Kontakt (1997)

Pod jednym z ostatnich moich tekstów znalazł się komentarz, chyba lekko karcący w wymowie, że rzadko w recenzjach przyznajemy maksymalną ocenę. Nie ukrywałem nigdy, że lista 10/10 jest u mnie bardzo krótka i zawiera tylko te najulubieńsze (z bardzo różnych przyczyn) filmy. No ale jeśli czytelnik domaga się dychy, to dychę dostanie – proszę bardzo.

Pomysł na film Kontakt narodził się w głowie Carla Sagana pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Popularyzator nauki, zwłaszcza astronomii i astrofizyki, jeden z pierwszych “naukowych celebrytów” wraz ze swoją późniejszą żoną Ann Druyan napisali zarys fabuły, opowiadającej o pierwszym kontakcie ludzkości z życiem pozaziemskim, który następnie trafił do fachowców od pisania scenariuszy i… utknął w piekle produkcyjnym. Kolejne wersje historii, rozbudowywanej o nowe postacie i wątki, krążyły z rąk do rąk i między wytwórniami. Do fotela reżysera przymierzał się nawet George Miller i to jemu zawdzięczamy zatrudnienie Jodie Foster w głównej roli. W międzyczasie Sagan, znudzony nieudanymi próbami, wydał swoją wersję historii w formie całkiem niezłej powieści. Tymczasem po niemal dwudziestu latach od pierwszych przymiarek udało się jakimś cudem dopiąć wszystko i znaleźć pieniądze na realizację filmu. Za kamerą stanął jeden z magików kina – Robert Zemeckis, który kilka lat wcześniej odrzucił propozycję studia, bo nie podobało mu się zakończenie historii. Podobno zgodził się tylko dlatego, że Warner Bros. dało mu całkowitą wolność artystyczną oraz prawo do zatwierdzenia ostatecznej wersji filmu (tzw. final cut privelege), no ale wtedy Zemeckis mógł w Hollywood wszystko, bo właśnie stworzył Forresta Gumpa.

W poszukiwaniu życia pozaziemskiego.

W momencie premiery Kontakt otwierała najdłuższa wygenerowana całkowicie komputerowo scena, pokazująca ogrom wszechświata, a następnie płynnie przechodząca w kameralną sekwencję wprowadzającą do właściwego filmu. Poznajemy młodą Ellie Arroway, miłośniczkę astronomii, która chciała podziwiać z ojcem deszcz meteorów, ale zdarza się wypadek. Ellie biegnie po lekarstwa do łazienki, lecz jest już za późno – nie udaje jej się uratować taty, zostaje tylko astronomiczna pasja, która zmieni całe jej życie. Te kilka pierwszych minut (kilkanaście, bo część z nich wpleciono jako retrospekcję) to prawdziwa magia kina. Lot między gwiazdami, coraz starsze transmisje radiowe, ginące w ciszy kosmosu, wreszcie piękne przejście w zbliżenie na oko dziewczynki, świetne “przejście” kamery przez szybę okienną, a za moment genialna scena z lustrem w łazience. Niby niewiele, ale perfekcja, z jaką zrealizowany cały ten wstęp powinna każdego kinomana nastawić na coś dużego.

Akcja następnie przenosi się kilkadziesiąt lat do przodu. Doktor Arroway pracuje w obserwatorium astronomicznym Arecibo, poszukując w ramach programu SETI pozaziemskich sygnałów pochodzących od obcych cywilizacji. Program traci rządowe finansowanie, jednak udaje się pozyskać prywatnego sponsora w osobie ekscentrycznego miliardera, dzięki czemu Ellie przenosi się wraz z zespołem do Nowego Meksyku, gdzie znajduje się obserwatorium VLA (Very Large Array) ze swoimi słynnymi 28 gigantycznymi talerzami radioteleskopów. Tu zostaje odebrany sygnał, który odmieni losy świata. Ale niekoniecznie tak, jakbyśmy to sobie wyobrażali.

Chemia między parą głównych bohaterów jest wyczuwalna w każdej scenie.

Kontakt próbuje pokazać, jak w rzeczywistości mogłaby zareagować ludzkość na odebranie sygnału z gwiazd. Nie jest to wizja z filmu sensacyjnego, czyli na pewno nie ma co się spodziewać zielonych ludzików, ani statków kosmicznych, strzelających laserami. Nie jest to też nic tak pesymistycznego jak Głos Pana Stanisława Lema. W Kontakcie udaje się rozszyfrować wiadomość zawartą w sygnale. Stopniowe rozkładanie go na mniejsze części odkrywa kolejne warstwy i kolejne przekazy. Część z nich okazuje się być bardzo zaskakująca, inne prowadzą do budowy pewnego urządzenia. W międzyczasie sprawą zajmują się politycy, telewizja, filozofowie. Rodzą się pytania: kto wysłał sygnał? W jakim celu? Czy to dowód na to, że Boga nie ma? A może dokładnie na odwrót? Czy ludzkość w kontakcie z obcymi powinien reprezentować mężczyzna, czy kobieta? Naukowiec? Filozof? Poeta? Czy ma to być osoba wierząca? Te wszystkie kwestie są w filmie poruszone i to w sposób znakomicie wyważony. Oczywiście nie obyło się bez standardowego holywoodzkiego smutnego pana w garniturze, który próbuje wszystkim uprzykrzać życie, ale trzeba przyznać, że nie ma tu miejsca na banał i sztampę. Sytuację pokazano bardzo realistycznie, a Zemeckis użył podobnych środków, jak podczas kręcenia Forresta Gumpa, wplatając w filmową narrację fragmenty autentycznych nagrań, m.in. przemówienia Billa Clintona, czy twarze showmanów prowadzących znane talk-showy. Efekt jest rewelacyjny i widz ma nieodparte wrażenie, że to wszystko mogło naprawdę się wydarzyć.

Zły wojskowy, czy może diabeł wcielony?

Nie byłoby tego efektu, gdyby nie obsada, a na tej płaszczyźnie Kontakt błyszczy szczególnie jasno. Brak jakiejkolwiek nominacji oscarowej dla Jodie Foster traktuję jako ponury żart, przy całej mojej sympatii dla Helen Hunt, która w tamtym roku otrzymała swojego rycerza. Foster jest po prostu idealna w roli naukowca, osoby z analitycznym umysłem, jednocześnie trochę zagubionej w swoich uczuciach oraz sprawach duchowych. Jest irytująca lub urocza w zależności od sytuacji, a ponadto trzeba przyznać, że miała tu naprawdę ogromną rolę do zagrania. Poczynając od wielu samotnych scen, przez emocjonalne wystąpienia, aż po kameralne dialogi ze świetnie jej partnerującym Mathew McConaugheyem (jeszcze w roli człowieka ze śliczną buźką). On wciela się w rolę chrześcijańskiego filozofa i tajemniczego “działacza”, z którym Ellie nawiązuje romans. Spotkanie twardo stąpającej po ziemi pani naukowiec z uduchowionym i bardzo inteligentnym, a jak się okazuje również wpływowym człowiekiem, prowadzi do kilku świetnych rozmów o istocie wiary i jej konflikcie z nauką. A może raczej o sztuce pogodzenia jednego z drugim? Jeśli można się czegoś nauczyć z seansu Kontaktu, to na pewno potrzeby konfrontacji idei, kwestionowania dogmatów, szukania odpowiedzi na fundamentalne pytania i przede wszystkim tego, że trzeba zarówno wierzyć, jak i wątpić. Całkiem sporo jak na film rozrywkowy. Parze głównych bohaterów partneruje cała plejada gwiazd w drugim planie. James Woods, John Hurt, Tom Skerritt, William Fichtner, Angela Bassett, czy David Morse to uznane nazwiska i wszyscy spisali się na medal.

Polityk, karierowicz, szuja – w tej roli Tom Skerritt,

Jak wspomniałem, Kontakt powstał bezpośrednio po gigantycznym sukcesie Forresta Gumpa. Zemeckis dostał bardzo pokaźny budżet na realizację swojego kolejnego filmu i z przyjemnością donoszę, że te wszystkie dolary widać niemal w każdej minucie, choć rzadko rzucają się w oczy. Przede wszystkim wprawny obserwator rozpozna kilka znanych lokacji, których użyczono na potrzeby ekipy. Czy będą to wnętrza Białego Domu, wieży kontroli lotów na Przylądku Canaveral, stacji MIR, czy obydwa słynne obserwatoria, wszystko wygląda dokładnie jak w rzeczywistości. Czujne oko dostrzeże też pracę grafików komputerowych, którzy wykonali mrówczą pracę choćby przy kolorowaniu i ujednolicaniu wyglądu nieba w ujęciach z wielkimi antenami. Ekipa musiała się dostosować do cyklu pracy urządzeń i zdjęcia kręcono o różnych porach i w różne dni, a ostatecznie wszystko trzeba było obrobić w postprodukcji. Znakomicie przedstawiono też urządzenie kosmitów, które wygląda tajemniczo i autentycznie. Do tego wysokiego poziomu realizacji koniecznie trzeba dodać rewelacyjne zdjęcia i montaż. Mnóstwo długich ujęć i dynamicznej pracy kamery, znakomicie ukryte cięcia montażowe, piękna kompozycja kadrów, dużo scen z udziałem kilku aktorów, przestrzeń, dziesiątki statystów. Ten film po prostu żyje i jest dopieszczony pod każdym względem, choć często są to detale, które dostrzegą tylko filmowe świry. Na osobne słowa uznania zasługuje jeszcze udźwiękowienie i muzyka. Sam odgłos z kosmosu za każdym razem jeży mi włosy na głowie. Jest złowieszczy, tajemniczy… po prostu obcy, a etatowy współpracownik Zemeckisa – Alan Silvestri stworzył tu jeden ze swoich lepszych soundtracków.

Houston we have a problem.

Kontakt nie jest pewnie pierwszym filmem, który przychodzi na myśl, przy tworzeniu listy tych najlepszych. Recenzje były umiarkowanie pozytywne, wyniki finansowe niezbyt okazałe, nagród branżowych nie otrzymał, generalnie mało kto o nim pamięta, a w filmografii reżysera zaginął między dużo bardziej znanym Forrestem i Cast Away. A ja go uwielbiam. Pokochałem od pierwszego seansu, od pierwszego mrożącego krew w żyłach odgłosu z kosmosu, od pierwszego spojrzenia w błękitne oczy Jodie Foster. To bardzo mądry film o pięknie wszechświata i o tym, jak wiele mamy do odkrycia, a także o tym, że tylko z otwartymi głowami możemy osiągnąć coś wielkiego. Opowieść o tajemnicy, o wytrwałości w dążeniu do celu i o pogoni za marzeniami, oblana wysokobudżetowym sosem i podana w idealnie profesjonalnej formie. Film długi, wielowątkowy, ze znakomitą dramaturgią, rozpisany na kilka aktów, bez zbędnych scen i z fantastycznym zakończeniem. Perfekcja w każdym calu.

-->

Kilka komentarzy do "Kontakt (1997)"

  • 29 lipca 2020 at 12:07
    Permalink

    dla mnie maks 6-7/10; film ciekawy ale przeciągnięty i obiecuje więcej, niż ostatecznie w nim jest. moim zdaniem przyzwoite kino, ale nic więcej. poetyckie przesłanie jest pretensjonalne jak to w hollywood i niezgodne z książkowym. podczas gdy książka rozwija wątek obecności innych form życia we wszechświecie, zemeckis poszedł w demagogie i jakieś tanie godzenie filozofii S-F z religią. może i zamysł ambitny, ale totalnie przestrzelone wykonanie wg mnie.

    maksymalna nota to duża przesada, chociaż i świete prawo recenzenta.

    Reply
  • 29 lipca 2020 at 12:18
    Permalink

    aha, czyli u ciebie noty 10/10 są zarezerwowane dla twoich ulubionych filmów

    recenzent xD

    Reply
    • 29 lipca 2020 at 13:12
      Permalink

      Oczywiście. Nie da się inaczej.

      Reply
      • 29 lipca 2020 at 15:05
        Permalink

        To dość logiczne w sumie xd. Jak dać ocenę 10/10 jak się umiarkowanie podobało?

        Reply
  • 29 lipca 2020 at 15:27
    Permalink

    Świetny film, ale dychy też bym nie dał. Przede wszystkim za głupią wpadkę w zakończeniu. Autorzy przesadzili z chęcią zaskoczenia widza. Chodzi o nagranie, którego dokonała bohaterka Jodi Foster. Czyli jedyna dokumentacja wielomiliardowej misji. Coś takiego zapewne musiałyby badać stada naukowców. I to z wielu krajów. A także inżynierów, wojskowych oraz ludzi, którzy całą imprezę zorganizowali. Czy choćby wreszcie członkowie tej komisji przesłuchującej Jodi. Słowem – najświatlejsze umysły planety. I co? Poza jedną urzędaską z CIA nikt nie zauważył, że to rzekome “nic” trwa ileś tam minut? W takim razie niech bóg broni ludzkość mającą takich reprezentantów. Przecież nawet ja bym na to od razu zwrócił uwagę. Co ja mówię, pan Kazio, zbierający złom na dzielnicy, od razu by na to zwrócił uwagę. Mój pies by na to zwrócił uwagę. To albo nieprawdopodobnie głupie, albo jeszcze bardziej nieprawdopodobnie naiwne.

    Reply
    • 29 lipca 2020 at 20:12
      Permalink

      Tu się zgodzę. Twist fajny, ale kompletnie nierealistyczny.

      Reply
  • 30 lipca 2020 at 07:38
    Permalink

    To nie było skarcenie, tylko prowokacja, żeby recenzent pokazał, co jego zdaniem zasługuje na 10. I dziękuję bardzo, obejrzę “Kontakt” przy pierwszej okazji.

    Reply
  • 30 lipca 2020 at 21:57
    Permalink

    Oglądałem wieku temu ale po recenzji Crowleya natychmiast sprawdziłem kiedy i gdzie mogę sobie na legalu obejrzeć. Książkę też czytałem ale nic z niej już nie pamiętam, poza tym, że bohaterka jako dziecko zastanawiała się skąd Kain wziął żonę. Strasznie mi się to spodobało bo jako dziecko też się nad tym zastanawiałem 🙂

    Reply
  • 3 sierpnia 2020 at 19:39
    Permalink

    Leży na BD na mojej półce ulubionych filmów.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków