Gwiezdne Wojny: Wojny klonów (2008-2020)

Obejrzałem Wojny klonów. Całe, od początku do końca. Miałem momenty zwątpienia i znudzenia formułą, bywało, że oglądałem kolejne odcinki z rozpędu. Kiedy jednak serial wskakiwał na najwyższe obroty, to nie było zmiłuj – zaliczyłem kilka nocnych maratonów ku uciesze szanownej małżonki i bawiłem się przy Gwiezdnych wojnach najlepiej od czasu Powrotu jedi. Efektem tego maratonu jest poniższy tekst, pełen spoilerów. Jeśli więc dopiero przymierzacie się do obejrzenia i koniecznie musicie być zaskakiwani, czujcie się ostrzeżeni. Zamiast tracić czas na czytanie, zacznijcie oglądać.

O pełnometrażowym pilocie tej animowanej serii pisał już DaeL i, całkiem słusznie, nie był zachwycony. Niezbyt ładna kreska, fabuła na poziomie prequeli i postacie, których nikt tak naprawdę nie polubił. Żaden z bohaterów epizodów I-III nie zbliżył się nawet swoim statusem wśród widzów do Luke’a, Hana, czy Vadera. Owszem, Kenobi w wykonaniu Ewana McGregora był w porządku, a Darth Maul wyglądał kozacko (i tyle), lecz wszyscy pozostali byli, minęli i został po nich ledwie blady ślad. Początkowo decyzja o stworzeniu długiej animowanej serii opowiadającej o wojnach klonów, czyli będącej bezpośrednią kontynuacją tragicznego Ataku klonów, wydawała się tak samo głupia, jak wszystko, co powstało po Powrocie jedi. Lucasowi nie udało się w latach 90tych na długo wskrzesić ducha Gwiezdnych wojen i nikt prequeli nie pokochał, dlaczego więc miałby pokochać animowany serial dla dzieci, dziejący się w tych samych czasach? Pierwszy sezon zdaje się zresztą całkowicie potwierdzać takie przypuszczenia. Nic dziwnego. Kinowy pilot był po prostu jednym z kilkuodcinkowych “story arców”, na jakie podzielono dużą część Wojen klonów. Przynajmniej w późniejszych sezonach. W pierwszym mamy raczej do czynienia z pojedynczymi, niepowiązanymi ze sobą historyjkami. Dopiero pod koniec pojawiają się fabuły podzielone na dwie części.

Ten pierwszy sezon mógłby w zasadzie nie istnieć. Poza kilkoma odcinkami, pokazującymi na przykład początki oddziału Domino, pojawienie się Ventress, Cada Bane’a, czy kosmicznych piratów, którzy dopiero w późniejszych sezonach staną się postaciami z krwi i kości, nie ma w nim nic ciekawego. Jeśli zamierzacie zawziąć się i obejrzeć wszystko, tak jak ja, to spodziewajcie się nudy i infantylnych fabuł. Początek Wojen klonów jest co najwyżej średniej jakości bajeczką dla mało wymagających dzieci, gdzie bohaterowie epizodów I-III latają z planety na planetę i mieczem, blasterem lub sprytem pokonują napotykane trudności. No i poznajemy Ahsokę… Tak naprawdę Dave Filoni stworzył na początku tylko jedną ważną nową postać. Młodą uczennicę Anakina Skywalkera, Ahsokę Tano, przez przyjaciół zwaną pieszczotliwie “Smarkiem”. Gwarantuję, że oglądając serial od deski do deski znienawidzicie początkowo tę bohaterkę. Miała ona stanowić odpowiedź George’a Lucasa na potrzebę pokazania młodej silnej kobiety w Gwiezdnych wojnach i początkowo stanowiła podręcznikowy przykład Mary Sue, albo młodego Anakina w spódnicy. Podobno to Filoni sprzeciwił się w końcu Lucasowi i sprawił, że dzięki raptem kilku odcinkom Ahsoka zamieniła się w najbardziej kultową postać budowanego niejako od nowa uniwersum. Ale nie uprzedzajmy faktów. Na razie jesteśmy jeszcze na etapie wcześniejszym. Twórcy serialu przyjęli słuszne założenie, że nie da się budować bez solidnych fundamentów. Zebrali więc wszystko, co powstało na potrzeby Mrocznego widma i Ataku klonów, a następnie powolutku zaczęli obudowywać to historiami z prawdziwego zdarzenia. Filoni przyjął, że galaktyka ma wystarczająco wielu bohaterów i nie ma sensu tworzyć hordy nowych. Najpierw należy uszczegółowić historie tych, których już znamy. Sezony 1 i 2 można porównać do rozstawiania figur na szachownicy i przygotowania do ataku. Jest tu kilka fajnych i efektownych odcinków, poznajemy trochę lepiej jedi i relacje między nimi, powraca znana ekipa z Padme, Anakinem, Obi-Wanem, C3-PO i R2-D2 na czele, odwiedzamy różne cudaczne planety. Mamy Yodę i Mace’a Windu, a także Hrabiego Dooku i Generała Grievousa. Co ciekawe, przygarnięto również Ventress – uczennicę Dooku, która pojawiła się w Wojnach klonów Gendy’ego Tartakowsky’ego. I bardzo dobrze! Nie ma potrzeby wywarzać otwartych drzwi, zwłaszcza że filmy kinowe jedynie ślizgnęły się po powierzchni tego nowego świata. Było z czego budować i o kim opowiadać.

Nawiasem mówiąc zdziwiło mnie, że chociaż te pierwsze animowane Wojny klonów zostały wyjęte z oficjalnego kanonu, to ich duchowy spadkobierca czerpie garściami z tamtej nietuzinkowej produkcji. Przede wszystkim wyglądem postaci, które na starcie serii są niemal identyczne, ale również włączając do świata postać protegowanej hrabiego Dooku – Ventress. Resztę bohaterów wzięto z dwóch pierwszych prequeli. I bardzo dobrze. Nawet jeśli o Ataku klonów mam bardzo niskie mniemanie, to oczekuję jakiejś spójności w kreowaniu świata i konsekwencji twórców. Ekipa Filoniego taką konsekwencją się wykazała. Nie wiem, na ile wynikało to z presji ze strony Lucasa na rozwijanie całego projektu “wojen klonów”, ale autorzy serialu podjęli się karkołomnego zadania ukręcenia bicza z przysłowiowego g*wna, pardon my french. Dlatego też konsekwentnie separatyści używają głupawych droidów, mają śmieszne czołgi, a taktyka walk polega na staniu naprzeciwko siebie i strzelaniu z laserów. Można się zżymać, że to przecież bez sensu i nawet w bajce dla dzieci razi infantylnością, ale późniejsze odcinki pokazują, że w takiej konwencji też można stworzyć coś wartościowego i oryginalnego.

Oto bowiem w drugiej połowie sezonu pojawiają się przemytnicy i łowcy nagród, którzy będą wracać w późniejszych odsłonach oraz innych produkcjach. I są to postacie znakomite, godne oryginalnej trylogii. Myśleliście, że Boba Fett jest najlepszym łowcą nagród? Poczekajcie, aż poznacie Cada Bane’a. Kosmiczny rewolwerowiec jest niczym karaluch, wypełzający spod najmniejszego kamienia, a jego bezwzględność i skuteczność idą w parze z rewelacyjnym wyglądem. Han jest najbardziej uroczym łajdakiem w galaktyce? Poczekajcie aż poznacie Hondo Ohnakę, czyli kosmiczną wersję Jacka Sparrowa, który niejeden raz skrzyżuje ścieżki z różnymi bohaterami, również w czasach Rebelii. Myślicie, że Darth Maul wyglądał fajnie, ale był najbardziej zmarnowaną postacią w historii? No, tu akurat macie rację, więc Dave Filoni udowodni wam, jaki był prawdziwy potencjał tej postaci (do tego wątku na pewno jeszcze wrócimy). Zresztą wspomniana wyżej Ventress to też absolutnie fantastyczny czarny charakter. Początkowo dzika maszyna do zabijania, w przyszłości postać tragiczna i wielowymiarowa, w dodatku szalenie widowiskowa. Ekipa Wojen Klonów najwyraźniej uznała, że skoro jest skrępowana wydarzeniami i konwencją narzuconą przez Lucasa, to będzie nadrabiać postaciami.

Nie minęło zresztą wiele czasu, a zmienił się również ton opowieści. Początkowa kolorowa pstrokacizna i historyjki rodem ze słabych bajek dla dzieci zaczęły ustępować dużo mroczniejszym tematom. Pojawiają się porwania zakładników, strzelanie w plecy, opowieści  o zombi i porywaczach ciał, a to tylko drugi sezon. Od trzeciego zaś zaczyna się jazda bez trzymanki. Nagle trup naprawdę ściele się gęsto, latają odcięte kończyny i głowy, a na każdym kroku widz widzi, jak paskudna jest wojna, tak dla cywilów, jak i dla wojskowych. Dostajemy też pierwsze historie, które będą rzutowały na przyszłe wydarzenia (początek wątku planety Mandalore), czy perełki w rodzaju starwarsowej Godzilli (The Zilo Beast). Oczywiście to wszystko nadal w konwencji animacji, ale już nie dla dzieci, a raczej dla młodzieży i to niekoniecznie młodszej. Znacznie poprawiono też animację, efekty specjalne, wszystkie te bajery dodawane na etapie renderowania scen, a w trakcie 3 sezonu zmieniono również wygląd postaci. Dostali nowe stroje, nowe fryzury, nowe animacje, nowe życie. To było oczywiście konsekwencją tego, że wydarzenia zaczęły zbliżać się do Zemsty Sithów, trzeba więc było przeprowadzić pewną ewolucję i wyszło to bardzo przekonująco. Wspomniany sezon trzeci to również przełom w całym serialu. Po pierwsze na stałe zagościły w nim kilkuodcinkowe historie, dzięki czemu mamy do czynienia w zasadzie z serią około godzinnych filmów, a nie dwudziestominutowymi pojedynczymi epizodami. Po drugie, mniej więcej w połowie sezonu Wojny Klonów wchodzą nareszcie na wysokie obroty. Poznajemy Siostry Nocy, tajemniczą sektę voodoo z planety Dathomir. Tej samej planety, z której pochodził Darth Maul i tej samej sekty, która wyszkoliła Ventress. Co prawda na zakończenie tego wątku przyjdzie nam poczekać aż do końca sezonu numer 4, ale zapewniam, że warto będzie. Tu zaczęły się prawdziwe (chociaż zupełnie nowe!) Gwiezdne wojny. Zresztą za moment pojawia się również trzyodcinkowa najdziwniejsza seria w całym serialu, w czasie której Obi-Wan i Anakin poznają personifikacje mocy, a chwilę potem poznajemy młodego Tarkina. Finał sezonu może nieco rozczarowuje, skupiając się na solowej przygodzie Ahsoki, ale na tym etapie nie wyobrażam sobie, żeby widz nie był zainteresowany, co będzie dalej. Zwłaszcza że dostaliśmy również demonstrację, jak będą wyglądały najlepsze pojedynki na miecze świetlne w całej sadze. Walki z udziałem Ventress, zawsze eleganckiego Dooku, i brutalnego Savage’a są po prostu rewelacyjne. Dynamiczne, ale nie efekciarskie, pełne znakomitych choreografii i efektownych akrobacji. Kroku złoczyńcom oczywiście muszą dotrzymywać jedi, więc Ahsoka dostała swój ikoniczny drugi, krótszy miecz, a Anakin coraz częściej pokazuje swoją brutalniejszą stronę.

Warto przy tym dodać, że żadna z wspomnianych postaci nie stoi w miejscu. W przeciwieństwie do historii Mary Sue Skywalker, Wojny Klonów to opowieść o długiej drodze, jaką przeszli bohaterowie i budowanie tła dla wydarzeń, znanych z Zemsty Sithów. Co ciekawe, chyba jedynym wątkiem, którego Filoni nie rozwinął, nie naprawił, ani w ogóle praktycznie nie ruszał, była… przemiana Anakina. Tak jakby uznano, że w świetle fabuły prequeli nie dało się tego w żaden sposób uratować. Owszem, pokazano kilka znakomitych fragmentów, kiedy Anakin troszczy się o Ahsokę, zaczyna wątpić w mądrość zakonu i jest całkowicie lojalny wobec Obi-Wana. Sam Obi-Wan, chociaż jest raczej postacią drugoplanową (półtoraplanową?), to banalnie prostym zabiegiem, zyskuje zupełnie nowy wymiar. Poznajemy bowiem księżną Satine, z którą łączy go coś więcej niż tylko przyjaźń. I na przykładzie tragicznych losów tej dwójki widzimy doskonale, jaka jest różnica między jedi, poświęcającym wszystko w imię wyższych ideałów, a Anakinem, który się tych ideałów ostatecznie wyrzekł z pobudek osobistych. Niby drobiazg, a jak pięknie pokazuje różnice w charakterach. Wspominałem już o skomplikowanych losach Ventress, szkoda że ostatecznie dokończonych dopiero w jakiejś drugorzędnej książce, ale najważniejsza jest w tej sadze Ahsoka. Kiedy Kathleen Kennedy gadała o konieczności wprowadzenia do Gwiezdnych wojen silnych dziewczyn i że moc jest kobietą, ktoś powinien trzasnąć ją w łeb wielkim transparentem z napisem “Ahsoka”. Stworzona przez Lucasa uczennica Anakina była na początku piątym kołem u wozu i nudną do bólu łobuziarą. Filoni, podobno wbrew zaleceniom Georga kompletnie zmienił tę postać i to w bardzo prosty sposób. Ahsoka najpierw uczy się, że pochopne decyzje na wojnie mogą za sobą pociągnąć ofiary w ludziach (lub kosmitach). W dalszych sezonach to już nie jest arogancki dzieciak, ale coraz mądrzejsza kobieta, bezgranicznie ufająca swojemu mistrzowi i ideałom jedi. I dopiero kiedy ta wiara zostaje poddana prawdziwej próbie w finale 5 sezonu, rodzi się nowa Ahsoka. Ahsoka dostrzegająca nie tylko jasną i ciemną stronę mocy, ale również szarości. Całe te zbolałe miny Anakina z Zemsty Sithów, kiedy martwi się o Padme to pierd w porównaniu do ładunku emocjonalnego, jaki niesie ze sobą zakończenie 5 sezonu i jej krótkie “I know”. To wtedy Anakin się złamał, wtedy upadł rycerz jedi, wtedy została stracona niewinność, zakończyła się bajka, a zaczęło prawdziwe życie, bez jasnych podziałów na dobro i zło. Kiedy Ahsoka wraca w 7 sezonie i klony witają dawną towarzyszkę malując swoje hełmy, nie trzeba żadnych słów, żeby poczuć więź między postaciami. Pożegnanie z Anakinem, kiedy ona wyrusza na Mandalore, a on leci ratować Palpatine’a i kiedy my wiemy, co się wydarzy, a oni jeszcze nie, to są sceny godne naprawdę dużych, “poważnych” filmów, a nie jakiejś tam błahej animacji. Nie wspominając już o fakcie, że technika walki Ahsoki, zwłaszcza w finale serialu, jest po prostu obłędna i ręce same składają się do oklasków na taki widok. To jest po prostu postać kompletna, godna najlepszych filmowych tradycji i sam nie mogę się doczekać serialu o niej. Zwłaszcza w świetle wydarzeń z serialu Rebelianci.

Zagalopowałem się nieco z tymi kolejnymi sezonami, wróćmy więc najpierw do tego z numerem 4. Mamy już nowy wygląd postaci, mamy rozpoczęte znakomite wątki, zwłaszcza z Siostrami Nocy i co dalej? 4 sezon, chociaż nie idealny, jest chyba najmocniejszy ze wszystkich. Począwszy od genialnego arcu na planecie Umbara – polecam obejrzeć na Youtube lądowanie desantu, który wygląda niczym wyjęty z Czasu apokalipsy, przez świetny wątek Obi-Wana fingującego własną śmierć i próbującego dorwać Cada Bane’a, a skończywszy na genialnym domknięciu (chociaż nie do końca) wątku Dathomiru, Sióstr Nocy i… powrocie pewnego dawnego znajomego. Nie jest chyba tajemnicą, że w serialu pojawia się w końcu Darth Maul. Tak wiem, słyszę w tej chwili wasze przewracanie oczami, sam zareagowałem podobnie, bo przecież Obi-Wan przeciął dziada na pół w filmie. No nie da się tego obronić, żeby nie zrobić z widza i z siebie jako scenarzysty idioty. A jednak… Nie pytajcie, jak Maul przeżył, to musiało być w jakiś sposób naciągane. Uwierzcie jednak, że zmartwychwstały Maul i to, co robi i jak się zachowuje, usprawiedliwiają całkowicie sposób jego przywrócenia do żywych. Kto oglądał, ten powinien się zgodzić, reszta musi uwierzyć na słowo. Darth Maul jest najlepszym czarnym charakterem, pół kroku za Vaderem, koniec kropka. I mówię tu zarówno o samym kreowaniu postaci, na czele z genialnym dubbingiem (przynajmniej w oryginale, nie oglądałem po polsku) i motion capture, do którego zaangażowano Raya Parka, grającego Maula w Mrocznym widmie, jak i o historii jego zemsty na jedi, a konkretniej obsesji na punkcie niejakiego Obi-Wana. To naprawdę warto zobaczyć i zdać sobie sprawę, jak łatwo Lucas pozbył się prawdziwego złota ze swojej historii. Śmiem twierdzić, że w świetle całej fabuły to Wojny klonów są tymi prawdziwymi prequelami. To tu mamy prawdziwych bohaterów, prawdziwe emocje i ciekawy świat, a Maul (już nie Darth) jest tego najlepszym przykładem. To również kolejny dowód na to, jak znakomicie potrafi Filoni wykorzystywać potencjał stworzonych przez innych kreacji. Dość powiedzieć, że w późniejszych sezonach scen na poziomie wejścia Luke skywalkera w Mandalorianinie jest co najmniej kilka, a cały 5 sezon, skupiający się w dużej mierze właśnie na postaci rogatego paskudnika to jazda bez trzymanki. Co prawda tradycyjnie już początek serii jest znacznie słabszy od końcówki, ale kiedy już rusza akcja na Mandalore, Sidious postanawia przywołać do porządku swojego dawnego ucznia, a Ahsoka zostaje wplątana w kryminalną historię, która na zawsze odmieni jej losy, to te późniejsze odcinki oglądałem ze szczęką na podłodze i siedząc na krawędzi fotela. Sezon piąty miał być zresztą ostatnim według pierwotnych zamierzeń, stąd też finał związany z Ahsoką musiał wybrzmieć tak mocno. To przepiękne zakończenie pewnego rozdziału, do tego zrealizowane na najwyższym poziomie. Cisza, która kończy ostatni odcinek piątej serii wybrzmiewa głośniej niż milion strzałów z blasterów. Ale to jeszcze nie koniec historii.

Nie wspominałem do tej pory o klonach. Bezimiennych żołnierzach w białych zbrojach, komputerowo wygenerowanych na potrzeby filmów kinowych. Bezdusznych dekoracji, mających nawiązywać do oryginalnych szturmowców, żeby sprzedać jeszcze więcej zabawek. Dave Filoni dokonał rzeczy niebywałej. Nadał osobowość tej zgrai bezimiennych kukiełek. Oczywiście nie wszystkim, ale z anonimowej masy wyłuskał kilku żołnierzy, którym nadał konkretne numery, przydomki, a wreszcie drobne znaki szczególne (np. własnoręcznie robione ozdoby na pancerzach), dzięki czemu na pierwszy rzut oka można rozpoznać Cody’ego, Rexa, Fivesa, Echo, czy wreszcie całą Parszywą Zgraję (Bad Batch). To zadziwiające, jak naturalnie i znakomicie udało się to zrobić. Oddział Domino poznaliśmy już w pierwszym sezonie, ale wtedy pewnie nikomu nie przyszłoby do głowy, że z tej grupki kadetów powstanie prawdziwa kompania braci, a historia tych klonów będzie kontynuowana również w dwóch kolejnych serialach, chociaż wydawałoby się, że w Disneyu nikt już nie pamięta o czymś takim jak wojny klonów. Dzięki tym żołnierzom w służbie republiki pokazano wojnę nieco od kuchni, nawiązując do klasycznych obrazów antywojennych, natomiast prawdziwa ich siła objawiła się dopiero w sezonach 6 i 7, kiedy zbliżaliśmy się nieuchronnie do momentu wykonania Rozkazu 66. To wtedy klony stały się obok Ahsoki i Maula głównymi bohaterami i ostatecznie nabrały trzeciego wymiaru. To kolejny przykład na to, jak sprawnie Filoni buduje na zastanych fundamentach. Dostał glinę i ukształtował ją w coś wartościowego, bo uwierzcie mi, że kiedy zobaczyłem starego Rexa w Rebeliantach, to łezka zakręciła mi się w oku. Pięknie zresztą rozegrano wspomnianą eksterminację jedi. To, co w filmach było ledwie migawką i nic nie znaczącym hasłem, obudowano ciekawą historią, a sposób, w jaki sklonowani bohaterowie reaguję na rozkaz Palpatine’a i co dzieje się dalej, to wręcz materiał na osobny film. Nie czuć przy tym, że ktoś dorobił tę historyjkę na siłę, albo że tłumaczył coś, co nie musiało być tłumaczone. To naturalne rozwinięcie, które pokazało coś więcej niż tylko strzelanie w plecy. No a sam finał, rozgrywający się równolegle z Zemstą Sithów i zamykający wątki Ahsoki i Rexa… to filmowa ambrozja.

No właśnie, dwa ostatnie sezony są dość specyficzne. Pierwotnie, jak wspominałem, zakończono emisję po 5 sezonach z uwagi na sprawy licencyjne i kończącą się umowę z Cartoon Network. 13 kolejnych odcinków, które zdążono w międzyczasie stworzyć, zostało udostępnionych jako materiały bonusowe, najpierw w niemieckiej telewizji, a potem na Netflixie, przechrzczone na Sezon 6. Niestety nie udało się dokończyć pełnej serii, przez co nie poznaliśmy ostatecznych losów Ventress. Trzeba przyznać, że pierwszy i ostatni arc tej serii to znakomite opowieści. W pierwszym nieomal zostaje odkryty plan wykorzystania klonów do wykonania rozkazu 66, w drugim Yoda wyprawia się na poszukiwania sensu istnienia i istoty mocy. Zwłaszcza ta końcówka sezonu, rzucająca nowe światło na “życie” jedi po śmierci, to naprawdę świetny materiał, a Yoda pokazuje w nim, że mądrość jedi nie tkwi w machaniu świetlówką, tylko w głowie. Nie było to zakończenie równie piękne i powalające jak finał 5 serii, ale trzymało poziom. A potem nastało 6 lat milczenia, po którym ni z tego ni z owego, już pod wodzą Myszki Miki, Dave Filoni ogłosił, że zostanie wyprodukowany jeszcze jeden, tym razem już naprawdę ostatni sezon. I że powróci w nim ona – Ahsoka. Trzy czteroodcinkowe historie, jeszcze lepsza, teraz już naprawdę na światowym poziomie grafika i animacje i wreszcie finał finałów, ostateczne starcie. Ale najpierw poznaliśmy Parszywą Zgraję. Oddział zmodyfikowanych genetycznie klonów, który robi rozwałkę niczym ekipa z gry Armed and Dangerous (kto grał, ten wie). O nich pogadamy kiedy indziej, bo przecież dostali swój własny serial i radzą sobie całkiem nieźle na platformie Disney+. Druga historia to powrót Ahsoki i jej przygoda z dwiema siostrami przemytniczkami. Fajna, pełna akcji i humoru fabuła, która z kolei prowadzi do najważniejszego. Ahsoka ponownie spotyka Anakina i Obi-Wana. Te cztery ostatnie odcinki Wojen klonów weszły na poziom, jakiego nie dosięgnęła żadna z kontynuacji, ani żaden z prequeli. Sposób budowania emocji i napięcia między postaciami, najpierw przywitanie Ahsoki przez klony, a potem pożegnanie z Anakinem, który następnym razem będzie już Darthem Vaderem i wreszcie obłędnie zrealizowane starcie z Maulem na Mandalore to Gwiezdne wojny idealne. Naprawdę nie trzeba nic więcej, żadnego wysadzania planet, klonowania Imperatora, holoprojekcji Luke’a i tych wszystkich bzdur powciskanych do disneyowskich filmów. Nie. Tu jest przyjaźń, oddanie, gniew, strach, wszystko w najczystszej postaci. Są bohaterowie, których rzeczywiście się lubi i na których widzowi zależy, bo przez kilka lat budowane były między nimi autentyczne relacje. To wreszcie niesamowity pojedynek na miecze i przepiękne, smutne zakończenie, bo przecież nie mogło być inne. Wszyscy wiemy, co było potem. Domknięcie sagi wojen klonów było wspaniałe i kompletne.

Chwalę i chwalę, więc ktoś być może odniósł wrażenie (o ile w ogóle dotrwał aż do tego miejsca), że Wojny klonów to najlepszy serial na świecie, spieszę z wyjaśnieniem: nie jest. Pomimo wszystkich wymienionych wcześniej zalet i zapewnienia dużej dawki znakomitej rozrywki, należy brać poprawkę, że to ciągle animacja dla młodszego widza, w dodatku bardzo nierówna. Co prawda po pierwszym, bardzo infantylnym i po prostu słabym sezonie, ton stopniowo zmienia się na coraz bardziej mroczny, a tematyka na poważniejszą, jest to serial skierowany głównie do młodzieży. Oczywiście nic nie przeszkadza w tym, żeby wasz wewnętrzny nastolatek bawił się przy nim tak świetnie jak mój, ale należy mieć ten fakt na uwadze. Pomimo sporej dawki brutalności, prawdziwego horroru, czy skomplikowanych intryg tu nie uświadczymy. Druga rzecz, to wspomniane mielizny. Nawet w najlepszych seriach jest sporo nudnego, dziecinnego materiału, na ogół związanego z przygodami Jar-Jara, C3PO, czy Padme. Nie oszukujmy się, mięsem w Gwiezdnych wojnach są jedi i blastery, a nie obrady galaktycznego senatu. Nie ma więc nic nagannego w oglądaniu tego serialu wybiórczo. Wystarczy przejrzeć którąś z dziesiątek list najlepszych odcinków/historii i zacząć je oglądać bez zatrzymywania się na tych mniej ważnych, lub po prostu słabych. W razie czego zawsze można do nich wrócić, bo chronologia w Wojnach klonów nie jest zbyt istotna (poza oczywiście kluczowymi arcami pod koniec).

Pomimo dwóch wspomnianych wyżej mankamentów polecam serdecznie pierwszy animowany serial w świecie Gwiezdnych wojen. Nie sprawi, że spojrzycie inaczej na prequele. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej wkurzycie się na miałkość tamtych filmów. Jednak gdyby nie one, a zwłaszcza tragiczny Atak klonów, nie byłoby Wojen klonów, więc bilans zysków i strat nie jest jednoznaczny. Dajcie mu szansę, bo to serial stworzony z pasją i ze zrozumieniem, w przeciwieństwie do sequeli. Po długiej ewolucji bardzo ładnie zrobiony, genialnie udźwiękowiony i pełen rozmachu. W dodatku to jedna z bardzo niewielu produkcji rozwijających w sposób twórczy pierwotną wizję Lucasa, zamiast odcinać kupony i mnożyć durnoty. No i dopiero po obejrzeniu całości będziecie w stanie wyłapywać kolejne smaczki i nawiązania w innych produkcjach z Filoniwersum gwiezdnowojennego, a jest ich całkiem sporo. Niech sobie Kathleen Kennedy kaleczy kolejne wysokie, niskie i szerokie republiki, ważne, żeby zostawiła Filoniego w spokoju, bo facet wie, co robi. A ja tymczasem wracam do Rebeliantów i Parszywej zgrai.

-->

Kilka komentarzy do "Gwiezdne Wojny: Wojny klonów (2008-2020)"

  • 8 lipca 2021 at 12:35
    Permalink

    Wspaniała recenzja, na którą tak długo czekałem. 🙂 W zasadzie to aż muszę obejrzeć serial jeszcze raz. Poza cudownym sezonem 7, ostatni raz widziałem serial w 2014 🙁 Pamiętam, że te wojaże po galaktyce z Maulem, Hondo czy Ahsoką mnie zachwycały.
    Nie zgadzam się tylko by omijać wątki w Senacie. Może nie były tak dobre, ale ja bym ich nie omijał. W zasadzie polecam oglądać wszystkie odcinki, nawet te słabsze. Ten jeden z Jar Jarem zresztą nie był taki zły. To było chyba oczko puszczone do fanów teorii pt. Jar Jar Sith 😀

    Jestem ciekaw Twojej recenzji Rebels. Mi ten serial bardzo przypadł do gustu. Dałbym mu może 1 oczko mniej niż Klonom, ale to wciąż świetny serial.

    Za Bad Batch kiedyś się zabiorę. Mam nadzieję, że do tego czasu będziemy mogli legalnie włączyć Disneya + w tym kraju?

    Reply
    • 8 lipca 2021 at 12:46
      Permalink

      Z Rebeliantami jestem w trzecim sezonie. Pierwsze dwa, Chociaż też nierówne, bardzo mi się podobały. Zwłaszcza rewelacyjne końcówki serii. Zobaczymy, co będzie dalej.

      Reply
  • 8 lipca 2021 at 12:51
    Permalink

    “Lucasowi nie udało się w latach 90tych na długo wskrzesić ducha Gwiezdnych wojen i nikt prequeli nie pokochał”

    No i tu kolega się myli, bo ja akurat lubię prequele. 😛 Powiedzmy, że w mojej skali zajebistości stoją zaraz za starą trylogią i Rogue One.

    Reply
    • 8 lipca 2021 at 13:34
      Permalink

      Lubić a pokochać to dwie różne rzeczy. Nie powiesz mi że masz na ścianie plakat z Anakinem i Padme. 😉 Ataku klonów szczerze nie znoszę, ale do mrocznego widma lubię od czasu do czasu wrócić. Epizod 3 traktuję w kategoriach niewykorzystanej szansy na coś lepszego.

      Reply
      • 8 lipca 2021 at 16:05
        Permalink

        Nie, nie mam (chociaż z Padme, kto wie?… mógłbym mieć. 😉 ). Rzecz w tym, że ja aż tak nie przepadam za Gwiezdnymi Wojnami, żeby mówić o miłości. Nie powiedziałbym, że kocham nawet starą trylogię, choć jest jednym z moich najwyraźniejszych wspomnień z dzieciństwa. Powiedzmy, że bardzo ją lubię. Trylogię prequeli po prostu lubię. W podobnej zresztą kolejności – epizod 1, 3, 2. 🙂

        Reply
  • 8 lipca 2021 at 13:09
    Permalink

    Przepraszam, że psuję zabawę, ale nie jestem fanem TCW 🙁 Kilka rzeczy Filoni zrobił dobrze, ale z jego wyobrażeniem Wojen Klonów mam taki, że jest pełne absurdów i infantylizmów. Przykładowo tytułowe klony. W zamyśle Lucasa były ludźmi warunkowanymi genetycznie na posłuszeństwo a Jedi rozstrzelali dlatego, że dostali rozkaz i nie potrafili się mu sprzeciwić. Tutaj zrobiono z nich dobrych ziomków, którzy nigdy nie zdradziliby, ale zachipowano ich. Spotkania z dosłownymi personifikacjami Mocy nawet nie komentuję. A Maul, jego powrót i wszystko co robił w tym serialu było jak w fantasy klasy B…

    Reply
  • 8 lipca 2021 at 20:20
    Permalink

    Maul to umar w Mrocznym Widmie. Jego rezurekcja jest dziadoska i otwiera pole do popisu sekłelom.

    Reply
  • 8 lipca 2021 at 21:21
    Permalink

    Nie oglądnąłem wszystkich sezonów, a kilka odcinków pamiętam jak przez mgłę, jak leciały w telewizji nie zawsze miałem czas, ale wprowadzenie znacznej ilości jedi, i sithów oraz kapitalne postaci niektórych klonów oprócz Rexa byli też inni fajni kapitanowie i zwykli szeregowcy, pamiętam tą kampanie na planecie prowadzoną przez Windou (nie pamiętam teraz jak pisze się poprawnie) tą z laserowym mostem, kawał naprawdę fajnego serialu o wojnach w kosmosie. Anakin zdecydowanie lepszy niż w filmach i mój faworyt Kit Fisto – świetny gość. Historie z Manadalore też były świetne. Ogólnie jedna z lepszych rzeczy jakie powstała w świecie gwiezdnych wojen choć odcinków jest cała masa i sporo czasu na to potrzeba, może kiedyś znajdę czas by wrócić i obejrzeć wiele odcinków, których jeszcze nie widziałem.

    Reply
  • 8 lipca 2021 at 22:46
    Permalink

    Wojny klonów zaczęły się defacto od środka, powinni najpierw zrobić parę odcinków z Anakinem jako padawanem Obi Wana. Dooku poszukującym ucznia, ewentualnie z pierwszym pojawieniem się Grievousa.
    Co do samego serialu
    Szkoda mi Grievousa, ucieka, pokonują go jarjary lub padawanka.
    No i zamiast dokończyć wątek Ventres, dorzucają wątek Bad Batch w ostatnim sezonie.

    Reply
    • 8 lipca 2021 at 23:20
      Permalink

      Wątek Ventress był już rozpisany, ale Disney skasował serial zanim zdążono go nakręcić. Miał się znaleźć w 6 sezonie. Zamiast tego powstała powieść pt. Dark Disciple, ale nie wypowiem się na jej temat, nie czytałem. Ponoć bardzo fajna historia na zakończenie świetnego wątku.

      Grievous może i był fajną postacią, ale mnie zupełnie nie przekonał jego wygląd. Dziwny robot kręcący młynki świetlówkami. Widać, że nikt nie miał na niego pomysłu.

      Reply
      • 9 lipca 2021 at 22:35
        Permalink

        Polecam książkę Mrocznego ucznia, jak ktoś polubił Asaj Ventress to warta przeczytania, rozkręca się powoli, ale końcówka mocna. Książka pisana na podstawie niezrealizowanych scenariuszy Clone Wars

        Reply
  • 9 lipca 2021 at 01:03
    Permalink

    Już kilka razy widziałem pozytywne recenzje tej serii, ale jakoś nie mogę się przemóc do oglądania bajek – jeśli nie ma mimiki prawdziwych aktorów to w ogóle mnie to nie angażuje. Ten sam problem mam z japońskimi anime – niby jest tam sporo dobrych scenariuszy, ale są tylko narysowane, a nie zagrane.

    Reply
  • 10 lipca 2021 at 17:11
    Permalink

    Ja bardzo lubię prequele i mogę je oglądać zawsze. Co do wojen klonów moim zdaniem Tartakovsky zrobił lepszą serię od Filoniego i szkoda że takie krótkie. Ale trzeba to powiedzieć, że Filoni zrobił kawał dobrej roboty i stworzył ciekawych postaci oraz historii. Sezon 7 jest za krótki i najsłabszy ze wszystkich.
    Dla mnie rebelianci to słaby serial dla dzieci i pełen naiwności

    Reply
  • 15 lipca 2021 at 21:20
    Permalink

    To znaczy że nie oglądałeś chronologicznie ?? Moim zdaniem tak jest fajniej

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków