Kubuś Puchatek a sprawa polska

W uzupełnieniu do recenzji filmu Krzysiu, gdzie jesteś?, która pojawiła się na naszym portalu w środę, warto pochylić się w kilku słowach nad problemem polskiego tłumaczenia Kubusia Puchatka. Ale jakiego problemu? – zakrzykniecie. Tłumaczenie Kubusia jest takie, jak być powinno i nie ma tu czego zgłębiać. Ale czy na pewno?

Pierwsze angielskie wydania książek Milne’a. Jak widać tytuły nieco się różnią od tych, które znamy.

Sprawa zaczęła się oczywiście od pierwszej książeczki Alana Milne’a, pt. Winnie-the-Pooh, której przetłumaczenia podjęła się Irena Tuwim (siostra Juliana). Już na pierwszy rzut oka widać, że pani Irena luźno podeszła do materiału źródłowego, bowiem u Milne’a miś nie tylko nie jest Kubusiem, na pierwszy rzut oka nie ma nawet jasno określonej płci! Winnie-the-Pooh (myślniki zaginęły, kiedy prawa do postaci kupił Disney) pochodzi od imienia niedźwiedzicy Winnie (skrót od Winnipeg) z londyńskiego zoo oraz pewnego łabędzia, którego syn Milne’a, Krzysztof przywoływał onomatoeicznym “pooh”. Podobnie ma się sprawa z innymi imionami. Kangurzyca i Maleństwo to w oryginale nieprzetłumaczalni Kanga i Roo, Kłapouchy to Eeyore, co ma przypominać odgłos wydawany przez osła, a hefalumpy… hefalumpów w polskim tłumaczeniu nie ma, są po prostu słonie lub ho-honie (później także sonie).

Niedźwiedzica Winnie, która użyczyła angielskiemu Puchatkowi imienia.

Zresztą tłumaczenie Ireny Tuwim powinno się określać raczej mianem adaptacji. Zastosowane w nim zwroty i konstrukcje momentami dość mocno zmieniły wydźwięk utworów, ale też pokazują, jak trudne do przetłumaczenia są dzieła Milne’a – pełne gier słownych, których nie da się przełożyć literalnie. Weźmy choćby postać Krzysia. Wiadomo – Krzyś to Krzyś. Tymczasem w oryginale jest to Christopher Robin (Robin to drugie imię, nie nazwisko) dla podkreślenia faktu, że zawsze starał się zachowywać i wyglądać na starszego, niż był. Czy więc Krzyś nie powinien być Krzysztofem? Albo Krzysztofem Robinem, co nie dość że brzmi dziwnie, to jeszcze przysparza problemów z powodu obcobrzmiącego drugiego imienia? Wiele fragmentów zostało też po prostu “ugrzecznionych”, aby książeczki były jak najbardziej atrakcyjne dla młodego odbiorcy i można śmiało powiedzieć, że polskie wydanie to w znacznej mierze dzieło Ireny Tuwim, a nie A. A. Milne’a. Dzieło prześlicznej urody, ale nie do końca wierne oryginałowi.

Irena Tuwim (pierwsza od lewej) wraz z mężem, bratem Julianem i jego żoną. To dzięki niej Kubuś jest Kubusiem.

Znając wszystkie mankamenty pierwszego tłumaczenia, które w międzyczasie oczywiście dorobiło się statusu kultowego, a w zasadzie jedynego prawdziwego, Monika Adamczyk-Garbowska postanowiła dokonać rzeczy karkołomnej, żeby nie powiedzieć brawurowej: pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku przetłumaczyła książki od nowa. Jej celem było “naprawienie” tłumaczenia Tuwim, aby zbliżyć się możliwie najbardziej do oryginału. W ten sposób Kubuś, czyli Winnie-the-Pooh stał się… Fredzią Phi-Phi. Oczywiście już te trzy wyrazy wywołały burzę, a wręcz międzynarodowy skandal, bo o zmianie płci misia pisały nawet zagraniczne gazety. Jak się dobrze zastanowić, nie można jednak odmówić tłumaczce racji przynajmniej częściowo. O ile bowiem efekt jej pracy jest dość trudny w odbiorze, gdyż powiela konstrukcje z języka angielskiego, które nie funkcjonują w polskim, to jednak naprawia wiele błędów, jakie znalazły się w wersji Ireny Tuwim. Kanga i Gurek brzmią może podobnie koślawo jak nieszczęsna Fredzia, ale z pewnością bliżej im do Kanga i Roo, niż Kangurzycy i Maleństwu. Nie zmienia to faktu, że Fredzia Phi-Phi nie została przyjęta zbyt ciepło i dziś stanowi w zasadzie translatorską ciekawostkę, wymienianą obok przekładów Diuny i Władcy Pierścieni Jerzego Łozińskiego. Po prostu Kubuś Puchatek zadomowił się w naszej kulturze tak mocno, że mało kto zwraca uwagę na nieścisłości w tłumaczeniu.

Kubuś, czy Fredzia? Fredzia, czy Kubuś?

Jeszcze inną sprawą jest fakt, że książka Winnie-the-Pooh i jej kontynuacja w przekładzie Ireny Tuwim jest chroniona prawami autorskimi. Koncern Disneya, który jest jednym z właścicieli praw do postaci, aby uniknąć płacenia spadkobiercom pani Ireny, dokonał swojego czasu pewnych zmian w swoich przekładach. Wywołało to moją niemałą konfuzję, kiedy czytałem synowi jedną z nowszych książeczek wydanych u nas przez Egmont i zamiast Stumilowego (jak u Tuwim), czy Stuakrowego (jak u Adamczyk-Garbowskiej oraz Milne’a) Las stał się… Stuwiekowy. Poza tym Tygrys przestał brykać, zaczął fikać, a Kubuś stracił nazwisko Puchatek. Pomieszanie z poplątaniem.

A jednak Puchatek! Chociaż szata graficzna nowych książek nawiązuje do oryginałów, tłumaczenie Ireny Tuwim na stałe zadomowiło się w popkulturze.

Jakby tego było mało, już w XXI wieku spadkobiercy spuścizny Milne’a (którzy odzyskali do niej prawa) dali zielone światło dla wydania pierwszych oficjalnych książek, będących bezpośrednią kontynuacją pierwowzoru. Do pracy nad polskim przekładem zatrudniono Michała Rusinka, który miał już doświadczenie w pracy z tekstami Anglika, tłumaczył bowiem jego poezję. Jak sam Rusinek przyznał, dostał zgodę, aby tłumaczyć “w duchu Ireny Tuwim”, ze świadomością faktu, że oznacza to pewne odstępstwa od pierwotnej wizji. Język Kubusia Puchatka (pozwólcie, że zostanę przy tej formie) jest bowiem w zasadzie jednym z głównych bohaterów tych opowieści. Mnogość gier słownych, żartów, zabaw z brzmieniem i wymową powoduje, że niektórych fragmentów po prostu nie da się przetłumaczyć bez kaleczenia ich. Mogę jedynie zgodzić się z panem Rusinkiem, który w jednym z wywiadów powiedział:

Ale jeśli ktoś chce pisać, pisać dla dzieci, to dobrze jest zacząć od tłumaczenia, bo ono daje warsztat. Daje też lekcję pokory, bo nie jesteśmy autorem, gwiazdą. Nie możemy sobie pozwolić na dowolność, ale musimy książkę „spolszczyć” i opowiedzieć ją takim językiem, który dzieci zrozumieją i który jakoś do nich dotrze. Literatura dla dzieci dosyć szybko się starzeje, bo dosyć szybko zmienia się język. Dlatego dobrze jest robić na nowo przekłady, odświeżać, odkurzać.

Kubuś zastanawia się, w jakim lesie mieszka. Stumilowym, Stuakrowym, a może Stuwiekowym?

Jak widać nie tylko Pieśń lodu i ognia powoduje ból głowy wśród tłumaczy i odbiorców znających mowę Szekspira. Nawet zdawałoby się prościutka książeczka dla dzieci potrafi przysporzyć wielu problemów w czasie przekładania jej na inny język. Warto brać na to poprawkę w czasie lektury i warto choć pobieżnie poznać czytany tekst w takiej formie, w jakiej powstał. Jest coś bowiem w starym angielskim powiedzeniu, że <wojujące feministki proszone są o zamknięcie oczu> “tłumaczenia są jak kobiety – wierne nie są piękne, piękne nie są wierne’.

-->

Kilka komentarzy do "Kubuś Puchatek a sprawa polska"

  • 21 czerwca 2019 at 13:00
    Permalink

    Podobny problem jest np. przy tłumaczeniu Księgi Dżungli. Bagheera w oryginale jest samcem czarnej pantery.

    Reply
  • DaeL
    21 czerwca 2019 at 13:20
    Permalink

    Kanga i Gurek to naprawdę sprytny sposób przetłumaczenia tych imion. Szkoda, że się nie przyjęło.

    Reply
    • 21 czerwca 2019 at 20:11
      Permalink

      Nie zgodzę się. To tłumaczenie źle oddaje relację między tymi postaciami. Za mało relacji matka- dziecko. Może Kanga i Guruś lepiej by pasowało?

      Reply
  • 21 czerwca 2019 at 13:39
    Permalink

    Jestem zwolennikiem zasady, żeby nazw własnych w ogóle nie przekładać, lub przekładać tylko wtedy, gdy przekład nie budzi najmniejszych wątpliwości. Przykładem pozytywnym może tu być Stare Miasto z GoTa, a negatywnym Wysogród. Niby przełożony poprawnie, brzmi jednak w naszym języku dość dziwnie. Ja bym pozostawił Highgarden.
    Warto przypomnieć, że J.R.R. Tolkien zgadzał się z naszą tłumaczką LOTRa Marią Skibniewską, że “jest to angielska książka i jej angielskość nie powinna ulec zatarciu”. Uważam dokładnie tak samo. Czytając LOTRa, GoTa, czy im podobne dzieła fantasy, nie czytamy przecież o Polsce i Polakach. Warto kultywować przez zachowanie nazw własnych ten niewielki element obcości opisywanego świata.
    W ogóle wydaje się, że pod koniec lat osiemdziesiątych nastąpił wysyp takich “oryginalnych” tłumaczeń. Przypomnę choćby czeskie tłumaczenie LOTRa i ich “Pytlików z Saczkova”. 🙂

    Reply
    • 21 czerwca 2019 at 14:22
      Permalink

      Ciekawe. Dla mnie Wysogród jest absolutnie najlepszą nazwą własną w PLiO. Kreatywna, naturalnie brzmiąca, idealnie oddająca to jak funkcjonuje język i ewoluują słowa.

      Reply
    • 21 czerwca 2019 at 15:27
      Permalink

      Skoro Wysogród brzmi dziwnie to co sądzisz o Wyszogrodzie? Mamy w Polsce 4 miejscowości o takiej nazwie 😀

      Reply
      • 21 czerwca 2019 at 18:59
        Permalink

        Właśnie – w Polsce. Ale akcja GoTa nie dzieje się w Polsce. Źródła świata Martina wypływają z kultury anglosaskiej, nie słowiańskiej. A Wysogród to jak najbardziej słowiańska zbitka. Owszem, poprawna, ale z innego kręgu kulturowego. Jak właśnie to czeskie Saczkovo, zamiast Sackville, w ichnim LOTRze. Klimat nie ten. Pasowałoby u Sapkowskiego, u Martina nie pasuje.

        Reply
        • 21 czerwca 2019 at 23:35
          Permalink

          serio, nawet w tekscie o kubusiu puchatku musicie wjechac w komentarzach z gotem xD

          Reply
        • 22 czerwca 2019 at 02:08
          Permalink

          Lwów, Lwiw i Lemberg to jedno i to samo miasto skoro można to przetłumaczyć to dlaczego nie? Klimatu nie zależy od nazw, no chyba że mamy doczynienia z jakimiś miejscowościami elfów.

          Reply
    • 21 czerwca 2019 at 19:10
      Permalink

      A dla mnie Wysogród właśnie jest przykładem świetnego przekładu. Oddaje angielskie znaczenie i wpisuje się w polskie słowotwórstwo. Oczywiście, Pieśń Lodu i Ognia nie jest osadzona w polskiej kulturze, ale… w angielskiej też nie jest. Baza to stereotypowe quasi-średniowieczne fantasy. Jest pełno odwołań historycznych i sporo autorskich patentów, ale osobiście nie widzę by klimat/historia zyskiwały jakbyśmy trzymali się angielskich nazw.

      Tylko chciałbym żeby była w tym jakaś konsekwencja, a nie, że wszystke “North” czy “Riverland” tłumaczymy, a “Reach” nie. Tutaj chyba najsensowniejsze byłyby “Włości”, ale tozaklepali dla “Valyrian Freehold”, które przecież tak często się pojawiały z tą nazwą.

      A co do “Winniego the Pooh” to trzeba było go przetłumaczyć. Wszak wypadałoby żeby dzieci umiały powtórzyć imię swojego ulubionego misia. Dziadkowie też byliby wdzięczni jakby dostali do przeczytania wnukom bajkę o kimś z wymawialnymi personaliami. A, że wtedy nikt nie umiał po angielsku to tym bardziej. Skibniewska, którą przytoczyłeś, z tego własnie powodu zmieniła Pippinowi nazwisko z “Took” na “Tuk”. Acz “Winnie the Pooh” to i teraz powodowałby problemy. Jak to odmieniać i czy w ogóle odmieniać?

      A “oryginalne” tłumaczenia z lat 80-tych? Zabawne, bo teraz mamy przesadę w drugą stronę. “The Rise of Skywalker” przełożono na “Skywalker. Odrodzenie”, “Dark Phoenix” stało się “Mroczną Phoenix”, a “Ant-Man and the Wasp” to “Ant-Man i Osa”. Normalnie jakby tytuły tłumaczył pół na pół stażysta z translatorem.

      Reply
      • 21 czerwca 2019 at 23:19
        Permalink

        W Wysogrodzie przeszkadza mi, że zginął ogród a powstał Wyso-gród.

        Reply
        • 22 czerwca 2019 at 00:57
          Permalink

          Ciesz się, że Winterfell to nie Zimopad.

          Reply
    • 21 czerwca 2019 at 20:15
      Permalink

      PLiO to w ogóle radosna tfurczość. Gdzie pasowało- było ENG. Gdzie nie pasowało- spolszczyli. Nawet schematu w tym znaleźć nie potrafię. Koniec Burzy i Królewska Przystań vs. Riverrun i Harrenhall. I inne takie.

      Reply
      • 21 czerwca 2019 at 23:38
        Permalink

        KP, KB to takie oczywiste do przetlumaczenia nazwy, a z takim riverrun jest o tyle gorzej, ze przetlumaczone wygladaloby gorzej, tak jak byloby z jankiem śniegiem

        Reply
  • 21 czerwca 2019 at 20:10
    Permalink

    Trochę się rozpisałem, ale jak widzę mój komentarz zniknął. Może coś źle kliknąłem, whatever.

    Więc teraz odniosę się tylko do lasu stuakrowego, bo ta przeróbka tłumacza ma sens. Denerwuje mnie w tłumaczeniach zostawianie anglosaskich miar i wag. Nie każdy musi to kumać od razu. Czy ja mam siedzieć i oglądać z kalkulatorem w ręce?

    ‘Bohater przeszedł 10 mil’, a ‘bohater przeszedł 16 km’. To jest różnica!

    Poznałem niesławne tłumaczenie Łozińskiego. Frodo Bagosz, Gorzawina, Łazik zamiast Obieżyświata. Masakra!

    Reply
    • 21 czerwca 2019 at 21:05
      Permalink

      Gorzawinę to aż musiałem sprawdzić, bo w życiu bym się nie domyślił… Osobiście rozumiem przekładanie angielskiego Winniego na polski (nie kojarzy się z niczym, nie wiadomo jak odmieniać, czytelnik nieoswojony z angielskim nawet nie wiedziałby jak przeczytać) czy polskiego Wiedźmina na angielski (przecież to jest dla nich niewymawialne), ale z elfickiego na nasze? Użycie fikcjonalnego języka w oryginale było intencjonalne. Także przekładanie ich zaburza zamysł autora. No i psuje klimat. Mamy fantastyczną krainę -> Łoziński -> czuję się jakbym czytał o wsiach na Podlasiu. Jakby dorwał się do PLiO to pewnie Vaes Khewo zostałoby Robakowem…

      Reply
    • 22 czerwca 2019 at 01:00
      Permalink

      Dasz wiarę, że to był mój pierwszy kontakt z twórczością Tolkiena? Cud, że się nie zraziłem.

      Pamiętam, że Rivendell to był Tajar. Jak on to wymyślił?!

      Reply
  • 21 czerwca 2019 at 20:25
    Permalink

    Jako, że moja wypowiedź po części przyczyniła się do powstania tego artykułu to czuję się zobowiązany do napisania komentarza. “Winnie the Pooh” to personalia, które rzuciły wyzwanie tłumaczom na całym świecie. Pułapki czaiły się dosłownie na każdym kroku.

    Niby Milne stosował wobec misia o bardzo małym rozumku rodzaj męski (nawet zawiesił mu nad drzwiami napis “PAN Sanderz”), ale przecież jego imię zostało zapożyczone od niedźwiedzicy, nNazwanej swoją drogą na cześć kanadyjskiego miasta Winipeg (“mętna woda” tudzież “błoto” w języku kri). Tylko, że język Szekspira nie jest tak płciowo jednoznaczny jak Mickiewicza. Występuje w nim całe mnóstwo imion, które można stosować zarówno wobec chłopców jak i dziewczynek, wygooglujcie sobie “unisex names”.

    Dlatego anglojęzyczny czytelnik nie był skonfundowany, w przeciwieństwie do polskiego. Zresztą… oni nawet nie musieli rozumieć genezy imienia Winniego, bo przywiedzie im na myśl dziecięcy bełkot. Czy też sposób w jaki dorośli do dzieci mówią (“teeny-weeny” i tak dalej). I w sumie nie byłaby to zbytnia pomyłka, wszak to był dziecięcy pluszak (wybaczcie powtórzenia, ale odpuściłem sobie synonimy pokroju “brzdące” i “berbecie”).

    Dlatego tutaj trzymam stronę Ireny Tuwim. Słusznie zdiagnozowała, że imienia nie da się przełożyć tak by sprawa jego pochodzenia i rozumienia była dla polskiego czytelnika zrozumiała. Wprawdzie “Kubuś” nawet nie brzmi podobnie do “Winnie”, ale “Fredzia” Moniki Adamczyk nie pod tym względem w niczym lepsza.

    Potem mamy przedimek określony “the”, który u nas nie ma odpowiednika. Acz warto zauważyć, że w języku angielskim stosuje się go przed przydomkami. “Alexander the Great”, “Pepin the Short” i tak dalej. Czyli może nie powinien to być tyle “Kubuś Puchatek” co “Kubuś Puchacki”? Chociaż lepiej nie, bo kojarzyłby się ze Spejsonem z Blok Ekipy.

    Potem mamy “Pooh” na cześć łabędzia. Wbrew polskim źródłom nie chodzi o jego puch (wszak polski “puch” to angielski “fluff”), ale onomatopeiczne przywołanie wymyślone przez pierwowzór Krzysia. Coś jak “cip-cip”, “taś-taś”, ale na łabędzie. Czyli bliżej byłoby tu do “puf”. Chociaż “puch” też pasuje, bo brzmi bardzo podobnie, a sam miś puchaty jak najbardziej był. A “phi-phi”? To chyba miało nawiązywać do “kici-kici” itd., ale przecież “phi” bardziej kojarzy się z lekceważącym chrząknięciem. A przecież Kubuś ani nie chrząkał, ani nie lekceważył nikogo.

    Także pomimo wszelkich wad uważam wersję ireny Tuwin za lepszą. “Kubuś Puchatek” jest jednoznaczny i naprowadza na dobre skojarzenia. A “Fredzia Phi-Phi”? Nawet nie wiedziałbym do czego to przyłożyć. Monikę Adamczyk chyba po prostu dopadła częsta bolączka tłumaczy, tj. przekonanie, że wie się lepiej. Przez to może i jej wersja lepiej oddaje oryginał, ale jest bardzo konfundująca, a bez przypisku to chyba nikt by nie wpadł na to co autor miał na myśli. Czyli chcąc poprawić z jednej strony, z grupiej popsuła. Bo widzicie, tłumacz musi znać język obcy, ale przede wszystkim swój. No i mieć pokor

    Reply
    • 21 czerwca 2019 at 20:47
      Permalink

      Ale czy w ogóle trzeba było tłumaczyć? Oczywiście, że tak. Wszak wypadałoby żeby dzieci umiały powtórzyć imię swojego ulubionego misiaka, a czytający im dziadkowie byli w stanie je wymówić. Zwłaszcza w czasach kiedy książkę opublikowano, wszak wtedy mało kto umiał angielski. Chociaż nawet teraz “Winnie” sprawiałby trudności. Jak to w ogóle odmieniać?

      Teraz pytanie jak ugryźć te personalia? Podejścia były różne. Niektórzy adaptowali i “Winnie-the-Pooh” to po białorusku “Winia-Pych”. “Winia” przez “w” lepiej wpasowuje się w ich fonetykę, a “Pych” pochodzi od “pychy”. Podobnie do sprawy podeslzi w jidysz i holenderskim. Jakby nie patrzeć pasuje, wszak Kubuś był smakoszem. U Niemców z kolei mamy “Pu der Bär”, czyli Misia Pu. Analogicznie przełożono na francuski, rosyjski i czeski. Także to chyba najpopularniejsza strategia. Ale jest trzecia droga, czyli pójście na całość, polski “Kubuś Puchatek”, duński “Peter Plys” i norweski “Ole Brumm”. Zabawne, bo w każdej wersji dostał inne imię.

      Oczywiście zmiana nie ma już sensu, bo imię się przyjęło dzieci je lubią, ale jakby ktoś mi dał zadanie przełożyć “Winnie the Pooh” na polski to pewnie poszedłbym w Misia Pucha (ewentualnie Pycha). Ewentualnie zrobiłbym z niego Wicio Pucha, bo brzmiałoby to podobnie. No, ale to już gdybanie dla gdybania.

      Reply
  • 21 czerwca 2019 at 20:34
    Permalink

    Z Łozińskiego najbardziej podobał mi się Radostek Gorzaleń 😀

    Reply
  • 21 czerwca 2019 at 21:09
    Permalink

    Ja miałem tego pecha, że 2 pierwsze części Diuny przeczytałem w tłumaczeniu Mastelarza, a potem okazało się, że Dzieci Diuny w mojej bibliotece są tylko w starszej edycji, w przekładzie Łozińskiego. Uznałem, że to nie problem, ale potem byłem strasznie zdezorientowany, gdy czytałem o Wolanach i piaskalach oraz co najdziwniejsze przetlumaczeniu ,,emperor” na cesarz, a nie imperator. Zazwyczaj nie mam nic przeciwko spolszczaniu nazw, jeśli nie brzmi to idiotycznie, ale w tym wypadku jasno mogę stwierdzić, że
    znacznie przyjemniej czytało mi się części których nie tykał Łoziński.

    Reply
    • 21 czerwca 2019 at 21:18
      Permalink

      Najdziwniejszym dla Ciebie było przetłumaczeniu “Emperor” jako “Imperator”? Nie chcę burzyć Twojego światopoglądu, ale angielski “Emperor” to właśnie polski “Cesarz”…

      Reply
      • 21 czerwca 2019 at 21:30
        Permalink

        Akurat w Diunie “Imperium” miałoby pewien sens, bo w oryginalne częściej jest używane “The Imperium”/”Old Imperium”, niż “The Galactic Padishah Empire”. Nie żebym to liczył, ale chyba znacznie częściej.

        Reply
      • 21 czerwca 2019 at 23:07
        Permalink

        Emperor można tłumaczyć zarówno jako cesarz jak i imperator, ale w większości języków funkcjonują różne formy tego pierwszego, i dlatego w oryginale nie ma tytulu powiązanego z rzymskim dyktatorem. Dlatego zupełnie nie rozumiem czemu w polskim tłumaczeniu miałoby tak być. To w zasadzie nie jest błąd (tak samo jak reszta zarzutów), jednak i tak uważam tą decyzję za dziwną.

        Reply
    • 21 czerwca 2019 at 22:27
      Permalink

      Ja w ogóle pierwszą Diunę przeczytałem w przekładzie Łozińskiego, nie wiedząc nawet, że jest jakieś inne. 😀 Wolanie to wolanie, destylozony też. Nie zastanawiałem się nad tym do momentu przeczytania w ŚGK o różnych tłumaczeniach i o Władcy Pierścieni.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków