Mad Max: Na drodze gniewu (2015)

Obawy co do czwartej części Mad Maxa były ogromne od samego początku. Czy tyle lat później można nakręcić coś zgodnego z duchem wcześniejszych części? Czy można zastąpić Gibsona? Czy efekty specjalne nie przesłonią całej reszty? Niby reżyser ten sam, ale czy 75-letni Australijczyk, który ostatnio kręcił animacje dla dzieci, da radę zrobić coś dla ludzi pamiętających poprzednie filmy? Trailery były dość obiecujące, chociaż obawiałem się, że poza wybuchami i toną komputerowych efektów nie będzie tam za wiele do oglądania. Hardy to dobry aktor, ale czy nadaje się na Maxa? Charlize w obsadzie napawała optymizmem. Z drugiej strony czy kobieta w roli głównej nie sprawi, że film straci pazur? W końcu Mad Max to wojna o paliwo i ryk V8 w dziwacznych, postapokaliptycznych autach. Gdzie tu miejsce dla tak ślicznej pani?

Pustkowie to nie jest miejsce dla miętkich nindżów.

Na szczęście operacja udała się w 100%, a pacjent przeżył i ma się dobrze. Miller zrobił film, który po uszy tkwi w latach 80. z jego kultowym kinem rozrywkowym i magikami od efektów specjalnych z keczapu, gumy i starej kosiarki ogrodowej. Fabuła jej prosta jak drut: mamy złego gościa – Nieśmiertelnego Joego, który rządzi olbrzymią osadą wśród jakichś skał na postnuklearnej pustyni. W przypływie dobroci raczy powykręcanych mieszkańców wodą, trzyma sobie harem młodych dziewczyn rodzących mu dzieci, a pod ręką ma armię albinoskich czcicieli silnika V8, którym obiecał życie wieczne w Valhalli. Z tej krainy szczęśliwości niejaka Furiosa wyjeżdża opancerzoną ciężarówką wraz z niewielkim konwojem po benzynę do pobliskiej osady-rafinerii. Naprawdę jednak wywozi ze sobą własność Joego, który rusza za nią w pościg. W to wszystko przypadkiem wplątuje się Max, który zostaje schwytany na samym początku filmu, a potem zabrany razem z resztą armii w pościg za uciekinierami. Koniec, od tego momentu jest już tylko rozpierducha. Dwie godziny prawie nieprzerwanego pościgu, ryczących koni mechanicznych, niesamowitych wyczynów kaskaderskich i wizualnych wodotrysków rozsadzających czaszkę.

Kiedy pościg rusza, nic nie jest w stanie go zatrzymać.

Film jest dziwny, albo może raczej dziwaczny. Wydaje mi się, że specjalnie skrojony pod geeków i duże dzieci, czyli dorosłych już facetów, którzy ciągle grają w gry komputerowe, czytają głupkowate książki s-f i tak po cichu chcieliby jeździć podrasowanym V8 z trupią czaszką na masce i kolcami na dachu. Miller nakręcił nowego Mad Maxa z myślą o tych, którzy do tej pory lubią sobie obejrzeć Rambo, Predatora, czy innego Indiana Jonesa i żałują, że Hollywood, zamiast robić kolejne takie kultowe hiciory, bawi się w komputerowe animacje dla dzieci, tworzone tylko po to, żeby sprzedać kolejne zabawki. Dostał bardzo pokaźny budżet i wyjechał na pustynię z tonami żelastwa i materiałów wybuchowych. Zabrał ze sobą cyrkowców z Cirque du Soleil, 150 kaskaderów, rozwalił przy okazji kręcenia kawał parku narodowego w Namibii, wysadził kilkadziesiąt samochodów i zrobił najlepszy film akcji, od nie wiem jak dawna.

Kolejny nudny dzień na planie.

Scenografie, kostiumy, rekwizyty i samochody robią obłędne wrażenie. Jest facet, który ma perukę zrobioną z taśm z nabojami. Jest ołtarz z kierownicami do samochodów. Jest ciężarówka z dwoma silnikami i 2000 KM mocy. Jest scena, podczas której dwóch dziwolągów pluje nitro bezpośrednio do silników. Jest samochód na gąsienicach, człowiek ze sztucznym metalowym nosem i samochód wiozący koncertowe nagłośnienie, z wielkimi bębnami i wiszącym dzikusem z dwugryfową gitarą ziejącą ogniem. I to wszystko jedzie, lata, wybucha i płonie przez dwie godziny. A najlepsze, że ten pościg w ogóle nie nudzi, że nie odczuwa się przesytu od zagęszczenia akcji. Fabuła, chociaż prosta jak szpadel, ma sens, początek, rozwinięcie i efektowny finał. Wszystko to wygląda jak wygląda, bo chociaż spece od postprodukcji mieli mnóstwo roboty, to każdy kawał żelastwa na ekranie istniał w rzeczywistości, a te wszystkie złomobile jeździły po prawdziwej pustyni. I choćby zebrać wszystkich grafików komputerowych świata i zamknąć ich na 10 lat w studiu z zadaniem stworzenia najlepszych animacji w historii, to i tak nie stworzyliby czegoś tak fantastycznego. Każdy fan Falloutów i designu z drugiej i trzeciej części Mad Maxa będzie wniebowzięty.

Tym razem to nie Max jest głównym bohaterem. Furiosa godnie zajęła jego miejsce.

Nie muszę chyba wspominać, że zdjęcia są świetne. Co ciekawe Miller często stosuje manipulację szybkością odtwarzania i sporo scen było puszczonych w szybkim tempie, a tyle samo w slow motion. Normalnie pewnie byłoby to denerwujące, ale w pierwszym Mad Maxie też jeździli szybciej, niż ustawa przewiduje i wpisywało się to jakoś w przyjętą dziwaczną konwencję. Muzyka w tle pięknie dudni przez prawie cały czas, nadając filmowi pewien rytm, który trzyma od początku do końca.

Aktorzy też spisali się na medal. Max mówi tyle, co Schwarzenegger w Terminatorze, ale jak trzeba kopie zady aż miło, jest za to zupełnie w cieniu Furiosy, będącej główną bohaterką tej opowieści – kobietą silną i niezależną, ale przybitą i szukającą odkupienia. To zresztą chyba najbardziej feministyczny mainstreamowy film od czasu Thelmy i Louise. Menażeria postaci w tle to z kolei prawdziwa galeria dziwactw i odszczepieńców, żywcem wyjętych z jakiegoś pokręconego komiksu czy gry komputerowej. Dziwię się trochę, że wytwórnia Warner Brothers odważyła się sfinansować taki film. Co prawda marka dość znana, ale oddali ją w ręce nieobliczalnego Australijczyka, który najwyraźniej dostał zielone światło na zrobienie, co tylko zechce, za grube miliony zielonych. Wyniki finansowe zdają się potwierdzać, że pomimo fantastycznych recenzji czwarty Mad Max to nie jest film dla każdego. Zwrócił się i nawet zarobił jakieś pieniądze, ale daleko mu do wyników innych rozrywkowych tuzów. To skutek bezkompromisowego podejścia autorów, którzy zrobili film, jaki chcieli, a nie jaki przyciągnie do kin tłumy nastolatków. Co ciekawe, obraz doceniła za to Akademia. O ile za technikalia można się było spodziewać nagród, tak nominacje w dwóch głównych kategoriach to duży ukłon w stronę twórców. Tym samym być może jest szansa na powstanie kontynuacji, znanej pod roboczym tytułem Mad Max: Wasteland <ciarki na plecach>.

Szczyt filmowego hedonizmu i ekstrawagancji. Sztuka dla sztuki w najlepszym wydaniu.

Czwartego Mad Maxa powinno obejrzeć każde duże trzydziestoparoletnie dziecko i jeśli nastawi się na czystą rozrywkę, będzie mieć banana na ryjku przez cały seans. Nic bardziej intensywnego nie nakręcono od bardzo dawna, a być może nigdy. To bezmyślna audiowizualna uczta dla tych, którzy tęsknią do praktycznych efektów specjalnych z prawdziwego zdarzenia i rozrywka skondensowana w stopniu maksymalnym. Dowód na to, że komputerami można się wspomagać przy postprodukcji, ale nadal nie mogą zastąpić prawdziwych, żyjących scenografii i rekwizytorów z wyobraźnią. Mało tego – Mad Max numer cztery pokazuje, że filmowa sztuka dla sztuki może mieć sens i wartość oraz ma takie samo prawo do istnienia jak kameralne historie z wybitnym scenariuszem. To po prostu inny rodzaj tej samej twórczości i wypada się tylko cieszyć, że czasem trafiają do kin takie perełki, a nie tylko kolejne megaprodukcje spod znaku Marvela.

SithFrog na drodze gniewu

Zgadzam się w niemal 100% z kolegą, ale i tak muszę wtrącić swoje 3 grosze. Współczesne kino akcji w typie Marvela, DC, kolejnych “Mission: Impossible”, czy serii “Szybcy i wściekli” to rockowo-popowe, łatwo wpadające hity a’la Bon Jovi czy inne The Rasmus. Stary, ale jary George Miller poszedł pod prąd i dał nam surowy metal, jazgot, brud, piach, ostre riffy, przegięte solówki i ogień tryskający z gitar. “Mad Max: Fury Road” to jazda bez trzymanki w najlepszym możliwym stylu. Fabuła prosta, ale dobra, opowiedziana w 90% dźwiękiem i obrazem. Akcja toczy się w rytm pracy silników V8, ocieka benzyną, wybucha żywym ogniem i poraża intensywnością.

Crowley już pisał o zdjęciach, a ja polecę jeszcze wszelkie możliwe “making ofy”. Chociażby ten, w którym opowiadają i pokazują, jak zbudowali te wszystkie maszyny (bo tu nie ma żadnego CGI!), albo ten, kiedy mieli jedno ujęcie na wybuch cysterny, bo… naprawdę wysadzili w powietrze cysternę. Żadnej ściemy. Dlatego wszystko w filmie jest takie żywe, prawdziwe i tak łatwo pozwala na pełne zanurzenie się w świat przedstawiony. Moim zdaniem to jest opus magnum Millera, wszystkie Oscary zasłużone, a “Fury Road” został moim ulubionym Mad Maxem. Nakręcić czwartą część serii po tylu latach, z innymi aktorami i przebić kultową trylogię? Niebywałe. Szczególnie że dokonał tego dziadek, który w międzyczasie stworzył takie hity z gatunku post-apo jak “Babe: Świnka w mieście” czy “Happy Feet: Tupot małych stóp”. W moim odczuciu film doskonały w swojej kategorii. Nie posiada wad. Rzekłem.

-->

Kilka komentarzy do "Mad Max: Na drodze gniewu (2015)"

  • 3 grudnia 2019 at 13:02
    Permalink

    Pełna zgoda, a nawet samej fabuły bym tak nie ograniczał do “prostej” bo ma świetny motyw

    Spoiler! Pokaż

    bardzo podoba mi się taka klamra.

    10/10

    Reply
  • 3 grudnia 2019 at 17:15
    Permalink

    Jeden z najlepszych filmów XXI wieku, jeden z najlepszych filmów akcji i s-f wszech czasów. Koniec kropka. Albo nie koniec. Trzeba dodać, jak ten film opowiada historię, wykorzystując maksimum środków filmowych. Wszystkie elementy sztuki filmowej są tu obecne i doskonale wykorzystane. To, jak jest prowadzona narracja poprzez ruch, dźwięk, obraz i akcję z minimalnym dodatkiem dialogów to jest czysta poezja. Cały scenariusz zastępowały storyboardy.

    Reply
    • 3 grudnia 2019 at 18:00
      Permalink

      Scenariusza nie było 🙂

      Ekipa pojechała na plan, podkręciła to i owo, a potem ekipa usiadła do postprodukcji. Ostateczny efekt to wypadkowa wielu czynników, m.in również czystego przypadku, wysokiej klasie realizujących, a także świetnej atmosfery na planie.

      Ale ja się wyłamie i powiem, że po pierwszym obejrzeniu (zachwyt) film za każdym kolejnym mnie rozczarowuje. Nawet ostatnio leciał w tv i zupełnie nie odkleił mi pilota od ręki. Na małym ekranie audiowizualia nie robią wrażenia, a sama historia jest nużąca i nudnawa.

      Reply
      • SithFrog
        3 grudnia 2019 at 18:12
        Permalink

        To ja się wyłamię z wyłamania, oglądałem w domu jakieś 10 razy już i za każdym razem tak samo dobry 🙂

        Reply
        • 3 grudnia 2019 at 20:41
          Permalink

          Świetny film. Nawet sceny z nawiedzajacymi wyrzutami sumienia? u Maxa nie są tu od czapy i mogą posłużyć do stworzenia prequela dla tej części

          Reply
  • 4 grudnia 2019 at 06:42
    Permalink

    A mnie “nie wszedł” po całości. To, co dla recenzentów jest zaletą mnie odrzuciło – w połowie filmu miałem już przesyt tych fajerwerków i udziwnień, a jednocześnie niedosyt fabuły. Trochę jakbym zamówił bigos, a dostał danie składające się wyłącznie z kiełbasy i przypraw. No i “Fury Road” wyłączyłem w połowie i do dziś nie dokończyłem.

    Reply
  • 4 grudnia 2019 at 06:57
    Permalink

    Mad Max 7/10
    Na drodze gniewu 9/10

    “Max mówi tyle, co Schwarzenegger w Terminatorze, ale jak trzeba kopie zady aż miło”

    Aha. Ktoś tu nie rozumie tej postaci.

    Reply
  • 6 grudnia 2019 at 21:54
    Permalink

    Jeśli chodzi o efekty to film miażdży. Furiosa oczywiście na plus. Ciekawy antagonista.
    ale…:
    1. wiem, że nie ma co wymagać zbyt realnego podejścia, ale w świecie gdzie benzyna jest jednym z najcenniejszych dóbr, zabawa w ganianego ciężarówką spalającą więcej niż ruski czołg kuła w oczy.
    2. Tom Hardy nie potrafił zagrać tej postaci. Lubię tego aktora, ale po kilku minutach jego pomruki strasznie mnie irytowały.

    Z Gibsonem (troszkę młodszym) zamiast Hardego byłaby to miłość po grób. Dla mnie casting na tę postać pogrzebał świetny film. Nie potrafiłem usiąść do niego drugi raz.

    a tak w ogóle to Master Blaster runs Bartertown!

    Reply
  • SithFrog
    9 grudnia 2019 at 09:04
    Permalink

    ‘wiem, że nie ma co wymagać zbyt realnego podejścia, ale w świecie gdzie benzyna jest jednym z najcenniejszych dóbr, zabawa w ganianego ciężarówką spalającą więcej niż ruski czołg kuła w oczy’

    Ciężarówka jak ciężarówka, ale marnowanie paliwa na strzelanie z miotacza-gitary? To jest dopiero nowy szczyt marnotrawstwa!

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków