Kamera – AKCJA! (część 1)

Wywołani do tablicy przez jednego z naszych stałych czytelników, postanowiliśmy w redakcji zadać sobie pytanie: gdzie się podziali twardziele (i twardzielki) z dawnych lat? Jedni twierdzą, że w ostatnim dwudziestoleciu w kinie akcji nie powiedziano nic nowego, ani tym bardziej ciekawego. Inni, że kino akcji nigdy nie miało się tak dobrze jak teraz. Kto ma rację? Gdyby ten tekst powstał rok temu, w przyjęte ramy czasowe łapałby się pewien film braci, którzy stali się bratem i siostrą, a potem siostrami i temat z głowy. Tymczasem mamy atak (ś)wirusa, część z nas zmuszona jest do przebywania w domu dłużej, niż by chciała, a my wytężyliśmy szare komórki i pamięć w poszukiwaniu najlepszych filmów akcji ostatnich dwóch dekad. Tak na rozruszanie. Czy są lepsze od Zabójczej broni, Terminatora i Matrixa? Pewnie nie, ale nie powinno się obok nich przejść obojętnie. Dziś część pierwsza z propozycjami Crowleya i DaeLa, a w drugiej wypowiedzą się SithFrog i Razorblade. Oczywiście zachęcamy do komentowania naszych wyborów oraz prezentowania własnych. Kino akcji wcale nie umarło.

CROWLEY:

Watchmen, strażnicy

Ostatnie lata to zalew (powódź? potop?) kin filmami o komiksowych superbohaterach. Większość z nich to bezwartościowe kaszanki, kilka sprawnie zrobione akcyjniaki bez większych ambicji ze trzy bardzo dobre filmy i Strażnicy. Zack Snyder na fali sukcesu adaptacji 300 dostał możliwość zekranizowania wybitnego i wspaniałego komiksu Alana Moore’a zanim jeszcze tworzenie takich filmów przejęli całkowicie księgowi z arkuszami Excela. W rezultacie powstał ponad trzygodzinny potwór, powalający rozmachem wizualnym, pełen smaczków, nawiązań i cytatów, a przede wszystkim będący kompletną dekonstrukcją mitu superbohaterskiego. Mało tego. Poprawił wręcz dzieło Moore’a, zmieniając zakończenie na dużo bardziej realistyczne. Film kompletny, według mnie jeden z najlepszych i najważniejszych po 2000 roku.

 

Krucjata Bourne’a

Pierwsza część trylogii o Jasonie Bournie (umówmy się, że kontynuacje nie powstały) była poprawnym filmem sensacyjnym. Część druga w rękach Paula Greengrassa odmieniła kino akcji na zawsze, a z poczciwego Matta Damona zrobiła kogoś na miarę Jamesa Bonda i Ethana Hunta. Zresztą ostatnie filmy o agencie 007 i misji niemożliwej czerpią garściami z Krucjaty Bourne’a. Od jego premiery rozpoczęła się moda na pseudorealistyczne sceny walk i strzelanin (i niestety roztrzęsioną kamerę), gdzie choreografia jest równie ważna co liczba trupów. No i jest TEN pościg ulicami Moskwy. Prawdziwa petarda.

 

Blok 99

Craiga Zahler to nasz redakcyjny ulubieniec, a jego drugie dzieło to coś, czego nie da się łatwo zapomnieć. Brutalna, przerysowana i surowa opowieść o drodze po trupach do celu i urokach amerykańskiego systemu penitencjarnego była chyba najbardziej bezkompromisowym i oryginalnym filmem 2017 roku. Momentami groteskowy, precyzyjnie zrealizowany, niesamowicie brutalny i czerpiący garściami z nurtu exploitation. Niestety kompletnie niezauważony i niedoceniony należycie przez krytyków. Kto nie widział, powinien nadrobić, choćby dla samej rewelacyjnej kreacji Vince’a Vaughna.

 


DAEL:

Mad Max: Na drodze gniewu

OK, na początku postawmy sprawę jasno. Nie mam nic do pana Bane’a, ale w rolę Maksa powinien dalej wcielać się Mel Gibson. Tym bardziej, że film ewidentnie został pod niego napisany. Max w Fury Road sprawia wrażenie starego i zgorzkniałego… Wróć… bardziej zgorzkniałego niż w poprzednich częściach. No, ale jako że Mel Gibson był wówczas personą niezbyt mile widzianą w hollywoodzkich produkcjach, musieliśmy się pogodzić z jego brakiem. A czego tu nie brakowało? Oczywiście geniuszu George’a Millera, który stworzył – obok Road Warriora – najlepszą część cyklu. Postapokaliptyczna pustynia jest coraz większa, a teraz prawdziwym skarbem jest już nie paliwo, ale po prostu woda. I w tych okolicznościach przyrody, Mad Max zostaje schwytany przez bandę obłąkańców.

Akcja jest świetna, cały film to tak naprawdę jedna brawurowo nakręcona scena pościgu przez pustynię. Wyobraźnia George’a Millera nawet na stare lata nie zawodzi, bo takich pomysłów jak on, nie ma w tej branży nikt. Max gra w filmie drugie skrzypce dla Furiosy, na co się niektórzy zżymali… tyle tylko, że to akurat standard. Tak naprawdę tylko pierwszy film z serii skupiał się na opowieści o Szalonym Maksie. W pozostałych Max był postacią drugoplanową, wehikułem dla cudzej historii. Zresztą mniejsza tam o fabułę, Mad Max: Fury Road warto obejrzeć choćby dlatego, że to wizualne arcydzieło. Rzekłem.

 

Kill Bill

Najbardziej niezdyscyplinowany reżyser w historii kina dał nam być może najbardziej ikoniczne sceny akcji w filmach XXI wieku. A spośród wszystkich, największe wrażenie zrobiły na mnie te, które zawarł w dwóch częściach Kill Billa. Chcecie, żebym kłamał i mówił, że tak zafascynowała mnie zemsta Panny Młodej na gangu (i jego liderze), którzy zabili jej męża, a jej samej zagwarantowali lata śpiączki? E, nie będę was oszukiwać. Kill Billa ogląda się w innym celu.

Kill Billa ogląda się po to, żeby zobaczyć jak Tarantino czaruje pracą kamery i jak zaskakuje dialogami. Po to, by obejrzeć dwadzieścia różnych hołdów dla kultowych filmów akcji na minutę i by wysłuchać dialogów o Supermanie i Clarku Kencie. Po to, by zobaczyć co upichcił facet, który – przyznaję – jest bardzo niezdyscyplinowanym reżyserem… ale który kocha i rozumie kino jak mało kto.

 

Dredd

Jak ktoś powie, że to po prostu kalka indonezyjskiego przeboju The Raid, to dostanie pstryczka w ucho. Bo choć filmy łączy bardzo wiele, to z samej racji tego, że powstawały równolegle, możemy wysnuć wniosek, iż to po prostu dwie produkcje czerpiące z podobnego, prostego, acz genialnego pomysłu. Stróż prawa zamknięty w budynku pełnym nikczemników. Tyle, że w Dreddzie ten stróż prawa jest futurystycznym glino-sędzio-katem (w tej roli Karl Urban), ma do pomocy uroczą kandydatkę na sędzie z telepatyczną mózgownicą, a ten cały budynek to naprawdę mega-struktura mieszkalna w postapokaliptycznym Mega-City One.

Ale to detale, bo liczy się tak naprawdę fakt, że za 45 milionów dolarów zrealizowano kapitalne kino akcji, łączące staroszkolny warsztat ze świetnymi pomysłami technicznymi (choćby działanie narkotyku slo-mo, które sprawia, że nawet kompletna rozpierducha nabiera estetyki). Fabuła jest prosta, ale trzyma w napięciu. I tylko szkoda, że mało kto poszedł na film do kina, skutkiem czego nie pojawił się sequel. To prawdziwa niesprawiedliwość!

 

-->

Kilka komentarzy do "Kamera – AKCJA! (część 1)"

  • 3 maja 2020 at 14:58
    Permalink

    Prawdę mówiąc obejrzałem strażników po obejrzeniu drugiego odcinka serialu. A więc dość niedawno, poza scenami czytania komiksu (nie przypadły mi do gustu) film jest perełką. Rorshack – to jest majsterztyk, świetna muzyka w filmie, kapitalne sceny. Poczułem, że nie zmarnowałem czasu, co innego serial, który z odcinka na odcinek stacza się coraz bardziej. Może nie powiedziałbym, że to najlepszy film o superbohaterach, stworzyłbym raczej dla niego oddzielną kategorię.
    A co do Dredda to uważacie, że ten film jest lepszy niż ten z Sylvestrem S. (Stallone)?
    Do Bourna nie mam przekonania, nigdy nie obejrzałem w całości, zawsze jakieś fragmenty, nie ruszało mnie to zbytnio.
    Mad Max – arcydzieło audio-wizualne, mało fabuły, mało ambitne, mało gdy aktorskiej. Szybka akcja, kolorowo (o dziwo mało akcji w nocy i po ciemaku, co ostatnio reżyserzy uwielbiają), dziwię się, że mówię, ale rzeczywiście Mel Gibbson zagrałby tu lepiej o Toma Hardego.

    Reply
    • 3 maja 2020 at 16:55
      Permalink

      Ja tam starego Dredda z Sylwkiem lubię. Może dlatego, że nie znam komiksu, albo może oglądałem tak dawno, że już nie pamiętam co i jak.

      Reply
    • SithFrog
      4 maja 2020 at 10:28
      Permalink

      “mało ambitne, mało gdy aktorskiej. Szybka akcja, kolorowo (o dziwo mało akcji w nocy i po ciemaku, co ostatnio reżyserzy uwielbiają), dziwię się, że mówię, ale rzeczywiście Mel Gibbson zagrałby tu lepiej o Toma Hardego.”

      Nie jesteśmy już kolegami! 😛

      “A co do Dredda to uważacie, że ten film jest lepszy niż ten z Sylvestrem S. (Stallone)?”

      Ciężko to ocenić, bo nowy Dredd moim zdaniem jest bliższy komiksowi. To trochę jak ocenić czy lepszy Batman Nolana czy Burtona. Inna stylistyka, inny “realizm” inne podejście do samego komiksowego pierwowzoru. Inna doza autoironii. Moim zdaniem nowy jest 10x lepszy, ale nie ukrywam, że ten z Sylwkiem to koszmarek i nigdy za nim nie przepadałem.

      Reply
  • 3 maja 2020 at 15:38
    Permalink

    Nie zakwalifikowałbym Mad Maxa, Dredda i Marveli do klasycznie rozumianego kina akcji. To po prostu fantastyka. A spod znaku Bourne’a kojarzę tylko jakiś dość stary film z Richardem Chamberlainem i nie zamierzam tego zmieniać. Jednak Kill Billa uwielbiam. Pewnie dlatego, że datą powstania ledwie się łapie do tego zestawienia. 😉 Moim zdaniem to najlepszy film Tarantino (no, może ex aequo z Pulp Fiction). Jestem pewien, że już nigdy nie zrobi niczego równie błyskotliwego.

    Reply
    • SithFrog
      4 maja 2020 at 10:29
      Permalink

      ” A spod znaku Bourne’a kojarzę tylko jakiś dość stary film z Richardem Chamberlainem i nie zamierzam tego zmieniać. ”

      A ja bym zaryzykował. Pierwsze dwa Bourny z Damonem są świetne.

      Reply
      • 4 maja 2020 at 19:28
        Permalink

        Hmm, być może w swojej klasie to nie są złe filmy. Nie spieram się. Rzecz w tym, że ja w ogóle nie lubię kina akcji, a dokładniej mówiąc jego kryminalno-szpiegowskiego segmentu. Dość mam rzeczywistej przemocy za oknem, żeby patrzeć na nią jeszcze w kinie i telewizji. W filmie lubię szeroko rozumianą fantastykę, historię, dramat obyczajowy, a nawet dobrą komedię. Ale szkoda mi czasu na seans o przygodach kolejnego dzielnego policjanta, agenta CIA czy najemnego wojaka, po którym będę musiał po raz kolejny skonstatować, że ten świat jest jednak do dupy. 🙂

        Reply
  • 3 maja 2020 at 23:33
    Permalink

    Ja jeszcze tak z zapytaniem co można uznać za godne bycia w tej kategorii. To znaczy jakie filmy. Czy na przykład kapitalnie zrobiony film Furia z Melem Gibsonem? Pierwsza Uprowadzona (Teraz pewnie wielu z was się zaśmiało, ale ten film naprawdę mi się podobał), Cała trylogia Batmana z Bala’em też to jest super sprawa. Jeszcze dwa filmy mi się przypomniały: Gangi Nowego Jorku – ale tam naprawdę mocna była tylko otwierająca scena. Drugi to Ostatni Bastion, ale tam znów minimalnie za dużo pompatyczności i amerykanizowania.

    Reply
    • SithFrog
      4 maja 2020 at 10:30
      Permalink

      “Pierwsza Uprowadzona (Teraz pewnie wielu z was się zaśmiało, ale ten film naprawdę mi się podobał)”

      Dlaczego? Świetne kino akcji i dopiero 2 i 3 były beznadziejne. Jedynka spokojnie mogłaby trafić do tego zestawienia.

      Gangi i Bastion to już chyba niespecjalnie pasują do kina akcji.

      Reply
      • 4 maja 2020 at 12:25
        Permalink

        No właśnie wiele jest w Internecie śmiechu z Liama i jego gry w Uprowadzonej. Chodź może to właśnie przez 2 i 3. Trójka jest jeszcze znośna, ale o dwójce chciałbym bardzo zapomnieć.

        Reply
        • SithFrog
          4 maja 2020 at 13:36
          Permalink

          Czy ja wiem, czy jest śmiech. Seria za szybko przeszła w parodię samej siebie. Potem doszły jeszcze kolejne nieoficjalne spin-offy (czyli jeszcze raz to samo, ale trochę inna fabuła) typu Non-Stop, Run all night czy Comuter, ale za pierwszą część szacunek Neeson ma dozgonny. Takie solidne 8-9/10.

          Reply
          • 4 maja 2020 at 16:44
            Permalink

            Filmiki z jakimś meksykańcem, któremu porwali psa, a którego Liam ma uratować, a potem jeszcze ze znikającymi spodniami owego meksykańca. A jeszcze jest serial Uprowadzona, który chyba też nie jest dziełem wybitnym. Trochę się dziwie Bessonowi, ale z drugiej strony ma wiele takich dziwnych kontynuacji choćby 13 dzielnica – wspaniała pierwsza część i dużo słabsza druga. Ciągnięty niepotrzebnie Transporter, który też doczekał się serialu. Nawet Taxi trzeba było robić pięć części. Zrobił Leona Zawodowca – a potem Huberta Zawodowca, z tym samym aktorem.

            Reply
            • SithFrog
              5 maja 2020 at 15:42
              Permalink

              “Zrobił Leona Zawodowca – a potem Huberta Zawodowca, z tym samym aktorem.”

              Hubert Zawodowiec to w oryginale… “Wasabi”. Tylko u nas próbowali to połączyć z Leonem, bo tak się Reno kojarzył.

              Reply
              • 5 maja 2020 at 21:38
                Permalink

                W takim razie przepraszam Bessona za ten strzał, ale w innych chyba nie ma takiego pudła. Polscy tłumacze po raz kolejny zastawili pułapkę, na tych, którzy nie patrzą na oryginalne tytuły, bo sami nie znają prawie wcale angielskiego.

                Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków