Tully (2018)

Dzieci to fajna sprawa, a macierzyństwo jest najpiękniejszą przygodą w życiu. Tak przynajmniej piszą na blogach. Marlo prawdopodobnie uważa nieco inaczej, bo właśnie spodziewa się trzeciego potomka. Pomimo wielkiego brzucha próbuje utrzymać dom w jako takim porządku oraz zajmuje się dwójką starszych dzieciaków. Kiedy po porodzie najmłodsza latorośl daje jej poważnie w kość, za namową brata wynajmuje nocną nianię, czyli tytułową Tully. Tajemnicza dziewczyna pojawia się wieczorem i przejmuje większość obowiązków pani domu, żeby ta mogła się spokojnie wyspać.

Męski szowinistyczny leń i kobieta na skraju załamania nerwowego. Ale czy na pewno to takie proste?

W swoim ubiegłorocznym filmie Jason Reitman po raz kolejny porusza temat macierzyństwa i rodziny, ponownie na podstawie scenariusza Diablo Cody. Lubię filmy Reitmana, bo potrafi w lekki i nienachalny sposób dotykać poważnych spraw, unikając przy tym dydaktyzmu i moralizowania. Ma też świetne oko do aktorów, których obsadza w głównych rolach. Nie inaczej jest w Tully. Mamy tu przede wszystkim przejmujący obraz kobiety na skraju załamania nerwowego i cierpiącej na depresję poporodową, która w nadludzki sposób próbuje przetrwać z dnia na dzień. Dochodzą do tego z pozoru sztampowe problemy w rodzaju wiecznie nieobecnego męża, problematycznego syna, czy sceny typowej amerykańskiej nieporadności, na której widok moja mama pewnie pokiwałaby z politowaniem głową. No i wreszcie Tully, której pojawienie się odmienia rzeczywistość praktycznie z dnia na dzień, a życiowe mądrości zdają się pochodzić od najlepszych internetowych coachów. To jednak tylko pozory prostoty. Scenariusz jest bardzo sprytnie napisany i nic nie jest tak oczywiste, jakby się wydawało na pierwszy rzut oka. Pod płaszczykiem schematów kryje się świetna opowieść o bolesnej autorefleksji i odpowiedzialności za rodzinę oraz za własne szczęście.

Tak wygląda rodzic w czasie opieki nad dziećmi. Nie wierzcie blogom!

Charlize Theron, która dla roli przybrała na wadze 25 kg, ciągnie ten film od pierwszej do ostatniej minuty. Po raz kolejny udowadnia, że oprócz oszałamiającej urody ma ogromny talent aktorski i świetnie odnajduje się przed kamerą niezależnie od gatunku filmowego. Jako zaniedbana i zrezygnowana oraz przytłoczona codziennością matka i żona jest bardzo przekonująca. W dodatku świetnie pokazuje, jaka przemiana zaszła w Marlo po urodzeniu dzieci. Wiele można sobie uzmysłowić na temat własnego życia, widząc, co poświęciła główna bohaterka dla rodziny i, przede wszystkim, jak zgubne może być takie podejście. Bo Tully jest przede wszystkim o tym, że nie chodzi o poświęcanie się. Nie chodzi o męczeństwo w imię szczęścia własnego potomstwa. Szczęście rodziny nie może być konsekwencją rezygnacji ze szczęścia osobistego, zresztą nie da się osiągnąć tego pierwszego bez drugiego. Na pozór Tully to bardzo smutny film, pokazujący kobietę i rodzinę w rozsypce. Tak naprawdę jest to apel o niewyrzekanie się młodzieńczej energii i pasji, które mogą iść w parze z odpowiedzialnością i powagą. Szkoda, że w tym roku konkurencja wśród pań była wyjątkowo mocna, bo Theron spokojnie zasłużyła na wyróżnienie nominacją do Oscara za swoją pracę.

Pojawienie się Tully odmienia życie Marlo i jej bliskich o 180 stopni. Mackenzie Davis stworzyła uroczą, tajemniczą postać, o której celowo nie pisałem praktycznie nic. Niech Tully pozostanie zagadką, dopóki nie obejrzycie filmu.

Świetny i bardzo niejednoznaczny jest również wątek męża Marlo. Na pozór to typowy zabiegany samiec, który kiedy nie pracuje w nudnej firmie, odpala konsolę i gra w głupie gry, a w tym czasie jego żona zaharowuje się na śmierć. W końcówce okazuje się, że oddalenie się od siebie małżonków było głównie skutkiem braku komunikacji. Nagle z męskiego, szowinistycznego, dużego dziecka Drew staje się trochę naiwnym facetem, któremu po prostu wystarczyło powiedzieć, że nie wszystko jest w porządku. Być może odrobina szczerości i przyznanie się do niemocy sprawiłyby, że pewne dramatyczne wydarzenia nie miałyby miejsca.

Można autorom zarzucić przesadny konserwatyzm, próbę usprawiedliwiania własnej słabości, czy wręcz użalania się nad sobą. Można poczuć się manipulowanym przez pokazanie karykaturalnej nieporadności życiowej Marlo. Pewnie dla niektórych będzie to film o wydumanych problemach i oderwany od rzeczywistości, bo gdyby wszyscy byli jak rodzina głównych bohaterów, to pewnie gatunek ludzi dawno by wymarł. Z pewnością trzeba przejawiać odpowiedni poziom wrażliwości, żeby w pełni docenić Tully. Ja kupiłem wszystko to, co widziałem na ekranie, bez żadnego problemu. Zwłaszcza, że końcówka każe nam traktować cały film niezbyt dosłownie i stawia wszystkie wcześniejsze wydarzenia w nowym świetle.

Scena w szkole na pozór błaha, chwyciła mnie za gardło. Diablo Cody ma talent do pisania scenariuszy.

Reitman po raz kolejny stworzył film dający dużo do myślenia i jednocześnie bardzo przystępny. Nie ma pędzącej akcji, są fajne, zwyczajne dialogi i życiowe sytuacje. To naprawdę mądry, pouczający i wzruszający obraz, okraszony znakomitą rolą Charlize Theron. Pewnie widzowie bez własnego potomstwa będą mieli problem z wczuciem się w sytuację bohaterów. Im wszystko może wydać się naciągane i zbyt amerykańskie, a samo rozwiązanie i zakończenie historii na siłę udziwnione. Jeśli zaś mieliście przyjemność spędzić kilka nocy na noszeniu płaczącego niemowlaka, jeśli zdarzyło się wam kiedyś myśleć, że do wożenia dzieci w samochodzie zamiast fotelików, powinno się używać kaftanów bezpieczeństwa i klatek, jeśli odgarnialiście nogą stertę zabawek, żeby przedrzeć się przez salon, to jest spora szansa, że Tully was poruszy. To taki niepozorny, cichy film, który uderza w czułą strunę i nie pozostawia obojętnym.

-->

Kilka komentarzy do "Tully (2018)"

  • 13 marca 2019 at 13:09
    Permalink

    Diablo fajne imię ma ta scenarzystka.

    Reply
    • 14 marca 2019 at 00:41
      Permalink

      To ksywa. Naprawdę nazywa się Brook Busey. W ramach ciekawostki: była striptizerka 🙂

      Reply
  • 13 marca 2019 at 19:04
    Permalink

    Leciał kiedyś na HBO po jakimś serialu i mimochodem zacząłem oglądać. Niby prosty film, po 15 minutach myślałem że przejrzałem fabułę, ot film jakich wiele. Czym dłużej jednak oglądałem tym bardziej mi się podobał, wądki okazały się nieoczywiste, a zakończenie to łoł jak w 6. zmyśle. Trochę deus ex machina, ale jest logiczne i mnie się podobało.
    Warto obejrzeć

    Reply
  • 14 marca 2019 at 00:42
    Permalink

    Gdyby od zaradności życiowej zależałoby przetrwanie dawno byłoby po nas. Ale idziemy na ilość, więc nie ma zagrożenia. Taka mała dygresja.

    Reply
  • 14 marca 2019 at 12:50
    Permalink

    Nie wchodźcie, tytuł wprowadza w błąd. Artykuł nie ma nic wspólnego z rodem Tullych, ani nawet z Grą o Tron

    Reply
    • 14 marca 2019 at 13:02
      Permalink

      I see what you did there!

      Reply
  • 16 czerwca 2019 at 00:07
    Permalink

    “Pewnie widzowie bez własnego potomstwa będą mieli problem z wczuciem się w sytuację bohaterów. Im wszystko może wydać się naciągane i zbyt amerykańskie, a samo rozwiązanie i zakończenie historii na siłę udziwnione.”
    nope. nie mam dzieci, a przynajmniej zadnych mi nie udowodniono, a film mnie poruszyl xD

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków