
Marvel Cinematic Universe przechodzi najgłębszy kryzys od swojego początku – kolejne filmy szorują po dnie i finansowo, i w ocenach recenzentów. Tymczasem produkcje o Człowieku Pająku biją rekordy. Pajęczak ma zresztą to szczęście, że wszystkie aktorskie filmy o nim, w sumie aż osiem, były co najmniej niezłe. A jeśli wierzyć recenzentom i widzom, najnowsza, dziewiąta część – Całkiem nowy dzień (Brand New Day) – jest wręcz z nich wszystkich najlepsza. Do kina szedłem więc bez większych oczekiwań, ale z nadzieją na przyzwoite widowisko. Z przyjemnością informuję, że się nie zawiodłem. Ale po kolei.
Od wydarzeń poprzedniej części minęło trochę czasu, a Całkiem nowy dzień otwiera rozbudowana sekwencja, w której Spider-Man wykonuje swoje spidermanowe czynności, ratując mieszkańców Nowego Jorku przed różnej maści złoczyńcami. Widać w niej od razu, że twórcy podeszli do materiału źródłowego z szacunkiem: odtworzono sporo klasycznych okładek komiksów, przeniesionych na ekran niemal jeden do jednego. Widać też, że film utrzymany będzie w stonowanej palecie barw i ma bardzo filmowy wygląd, mimo dużej ilości CGI.
Kolejnym plusem jest to, że scenariusz sprawnie wykorzystuje zakończenie poprzedniej części. Jak pamiętamy, świat zapomniał wtedy, że Peter Parker to Spider-Man, więc chłopak musi radzić sobie bez swojej paczki przyjaciół. I to jest tak naprawdę główna oś fabularna: samotność Parkera, zatracanie się w pracy i powolne popadanie w obłęd – w przenośni, choć momentami i całkiem dosłownie. To trochę powrót do dobrych praktyk z przeszłości, kiedy kolejne filmy MCU łączył związek przyczynowo-skutkowy, a nie sam fakt, że dzieją się w jednym uniwersum.
Podobnie ma się rzecz z wprowadzeniem pewnej postaci, której tożsamości nie będę zdradzał. Ostatnie filmy Marvela miały ten problem, że mnóstwo bohaterów pobocznych, a czasem i głównych, pojawiało się i znikało bez sensu, niespodziewanie i bez należytej podbudowy. Tutaj jest inaczej. Całkiem nowy dzień jest otwarciem nowej fazy MCU i wstępem do powrotu mutantów, ale robi to na tyle delikatnie, że w przyszłości powinno się to rozwinąć w sposób naturalny.
Wielką zaletą tej historii jest też jej kameralność. Spider-Man walczy z ciekawym przeciwnikiem, ale jego podniebne wygibasy są tłem dla bardziej osobistej części opowieści. To właściwie film obyczajowy w superbohaterskim kostiumie i sprawdza się to bardzo dobrze.
Oczywiście produkcja i tak jest za długa i spokojnie można było zrezygnować z części komputerowo generowanych nawalanek. Ale w porównaniu z kilkoma ostatnimi filmami spod tego samego szyldu jest lepiej niż dobrze. Bo podobnie jak w Iron Manie czy Avengers, najciekawsze okazuje się to, co dzieje się obok walki superbohaterów: interakcje między postaciami, ich relacje, uczucia. Cała ta ludzka strona superbohaterstwa, wsparta napakowaną gwiazdami obsadą sprawia, że te fragmenty wyglądają jak prawdziwy film, a nie animacja dla dzieci.
Nowy Spider-Man wygląda przy tym zaskakująco analogowo. CGI jest w nim sporo, ale znaczną część zdjęć nakręcono w plenerach. Sceny kręcone poza studiem są ładnie oświetlone i ciekawie sfilmowane, więc postacie wyglądają plastycznie i nie rażą sztucznością. Podobnie kostiumy. Nawet mimo moich zwyczajowych narzekań na komputerowe animacje muszę przyznać, że i tu jest ponadprzeciętnie. Sceny akcji są efektowne, często nawiązują do starych filmów o Pajęczaku, a walka z czerwonymi ninja pod koniec to choreograficzna perełka godna dalekowschodniego kina akcji o latających ludziach kopiących z półobrotu.
Wracając do obsady: nie sposób nie zauważyć, jak bardzo zmężniał Tom Holland, który za moment będzie dwa razy starszy od granej przez siebie postaci, a mimo to pozostaje autentycznym Peterem Parkerem. Te zmiany fizyczne są zresztą częścią fabuły i uzupełniają to, co znamy z wcześniejszych filmów. Jest humor, jest lekkość, jest chłopięca nieporadność, ale dochodzi do tego walka z samotnością, ucieczka w obowiązki i desperackie próby odnowienia znajomości z MJ i Nedem. Holland daje sobie radę również w tych trudniejszych fragmentach.
Ale nie koniec na tym, bo – uwaga! – jeszcze lepsza jest Zendaya, która wreszcie dostała coś do zagrania. (Nie)relacja między Peterem a MJ jest ciekawsza niż zwykły filmowy romans, co jest konsekwencją wydarzeń z No Way Home. Bohaterowie powoli zbliżają się z powrotem do siebie, ale nie jest to prosta powtórka z rozrywki zakończona wpadnięciem sobie w ramiona. To długa i wyboista droga, a w Całkiem nowym dniu znalazło się kilka scen, które zwyczajnie łapią za serducho. Nie spodziewałem się tego.
Ciekawym rozwiązaniem było też dorzucenie Punishera jako towarzysza Pajączka. Z jednej strony czułem pewne zagubienie, bo postać pojawia się znikąd i przez chwilę byłem przekonany, że ominął mnie jakiś serial wyjaśniający tę współpracę. Otóż nie ominął – panowie po prostu spiknęli się gdzieś pomiędzy dwoma filmami. Z drugiej strony ten nietypowy duet działa nieźle: Punisher w wykonaniu Jona Bernthala jest zabawnym gościem i wnosi chaos oraz wybuchową akcję w miejsce kosmicznych mocy i laserów. Z trzeciej strony szkoda, że „prawdziwy” komiksowy Frank nie mieści się w kinowym MCU i możemy liczyć jedynie na jego mocno ugrzecznioną wersję. Cóż, dobrze przynajmniej, że casting jest trafiony i Punisher znalazł na ekranie swoje miejsce. Pojawia się nawet sam Bruce Banner i to w całej swojej zielonoskórej krasie. I o ile występ Marka Ruffalo jest świetny, to już sama rozwałka w wykonaniu Hulka ewidentnie robi za efekciarski wypełniacz.
Mimo wszystkich zalet rozmiar sukcesu nowego Spider-Mana pozostaje dla mnie zagadką. To nie jest film na tyle dobry, żeby bić prawie wszystkie rekordy finansowe. Całkiem nowy dzień przez cały czas gra na tych samych nutach, powtarzając ujęcia smutnego Petera pracującego w swojej norze i walczącego z tym, co siedzi mu w głowie. Sceny emocjonalne można było dokręcić mocniej. Zupełnie nie podobał mi się motyw odkupienia pewnej postaci – a właściwie raczej jej usprawiedliwienia, tak jakby przebyte traumy anulowały popełnione zło za jednym pstryknięciem. Słabo zakamuflowano też twist fabularny: w zasadzie od pierwszego ujęcia wiadomo, kto jest prawdziwym czarnym charakterem tej historii.
Tak czy inaczej, nowy Spider-Man to naprawdę dobry film o człowieku w kolorowych obcisłych gaciach, który huśta się na linach. Jest bardzo poprawnie nakręcony, wygląda tak, jak przystało na wysokobudżetową produkcję, aktorzy stanęli na wysokości zadania, a fabuła wciąga i angażuje, nie uderzając w widza ani przesadną głupotą, ani bezsensownymi nawiązaniami. Od letniego hitu nie oczekuję wiele więcej, więc z czystym sumieniem wystawiam wysoką notę. Można powiedzieć, że w najtrudniejszym momencie Peter Parker po raz kolejny ratuje uniwersum Marvela, ciągnąc je za uszy.
Okiem SithFroga
Dla mnie rozmiar sukcesu, o którym wspomina mój szacowny przedmówca, nie jest zagadką. Jest tak naprawdę odpowiedzią na pytanie, czy kryzys MCU wynika z kiepskiej jakości filmów/bohaterów/historii i braku pomysłów, co dalej, czy może ze zmęczenia kinem super-bohaterskim. Produkcja bije kolejne rekordy kasowe, bo widownia jest spragniona tego, co zna, lubi i czym żyje od lat. Ludzie wciąż chcą oglądać sympatycznych protagonistów w maskach i obcisłych strojach, chcą się z nimi identyfikować, razem śmiać i płakać. I Tomasz Holandia w czwartej części przygód Spider-mana dostarcza tego aż nadto. To po prostu solidny kawał kina na podstawie komiksu, który nie potrzebuje wyznaczać nowych ścieżek, przeprowadzać wolt fabularnych czy castingowych, nie sili się na polityczną poprawność ani na komentarz społeczny.
Przy okazji jeszcze wygląda obłędnie. To zdecydowanie najbardziej komiksowy wizualnie film od czasów drugiego Pająka Sama Raimiego. Kilka kadrów to stopklatki, żywcem wzięte z okładek znanych wydań Marvela o Spider-manie. Ogląda się to z wielką przyjemnością i zwyczajną radochą. Do tego twórcy zadbali też o fanów gier od Insomniac. Pojedynki Petera z grupami przeciwników są przeniesione niemal jeden do jednego z gry. Ruchy, gadżety, sposób, w jaki Parker robi uniki czy używa gadżetów – jeśli graliście w którąkolwiek z odsłon (1, 2, Miles Morales) – poczujecie się jak przed ekranem na kanapie, tylko pada w ręku brak…
Wady są? Ano są! Po pierwsze – w kontrze do Crowleya – nie podobała mi się Zendeya. Mam wrażenie, że leciała na autopilocie, jak kreacja Jennifer Lawrence w końcowych częściach X-Men. Jakby już nie miała serca dla swojej bohaterki. Po drugie: Punisher. Świetnie, że jest, lubię tę inkarnację w wersji Jona Bernthala, ale znając serial, w filmie czułem niemały zgrzyt. Otóż Franciszek Zamek został tu sprowadzony do bycia „comic relief” i stoi to tak w sprzeczności z charakterem dowolnej wersji z komiksów, jak i nawet ze wspomnianym serialem. Rozumiem zamysł stworzenia komediowej dynamiki między Peterem i Frankiem, ale chyba poszło to odrobinę za daleko.
Tym niemniej film polecam całym sercem. Uwielbiam trzy dotychczasowe odsłony i miło zobaczyć, że nawet w czwartej nadal jest świeżość, są ciekawe pomysły, a jednocześnie dostajemy prostą i szczerą opowieść o dorastaniu, samotności i dojrzewaniu do podejmowania niełatwych decyzji, ale też o okiełznywaniu swojej mrocznej strony. Nie mogę się doczekać, co będzie dalej. Kupili mnie bez reszty.
Spider-Man: Całkiem nowy dzień (2026)
-
Ocena Crowleya - 7/107/10
-
Ocena SithFroga - 8/108/10










Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:
Regulamin zamieszczania komentarzy
Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:
[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]