć się z koniecznością wyjścia na brzeg w poszukiwaniu lekarstw i jedzenia. Pewnego dnia trafiają na porzucony, zdawałoby się opuszczony jacht. Podejmują decyzję o jego przeszukaniu. Jak można się domyślić, okaże się ona wyjątkowo niefortunna, a w jej następstwie Andy stanie przed nie lada wyzwaniem. Będzie musiał opuścić względnie bezpieczną łódź i wraz ze swoim kaszojadem na plecach wyruszyć na poszukiwanie schronienia.

Historia filmu zaczęła się ponoć od dobrze przyjętego krótkometrażowego filmu Bena Howlinga i Yolandy Ramke, który dzięki Netfliksowi doczekał się rozwinięcia do pełnego metrażu. To, co sprawdziło się w krótkiej formie, nie musiało jednak zadziałać w dłuższym filmie. Efekt jest taki, że Cargo nie ma za grosz ładunku emocjonalnego. To typowe kino drogi z zombie w tle, które – w przeciwieństwie do napotykanych po drodze ludzi – nie stanowią prawdziwego zagrożenia. Pod otoczką i obietnicą przemycenia czegoś ambitniejszego nie kryje się nic odkrywczego. Ładunek okazał się filmem płytkim, wręcz banalnym i niezwykle nudnym. Owszem, ładnie wygląda, ale to trochę za mało.

W dostępnej na naszych łamach recenzji SithFrog również nie szczędził gorzkich słów pod adresem filmu:

„Ładunek” z 2017 roku jest niestety filmem przeciętnym do bólu. Pełnym nielogiczności, sztucznego przeciągania historii, braku konsekwencji. A co najgorsze, jest horrorem (thrillerem?), który nie straszy i nie buduje żadnego napięcia. Ani przez chwilę, w ani jednej scenie. To w zasadzie grzech śmiertelny w tym gatunku. Plus jest taki, że seans jest na wyciągnięcie ręki dla mających wykupiony abonament na Netflixie, bo tam właśnie obraz jest dostępny. W ostateczności można obejrzeć z nudów, albo jeśli macie znajomych, którzy nie lubią horrorów (pozdrowienia dla pana R. ;). Wy się do reszty nie wynudzicie, bo w kupie raźniej, a co wrażliwsi towarzysze/towarzyszki mogą obejrzeć bez ryzyka zawałowego. Jeśli natomiast nie macie Netflixa (albo znajomych), polecam krótki metraż z 2013 na youtube. Oszczędzicie sobie sporo czasu.

28 Lat Później/28 Years Later

2025 | UK/USA | Horror/Sci-fi/Survival | IMDb RATING: 6.6/10
Czas trwania: 1g 55m

Gdzieś mignęła mi informacja, że 28 Lat Później to jeden z najlepszych horrorów ostatnich lat (a może chodziło o drugą część?). No i jak jest? Średnio. Dosłownie. Wszystkie opinie mówiące o tym, że to najlepszy horror ubiegłego roku, są zdecydowanie przesadzone. Za to niewątpliwie jest to jeden z najdziwniejszych filmów ostatnich lat.

Danny Boyle (Trainspotting, 28 dni później, Slumdog. Milioner z ulicy) po ponad dwudziestu latach postanowił nakręcić kolejną odsłonę cyklu, kontynuując historię zapoczątkowaną w 28 dniach później. Groźny wirus doprowadził do odizolowania części Wielkiej Brytanii od reszty świata. Na jednej z wysp pozostali zarówno zarażeni, jak i niewielka społeczność ludzi, którzy nauczyli się funkcjonować w ich sąsiedztwie.

Spike ma zaledwie 12 lat (o dwa za mało), kiedy jego ojciec postanawia zabrać go na inicjujące polowanie na zombie, twierdząc, że chłopak jest już wystarczająco dorosły, by sobie poradzić. Spike bardziej niż samą inicjacją przejmuje się jednak losem swojej matki, cierpiącej na tajemniczą chorobę, wobec której wszyscy pozostają bezradni. Nasłuchawszy się opowieści dziadka o tajemniczym, szalonym doktorze żyjącym samotnie gdzieś w głębi wyspy, postanawia wyruszyć na poszukiwanie lekarstwa.

Mam wrażenie, że 28 Lat Później jest swego rodzaju eksperymentem pod względem operowania kamerą i montażu. Niektóre ujęcia, zwłaszcza sceny walki, zostały zrealizowane w sposób szalony i przewrotny, zapewniając wrażenia wizualne, jakich do tej pory w kinie raczej nie oglądaliśmy. Z jednej strony nowatorskie, momentami przypominające tiktokowe trendy, z drugiej – chaotyczne, rwane i bardzo dynamicznie montowane. Zapewniają niezwykłe wrażenia wizualne, ale jednocześnie sprawiają, że ten kolaż obrazów bywa momentami zwyczajnie męczący.

Film ma kilka świetnych momentów i nie można mu odmówić tego, że stanowi prawdziwą ucztę dla oczu. Szerokie kadry plenerów robią fenomenalne wrażenie i potęgują atmosferę odosobnienia. Z kolei klimatyczne opuszczone lokacje, zwłaszcza wnętrza filmowane z bliska, kiedy kamera niemal przylega do aktorów – jak w kapitalnej scenie w pociągu – budują napięcie i potęgują poczucie zagrożenia. Z drugiej jednak strony mam z tym filmem pewien problem. Momentami wydaje się wizualnie niespójny. Niektóre sceny są wyraźnie bardziej nasycone kolorami od innych, a czasem wręcz przesycone.

Ciężko mi też wybaczyć wszystkie scenariuszowe mielizny, dziwne rozwiązania fabularne, irracjonalne zachowania bohaterów, specyficzny sposób realizacji i przede wszystkim końcówkę, która jest tak groteskowa i szalona, że sprawia wrażenie wyrwanej z zupełnie innego filmu – niemal jak w Substancji. 28 Lat Później ponoć sporo zyskuje po obejrzeniu kontynuacji – 28 lat później: Świątynia kości, która podobno jest zdecydowanie lepsza i bardziej spójna. Ta jednak wciąż jeszcze przede mną.

Dead Snow

2009 | Norwegia | horror/czarna komedia | IMDb RATING: 6.3/10
Czas trwania: 1g 31m

Dead Snow to coś z pogranicza humoru i grozy. Jeden z moich ulubionych „horrorów o zombie”, który metody eliminacji żywych trupów potrafił wynieść do rangi sztuki (jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało). Film jest absurdalny, przesycony specyficznym humorem, często balansujący na granicy przeszarżowania, ale nigdy nie popadający w żenadę. Epatuje dość rubasznym i niewyszukanym humorem, który akurat w tym przypadku sprawdza się znakomicie. Całość spina świetny, momentami bardzo dynamiczny montaż oraz niezła gra aktorska, która – jak na kino klasy B – stoi na całkiem przyzwoitym poziomie.

Dead Snow to typowy pastisz filmów o zombie, dlatego znajdziemy tutaj praktycznie wszystkie typowe dla tego rodzaju kina cliché. Samotny domek pośród gór. Grupa znajomych świętujących zakończenie studiów. Pradawne zło. Kiedy studenci przez przypadek budzą spoczywającą do tej pory pod lodem brygadę SS, jej członkowie postanawiają przyłączyć się do zabawy. Od tej pory zaczyna się radosna rzeź, przerywana jedynie czyimiś błaganiami o litość i rozpaczliwymi próbami ucieczki.

Pięć lat później otrzymaliśmy sequel nakręcony zgodnie z zasadą: więcej, mocniej, lepiej. Dwie z tych rzeczy udało się zrealizować. Armia zombie była zdecydowanie liczniejsza, a pomysły na dekapitacje jeszcze bardziej absurdalne. Do tego zombie-naziści dostali czołg.

Maggie

2015 | Szwajcaria/USA | horror/dramat | IMDb RATING: 5.6/10
Czas trwania: 1g 35m

Na koniec zostawiłem coś zupełnie innego. Film, z którego obejrzeniem zwlekałem jakieś dziesięć lat. Spodziewałem się mniej więcej, jaki ładunek emocjonalny będzie w nim zawarty, i potrzebowałem odpowiedniego momentu na seans. Zawsze jednak brakowało właściwej chwili i zapewne, gdybym nie przygotowywał tego zestawienia, jeszcze długo leżałby na mojej liście filmów do obejrzenia.

Maggie to film specyficzny. Zupełnie różny od tego, do czego przyzwyczaiło nas kino o zombie. Tak naprawdę jest to dramat, i to zrealizowany na całkiem wysokim poziomie. Mam wręcz wrażenie, że jego jedyną „wadą” dla wielu widzów okazało się to, iż zagrał w nim Arnold Schwarzenegger. To właśnie stąd, moim zdaniem, wzięła się większość niskich ocen. Przejrzałem sporo negatywnych recenzji na IMDb, których autorzy narzekali, że liczyli na coś bardziej dynamicznego. Serio. Wielu z nich wystawiło niskie noty wyłącznie dlatego, że spodziewali się zupełnie innego filmu. Oczekiwali kolejnego durnego akcyjniaka, a dostali dramat. W dodatku rodzinny, dość trudny w odbiorze i z bardzo przygnębiającym finałem.

To nie do końca jest film o zombie. W zasadzie motyw żywych trupów pozostaje tutaj marginalny i ledwie zauważalny. Śmiertelny wirus mógłby mieć równie dobrze zupełnie inne podłoże – tak naprawdę nie ma to większego znaczenia. To film o przemijaniu i życiu z wyrokiem śmierci. Maggie zostaje zarażona wirusem (w dość niejasnych okolicznościach), wobec którego współczesna medycyna pozostaje bezradna. Pozostały jej zaledwie trzy miesiące życia, a jedyne, co może zrobić, to oswoić się z myślą o nieuchronnej śmierci. Film próbuje odpowiedzieć na pytanie, jak wygląda życie człowieka postawionego w sytuacji bez wyjścia.

Świetne role stworzyli zarówno Abigail Breslin jako Maggie, jak i Arnold Schwarzenegger jako jej opiekuńczy ojciec, który zrobiłby dla córki wszystko, gdyby tylko mógł.

Nie tak dawno popełniłem dłuższy tekst poświęcony temu filmowi, ale nie będę cytował samego siebie, żeby nie robić masła maślanego. Zachęcam do lektury.

Bonus

Kingdom

2019-2020 | Korea Południowa | IMDb RATING: 8.3/10

Co prawda nie film, a serial, ale za to jaki. Jeden z najlepszych tytułów o zombie, jakie widziałem. Niestety zarówno opis, jak i trailery czy pierwsze odcinki niespecjalnie zachęcały do oglądania. Akcja rozgrywa się w feudalnej Korei XIV wieku, gdzie wybucha tajemnicza epidemia. Młody książę Chang (Ju Ji-hoon), prawowity następca tronu, zostaje bezpodstawnie oskarżony o zabicie własnego ojca i zdradę królestwa. Musi uciekać, aby ratować życie, mając przeciwko sobie potężnego kanclerza, fałszywą królową i całą armię dworskich szpiegów. Jednocześnie staje przed koniecznością zmierzenia się z tajemniczą epidemią pogrążającą kraj oraz plagą głodu. Wraz z garstką lojalnych sojuszników podejmuje walkę zarówno z zarażonymi, jak i zdrajcami, którzy podstępem przejęli władzę.

Fabuła trochę przypomina klasyczne cRPG i leitmotiv większości z nich: „Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę”. Młody książę, zanim ruszy odbijać tron z rąk uzurpatorów, najpierw wyrusza na tułaczkę po kraju, wykonując kolejne „side questy” i zdobywając sojuszników, aby zebrać armię, z którą będzie mógł zawalczyć o swoje dziedzictwo. Plan zaczyna się jednak sypać, gdy kraj ogarnia tajemnicza epidemia zamieniająca ludzi w krwiożercze bestie.

Serial ponoć częściowo opiera się na faktach historycznych, które miesza z horrorem o zombie. Jest brutalnie, krew leje się strumieniami, ale na szczęście zamiast prymitywnych jumpscare’ów twórcy postawili na budowanie kapitalnej atmosfery. Mało tu komputerowych efektów specjalnych. Wrażenie robią świetnie nakręcone sceny, ogromna liczba statystów oraz przede wszystkim fenomenalne kostiumy. Nie brakuje również widowiskowych walk na miecze, których choreografia jest przemyślana i efektowna. Oczywiście trzeba przymknąć oko na kilka bzdurek, takich jak niemal nieśmiertelni bohaterowie, którym niestraszny jest grad strzał czy armia szarżujących zombie. Momentami serial wyraźnie przesadza z liczbą trupów pozostawianych przez Changa. Mimo wszystko warto mu to wybaczyć, bo to naprawdę świetnie oglądające się, epickie widowisko.


I to by było na razie tyle, jeśli chodzi o filmy o zombie, które obejrzałem na przestrzeni ostatnich lat. Co wcale nie oznacza, że to koniec. Filmów o tej tematyce powstała cała masa. Wspomniane tytuły stanowią jedynie część z tych, które miałem okazję obejrzeć. Nic nie stoi na przeszkodzie, by za jakiś czas przygotować drugą część zestawienia najciekawszych filmów o zombie.

To mi się podoba 8
To mi się nie podoba 0

kr4wi3c

Niepoprawny marzyciel, słuchający na codzień dziwnie nie wpadającej w ucho muzyki z gatunku tych ostrzejszych, grający z reguły we wszelkiego rodzaju FPS'y podszyte lekko warstwą cRPG ale nie pogardzający też cRPG pełną gębą oraz raz na jakiś czas jakąś przygodówką z rodzaju tych starszych. Kiedyś NaPograniczu, obecnie FGSK


Jeśli chcesz docenić to, co robię bądź chciałbyś mnie w jakiś sposób wesprzeć, możesz postawić mi kawę.


Postaw mi kawę na buycoffee.to

Polecamy także

Komentarzy: 2

    1. Specjalnie 😉 Chciałem pokazać te bardziej nieoczywiste filmy podchodzące do tematyki w nieco inny sposób. Nie wyklucza to oczywiście przygotowania kolejnej takiej polecajki z klasykami 🙂

      To mi się podoba 1
      To mi się nie podoba 0

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button