Bez Prądu: Rocketmen

Kosmos od zawsze fascynował ludzkość. Przez tysiąclecia mogliśmy odkrywać jego tajemnice za pomocą astronomii. Jednak XX wiek przyniósł nam przełom w postaci rozwoju dużych silników rakietowych. Jego efektem było rozpoczęcie fizycznej eksploracji przestrzeni kosmicznej, a punktem kulminacyjnym lądowanie człowieka na Księżycu. Pomimo dużo szerszego zakresu działań w naszym układzie słonecznym (m.in. poprzez bezzałogowe sondy czy łaziki), do dzisiaj to właśnie Księżyc pozostaje jedynym pozaziemskim obiektem naturalnym na którym swe stopy stawiała ludzka istota. Jednak eksploracja Kosmosu to temat wdzięczy nie tylko w aspekcie naukowym, ale i w rozrywce – nie mógł więc zostać pominięty w grach planszowych. Wziął go również na warsztat w swojej najnowszej produkcji “Rocketmen” Martin Wallace – twórca takich hitów jak m.in: “Brass: Lancashire”, “Świat Dysku Ankh-Morpork” (i jego retheamed “Nanty Narking”), “Age of Steam” czy “Boże Igrzysko”.

Może “tylko” prototyp, ale jak na niego poziom wykonania i dbanie o wygląd mega.

Zaczniemy jednak nietypowo, gdyż sytuacja również jest nietypowa. Należą się Wam bowiem najpierw wyjaśnienia. Dzięki uprzejmości wydawnictwa “Phalanx” od jakiegoś czasu w naszej grupie mamy możliwość zapoznawania się z prototypem gry “Rocketmen”, której kampania wystartuje 27.01.2020  na Kickstarterze. I mimo, iż nie ograłem tej pozycji na wszelkie możliwe sposoby, a w grze mogą pojawić się jeszcze drobne różnice i rozbieżności, stwierdziłem, że niepodzielenie się z Wami moimi wrażeniami będzie ogromnym błędem i faux pas.

A zatem – “Rocketmen” to gra oparta na mechanice budowania talii kart (deck building). Staniemy na czele pionierów kosmonautyki, a gracze posiądą niepowtarzalną (przynajmniej do następnej rozgrywki) szansę nie tylko zakładania kosmicznych hoteli, ale również założenia załogowej bazy na Marsie. Ale pamiętajcie, być może wszechświat na Was zaczeka, ale przeciwnicy na pewno nie. I zrobią wszystko żeby zgarnąć całą chwałę dla siebie. Na początku wszyscy gracze zaczynają z taką samą talią kart, jednak w trakcie rozgrywki będą ją rozbudowywać według swojego pomysłu, możliwości które pozostawią im inni gracze oraz własnych ukrytych celów. Koniec gry następuje gdy osiągnięty zostanie określony próg punktowy, lub gdy jeden z graczy mający wykonane przynajmniej 5 misji (i po minimum 1 na każdym ciele niebieskim) podejmie taką decyzję.

Widok na główną planszę

Gracze działają naprzemiennie, tocząc nieustający wyścig ze swoimi konkurentami oraz walcząc z przeciwnościami i złośliwościami losu. W trakcie swojej tury będą polować na znajdujące się na rynku karty niezbędne do dalszej rozgrywki i realizacji planów podboju kosmosu, planować misje oraz je zrealizować. Ważne będzie odpowiednie zarządzanie posiadanymi nie tylko na ręce, ale i w reszcie talii zasobami oraz funduszami. Każda karta posiada bowiem przypisany do siebie symbol (symbole) wspomagający nas w wybranych misjach albo pozwalający finansować poszczególne ruchy i decyzje. Na przykład karta kosmicznego hotelu może posiadać symbol DNA, ułatwiający loty na Marsa, lub kolby stożkowej, który sprawi, że podróż na Księżyc będzie odrobinę prostsza. Gdy którąś z kart zaplanujemy do realizacji, w przypadku sukcesu musimy ją odrzucić całkowicie z gry. Stąd nawet prosty mechanizm planowania misji dostaje dodatkowej głębi strategicznej. Gdy podejmiemy już decyzję którą kartę stracimy (wszak misje chcemy zrealizować – przynoszą nam one punkty i benefity) będziemy mogli umieszczać karty na platformie startowej – niezbędna jest określona ilość części maszyn (warunek konieczny), dodatkowe pomocne wyposażenie (np. skafander kosmiczny pomoże nam w “podróży”) oraz wspomagacze w postaci symboli na kartach odpowiadających naszemu celowi.

Misja zaplanowana. Pierwsze części dostarczone na platformę startową.

Osobną część recenzji chciałbym poświęcić jednak na moim zdaniem fenomenalnie rozwiązanie samej próby realizacji misji. W tym właśnie momencie do gry wchodzi specjalna talia sukcesu misji, która będzie przemieszczała rakietę po torze do celu. Za każdym razem gdy misja jest realizowana, decydujemy na które ciało niebieskie próbujemy się dostać, a nasz prom kosmiczny musi przebyć przynajmniej tyle pól. Pokonuje je on natomiast właśnie poprzez dociąg kart w liczbie zgodnej z celem z talii sukcesu. Sama realizacja misji staje się więc swoistą “grą w grze” z zasadą “push your luck”. Czy zaryzykujesz dociąg ostatniej karty gdy do celu brakuje Ci “tylko” 2 pól? Albo jednego? Czy jesteś gotów stracić wszystkie karty z platformy startowej i rozpocząć planowanie misji od początku? A może przerwiesz misję tracąc tylko określoną ich liczbę? To wszystko powoduje że każdy, zarówno własny jak i przeciwnika, start rakiety wywołuje dużą, choć jakże inną gamę emocji. Powiem wprost – ta mechanika kupiła mnie w 100%. Jeśli nie lubicie losowości w grach, ta część może spowodować że “Rocketmena” znienawidzicie. Jednak ja uważam ją za niezbędną i dodającą nieprawdopodobnego smaku grze – historia podboju kosmosu wielokrotnie pokazywała, iż los potrafi powodować ogromne zamieszanie, a nieodwołanie misji w odpowiednim czasie może wiązać się nawet z najwyższym kosztem.

Przykładowe karty misji

“Rocketmen” to kawał solidnego i szybkiego deckbuildingu o prostych i intuicyjnych zasadach, będący klasycznym wyścigiem po chwałę. Wiele partii zakończyliśmy po około godzinie, co jest rewelacyjnym czasem rozgrywki. Jednocześnie ilości dostarczonych w jej trakcie emocji i zwrotów sytuacji nie powstydziłaby się nie jedna kilkugodzinna pozycja. Co więcej, gra świetnie sprawdza się już w dwuosobowym składzie, a kolejni gracze sprawiają, iż rozgrywka nabiera dodatkowych rumieńców. Sprytna mechanika realizacji misji w oparciu o metodę “push your luck” to coś, co mnie zachwyciło i spowodowało, że gra znajduje się obecnie na mojej liście “must have” i tylko czekam na start kampanii. Tym bardziej, iż podstawowy wariant gry będzie dostępny za 23 funty (ok. 115 zł) wraz z darmową wysyłką do Polski. Możecie również zdecydować się na warianty poprawiające wrażenia “organoleptyczne” związane z grą, które dodają specjalne figurki misji dla każdego gracza czy też maty do gry. Chcę Was jednak zapewnić, iż podstawowy wariant jest fenomenalnie zaprojektowaną planszówką, a nawet sam prototyp gry nie pozostawia wiele do życzenia pod względem przyjemności obcowania z nią. TUTAJ zapraszam Was do draftu kampanii po więcej szczegółów, wystawiając prototypowej wersji solidne (acz nie ostateczne) 8/10 i obiecując pełną recenzję/ewaluację oceny, gdy ostateczna wersja przyjedzie do mnie z Kickstartera. Bo zakup z mojej strony jest pewny.

-->

Kilka komentarzy do "Bez Prądu: Rocketmen"

  • 26 stycznia 2020 at 15:12
    Permalink

    Już o tym gadaliśmy między sobą, ale powtórzę i tu: kiedy usłyszałem o nowej grze Wallace’a wydawanej z pomocą Kickstartera od razu stanął mi przed oczami widok gry w pudle wielkości szafy trzydrzwiowej w cenie dwóch wypłat. Tymczasem ani to ogromne, ani drogie, a najwyraźniej potencjalnie bardzo udane. Tematyka również dla mnie, więc ja szykuję portfel.

    Reply
    • 26 stycznia 2020 at 17:29
      Permalink

      Powiem tak- w dobie dzisiejszych cen planszówek na KS zastanawianie się nad pozycją Wallace’a za ok 115 PLN (w najniższym pledge) to zbrodnia. Pozostałe wersje poprawiają wrażenia organoleptyczne i zachęcać do nich będę jeśli ktoś czuje się przekonany do pozycji, ale “podstawowy” wariant można wziąć nawet w ciemno.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków