Seriale

The Boys sezon 5 odcinki 3-4

Wszędzie w Internecie napotykam opinię, że sezon 5 „The Boys” jest wręcz genialny, być może jest to nawet najlepsza seria tego serialu. Tymczasem ja mam wrażenie, że prawdziwego materiału twórcom starczyło na jeden odcinek, w którym udało im się w godny i ciekawy sposób pożegnać jednego z bohaterów opowieści i zbudować na chwilę niemal kinowy klimat. To tam zapachniało starym dobrym „The Boys”. Niestety, im dalej w las, tym jest coraz gorzej i gorzej. Cały czas kręcimy się w kółko, cały czas mamy te same problemy, cały czas orbitujemy wokół tych samych osób zawierających różne sojusze, na zmianę wybaczających i przypominających sobie zbrodnie przeszłości. To od dawna (końcówka 3 sezonu) nie jest dobry serial, ale odcinki 3 i 4 to katastrofa, nie ma tylu głupot co w czwartym sezonie, ale oceniam te odcinki jeszcze niżej ze względu na to, że obiecywano nam totalną rozwałkę, a tymczasem nie dzieje się absolutnie nic.

The Boys s05e03 – Każdy jeden sukinsyn

Odcinek trzeci rozpoczyna się w Rosji. Służby wchodzą do opuszczonego domu, w którym tymczasowe lokum zrobił sobie nie kto inny jak Ryan – syn Ojczyznosława. Robi rozróbę, pokazuje na co go stać i jakim zimnym mordercą się stał. Oczywiście nie wyjaśniono czemu właściwie nie mógł oszczędzić ostatniego typka, bo wyjaśnienie pod tytułem: „nikt nie może wiedzieć, że tutaj jestem/byłem” kompletnie do mnie nie przemawia, zwłaszcza że dosłownie za chwilę chłopak znów jest w Ameryce. Scena dobra, ale jak zwykle w tym serialu w ostatnim czasie pełna dziur logicznych.

Potem jest jeszcze gorzej. Bo twórcy za wszelką cenę chcą zszokować widza i wcisnąć mu do głowy pseudo-polityczne gówno, twierdząc, że będą fajnie nawiązywać do niby Trumpa, a głupie ludzie będą się podniecać, jak to serial dogonił rzeczywistość. Nic nieznaczący bełkot, ale na masy jak widać działa. Podobnie późniejsza scena, w której Ojczyznosław dosłownie uważa się za nowego Jezusa, co oczywiście znów tak łatwo odnieść do naszej rzeczywistości. Niedobrze mi się robi, gdy patrzę na to, jak płytki zrobił się ten serial, jak hołduje najniższym ludzkim potrzebom, jak udaje, że bez skrupułów uderza w znienawidzonego prezydenta. Oczywiście twórca może sobie tak robić – jego prawo – ale ja mogę oceniać przez to kolejne odcinki jako nienadające się do oglądania.

Scena, w której Soldier Boy wymienia uścisk z Putiem, a my słyszymy komentarz, że ów superbohater pomagał „przyjaciołom z Kremla” zwalczać ukraiński nacjonalizm, jest żałosna i prymitywna, jak tylko się da, i wpisuje się w beznadziejną, a przede wszystkim bardzo płytką, powierzchowną propagandę, która niestety często pada na podatny grunt. Tym stał się ten serial: prostacką tubą propagandową bez większej głębi i bez ambicji.

Potem jest jeszcze gorzej. Twórcy podsuwają Chłopakom i Ojczyznosławowi kolejnego Świętego Graala. Związek V1, który czyni nie tylko superbohaterem ale także nieśmiertelnym, a nade wszystko odpornym na wirusa. I rozpoczynają się fatalne, mało angażujące poszukiwania. Powraca Stan Edgar, który znowu coś wie, czegoś nie wie, ma trochę swoich planów, a trochę działa na rympał, nic odkrywczego, nic świeżego, nic porywającego. Pojawia się syn Translucenta – ten obleśny zoofil z „Genu V„, którego towarzystwo nie wiedzieć czemu wszyscy tolerują. Oczywiście jest więc wątek wyrzutów sumienia, które z jakiego powodu ma Hughie. Na tym etapie twórcy nie potrafią zainteresować mnie już absolutnie żadnym z tych wątków. Inna sprawa, że z rzadka w ogóle próbują. Jest Zoe (córka Vitorii) i Ryan, ale niespecjalnie widać między nimi chemię. Potem Ryan spotyka Butchera i mamy „here we go again”. Kolejny raz to samo. William przekonuje młodego, że mu na nim zależy, by potem stwierdzić, że jednak nie, a potem jednak tak i znowu nie. Sam Ryan ma mętlik w głowie. Ojczyznosław nie pomaga, bo także raz syna kocha, raz jest nim rozczarowany, raz chce go ukarać, raz przeprosić. Typowy, irytujący berek w trzy osoby na niewielkiej przestrzeni, gdzie każdy każdego dotyka po milion razy, bo opcji jest tak niewiele.

Idziemy na całość? Chyba nie, ale powiemy, że tak

Scena, w której Ojczyznosław bije Ryana, mogłaby być dobra i przełomowa, ale twórcy najpierw mówią, że nikt nie jest bezpieczny, że każdy może zginąć, a później okazuje się, że był to tylko chwyt marketingowy. Gdyby Ryan rzeczywiście zginął, twórcy czymś wreszcie by zaszokowali, a tak ta scena nie ma większego sensu, nie zmienia sytuacji nawet o milimetr. Jest całkiem prawdopodobne, że chłopak ojcu wybaczy, a ojciec wybaczy chłopcu i tak dalej i tak dalej.

A skoro o młodych supkach mówimy, to Zoe idzie zabić Butchera, ale odnajduje swojego ojca, którego uważała za zmarłego. Razem odchodzą w siną dal, ale doktor Samir wcześniej niszczy laboratorium, w którym tworzył wirusa i Chłopcy znów zostają z niczym. Nie doszukujcie się sensu, bo go nie ma, jest tylko sztuczne przeciąganie fabuły, na którą pomysł skończył się pod koniec drugiego sezonu. O rozmowie Ojczyzosława z aniołem już nieco napomknąłem. Temat przewodni: superbohater chce ogłosić się bogiem. Przewidywalne i w sumie jedyne racjonalne rozwiązanie. Gość dosłownie może wszystko, nie ma dla niego rzeczy fizycznie niemożliwych, czemu więc nie miałby się ogłosić najważniejszą istotą na ziemi? Jednak nie można tego tak przedstawić, trzeba podświadomie cały czas pokazywać, że Trump też się zaraz ogłosi bogiem, ma takie same kompleksy jak Ojczyznosław, to jest dosłownie on – jeden do jeden ten sam człowiek. Patrzcie: nie widać różnicy. Sroga nadinterpretacja ku uciesze części ograniczonych widzów. Najbardziej prymitywny z możliwych sposób promocji swojego produktu.

Tymczasem Stan Edgar nie ma żadnego pomysłu, jak ochronić się przed atakiem Deepa i Noira, ale Chłopakom jakoś udaje się uciec, bo przecież berek musi trwać. Szkoda, że nie nawiązano do sceny, w której Butcher opluwa Translucenta krwią i w ten sposób wie, gdzie on jest, a następnie go pokonuje. Była szansa na mrugnięcie okiem do widza, ale twórcom już na tym nie zależy. Jedyny plus za wściekłość Starlight, która pod wpływem emocji skręca bez mrugnięcia okiem kark swojemu rywalowi. Jest jeszcze wątek romantyczny między Soldier Boyem i Petardą, który akurat twórcom wyszedł i to na kilku płaszczyznach. Po pierwsze dostaliśmy ciekawy, osobliwy dialog, po drugie Petarda odrobinę zemściła się na Ojczyznosławie, po trzecie Soldier Boy pokazał, jak płytkim jest gościem i jak bardzo chce na każdym kroku wbijać szpilki swojemu synowi. Na koniec odcinka mamy odlatującą Starlight, Chłopaków w punkcie wyjścia, Edgara u Ojczyznosława i Butchera kolejny raz wyciągającego rękę w kierunku Ryana. Tyle musiało się wydarzyć, żeby wszystko pozostało absolutnie niezmienione. Odcinek totalnie do zapomnienia.

Ocena odcinka trzeciego: 4/10

The Boys s05e04 – Król piekła

Myślałem, że po słabym, nic niewnoszącym odcinku trzecim gorzej już być nie może. Tymczasem nadszedł odcinek czwarty i jest gorzej. Zaczynamy od kontynuacji tematu intronizacji Ojczyznosława jako nowego mesjasza i króla całej Ziemi. Petarda nie jest zadowolona, ale ona zrobi wszystko, by utrzymać status, na który – trzeba to uczciwie przyznać – mocno zapracowała. Potem kolejna typowa rozmowa Butcher – Ryan. Nie wierzę w to, jak bardzo nie ma pomysłu na tego dzieciaka, jak bardzo jest elementem niepasującym i przeszkadzającym fabule.

A teraz wyobraźcie sobie jakiś najbardziej sztampowy, najbardziej schematyczny i niepotrzebny wętek, który mógłby się znaleźć w tym superbohaterskim serialu. Czy pomyśleliście o Starlight odwiedzającej ojca, który zostawił ją, gdy była mała? Ojca, który założył nową rodzinę i ma syna wielbiącego Ojczyznosława? To by dopiero była sztampa i straszne nudy, odbiegające od głównego wątku fabularnego. No więc taki wątek rzecz jasna się pojawia i oczywiście jest cholernie nudny, wydumany, przeciągnięty do granic możliwości oraz fatalnie napisany. Aż przypomniał mi się film „X-Men 2” oraz wizyta w domu rodziców Icemana, tyle że to był 2003 rok, a od tego czasu można było zrobić kilka kroków naprzód, przemyśleć pewne kwestie, nauczyć się odkrywać nowe wątki, Iść w oryginalność. Kto by się na przykład spodziewał, że brat Starlight wściekły na nią i nienawidzący jej zadzwoni na policję i na nią doniesie? Noż k… każdy. Dostajemy pewnie łącznie około dwudziestu minut drętwych dialogów, beznadziejnych rodzinnych historii, a na koniec nie ma to najmniejszego wpływu na bohaterkę.

Tymczasem Siostra Sage używa stu procent swojego genialnego mózgu, żeby uknuć intrygę, mającą na celu napuszczenie Soldier Boya na Ojczyznosława. To jak beznadziejna i bezużyteczna jest ta postać, zasługuje na osobny artykuł. Do czego ona jest w ogóle komukolwiek potrzebna? Jednak dzięki jej machinacjom mamy kolejny rozdział tej samej historii. Soldier Boy – Ojczyznosław – Butcher w jednym miejscu. W miejscu zwanym Fortem jakimśtam (Harmony), gdzie niby przetrzymywane jest V1 i gdzie niby grasuje jakaś straszna bestia. I teraz dochodzimy do kolejnej bardzo długiej, bardzo nudnej, koszmarnie zrealizowanej i rozpisanej sekwencji.

Siódme Niebo Nienawiści

Dwie wycieczki – jedna większa (Butcher, MM, Francuz, Hughie i Kimiko) oraz jedna mniejsza (Soldier Boy z synem) – zmierzają w kierunku tajnego wojskowego kompleksu, wokół którego trup dosłownie ściele się gęsto. Poszukiwania nowego Świętego Graala nabierają tempa, czy raczej są groteskową eskapadą na śmiesznie małą skalę. W międzyczasie okazuje się, że bestia z fortu to tak naprawdę zarodniki jakichś roślin wywołujące agresję, na co odporny jest tylko Francuz, bo kiedyś był narkomanem (nie pytajcie). Ekipa zaczyna się kłócić, a Soldier Boy zamyka swojego syna w więzieniu z Uranem, co nie ma żadnego sensu. Od dawna wiadomo, że Soldier Boy jest bronią, która może zniszczyć Ojczyznosława, bo przecież o tym był cały sezon trzeci. Tymczasem ten pseudo Kapitan Ameryka przyznaje się, że nienawidzi syna, że życzy mu śmierci, ale jednak go nie zabija, tylko wymierza dziwny rodzaj kary. O co tu chodzi? Ano nie wiadomo. Trzeba podtrzymać berka jeszcze przez parę odcinków. Twórcy dużo mówili o tym, że nikt nie jest bezpieczny, że dla nikogo nie będą mieli litości, tymczasem są w tym serialu postacie absolutnie nie do ruszenia pod żadnym pozorem.

Soldier Boy ostatecznie przechodzi jakieś załamanie związane z tym, że musi zabić swojego dawnego kompana/przyjaciela/rywala huk właściwie wie kogo. Wstrząsa to nim do tego stopnia, że chce, by syn odebrał mu życie, czego ten oczywiście nie robi. Tymczasem Rzeźnik wpada na pomysł, który miał już w trzecim sezonie.  I tak to się toczy. Ktoś ukradł V1, jakiś dawny kumpel Soldier Boya. Nie wiadomo, po co to zrobił, skoro już ma w sobie ten specyfik, ani dlaczego Chłopaki wpadli na pomysł, że akurat on to zrobił. Ja z początku obstawiałem Ryana, ale pewnie twórcy pójdą w stronę tego „Bombkogoś”, bo tak. Ciężko cokolwiek więcej dodać, bo ten odcinek był jednostajny, powolny, mało zróżnicowany. A na koniec mamy jeszcze absurdalne rozwiązanie wątku Francuz – Kimiko, zapowiadające ich kolejne rozstanie. Poziom tego serialu spadł do poziomu absolutnej żenady. Co chwila patrzyłem, ile jeszcze zostało, odliczałem minuty do końca. Nieprawdopodobnie mi się ten epizod dłużył. Jeden z najgorszych w całej historii „The Boys”. Może gdybyśmy wcześniej już tego wszystkiego nie widzieli, gdyby to nie było tak powtarzalne i przewidywalne, może wtedy spodobałby się minimalnie bardziej. Niestety jest to totalna, nieoglądalna klapa. Nie mam pojęcia, czy warto karmić swoje FOMO i zabierać się za dalsze epizody. Odpowiedź zdaje się być oczywista, ale pewnie i tak się skuszę, a potem znów będę narzekał, jak bardzo rozczarowany jestem.

Ocena odcinka czwartego: 3/10

The Boys sezon 5 odcinki 3-4
  • The Boys s05e03 - Każdy jeden sukinsyn - 4/10
    4/10
  • The Boys s05e04 - Król piekła - 3/10
    3/10
To mi się podoba 2
To mi się nie podoba 0

Polecamy także

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button