The Raid 2: Infiltracja (2014)

Fani “Gwiezdnych Wojen” czy “Władcy pierścieni” wiedzą, że czasem kontynuacja może być lepsza niż początek sagi. Rzadka to sytuacja. Nie zdarza się jednak prawie w ogóle by sequel przewyższał część pierwszą tak bardzo, jak “The Raid 2: Infiltracja” przebija “Raid“. Bez owijania w bawełnę: to jeden z najlepszych filmów akcji jakie widziałem od bardzo dawna. Skąd ten zachwyt?

Po pierwsze: fabuła. Tym razem nie mamy zdawkowej i niemrawej opowieści stworzonej jako pretekst dla scen walk i zabijania. Film oferuje historię policjanta pod przykrywką, infiltrującego środowisko mafijne. Nasz znajomy z jedynki – Rama – aby nie paść ofiarą tych, którzy chcą zatuszować wydarzenia z poprzedniej części, musi wsadzić za kraty najważniejszych bossów półświatka. Prochu Gareth Evans drugą odsłoną nie wymyśla, ale kurcze! Jak to jest pokazane! Jak to jest opowiedziane! W końcu sięgnięto po zawodowych aktorów (a towarzystwo z jedynki poszło najwyraźniej na odpowiednie kursy, taki Iko Uwais, ponownie jako Rama, jest rewelacyjny). Nakreślono kilka ciekawych postaci, których historia naprawdę mnie wciągnęła. Nie było tu żadnego wielkiego fabularnego zwrotu akcji, a mimo to śledziłem losy bohaterów w skupieniu, jednym kibicując, innym życząc powolnej i okrutnej śmierci.

Kadr z filmu "The Raid 2: Infiltracja" (2014)
Aktorstwo jest lepsze o dwie klasy.

Po drugie: walka. Jest tak samo dobra, momentami nawet lepsza niż w “Raid”. Są tu walki wręcz, walki na noże i inne przedmioty, strzelaniny i pościgi samochodowe. Pojedynki jeden na jeden i zbiorowe zadymy. W festiwalu przemocy i mordobicia czuć też odrobinę “ducha Tarantino”. Wiecie, trochę autoironii i szczypta puszczania oka do widza. Dostajemy też wszystko to, za co można było polubić jedynkę, zmieniło się jedno: proporcje między fabułą, a scenami akcji są – nie boję się tego napisać – doskonałe!

Po trzecie: styl. Praca kamery to materiał na osobną analizę. Rozłożyły mnie na łopatki nieśpieszne ujęcia, służące do zbudowania nastroju. Urzekły mnie szerokie kadry krajobrazów, na których akcja toczy się czasem tylko w rogu ekranu. Kto robi takie rzeczy w filmach o waleniu kogoś z łokcia w potylicę? Tutaj jest kasa, jest budżet (zauważalnie większy niż w pierwszej części) – jest więc i rozmach. Zaczarowała mnie znów muzyka, w całym filmie dobrana rewelacyjnie. A finałowy pojedynek na pięści, ma podkład rodem z filmów karate z lat 80-tych! Najlepszy możliwy hołd dla źródeł gatunku. Dodatkowo mam wrażenie, że dosadna brutalność z jedynki tu poszła (nieprzesadnie) w stronę groteski. Sceny są bardziej przerysowane, a kilka (bejsbol, młotki, metro, wąski korytarz) ociera się o wczesnego Tarantino (Quentin po raz drugi!).

Kadr z filmu "The Raid 2: Infiltracja" (2014)
Fabuła jest lepsza o trzy gwiazdki.

Po czwarte: minusy. Są… a właściwie: jest. Jedyny zarzut jaki mam do reżysera to recycling w obsadzie. Bez zagłębiania się w detale: ot, choćby jeden z charakterystycznych aktorów z “Raid” wraca w sequelu, ale… jako zupełnie inna postać. Oglądałem obie pozycje niedługo po sobie i bardzo rzuciło mi się to w oczy. Początkowo nie wiedziałem co się dzieje i aż sięgałem do google, żeby sprawdzić czy to ja pominąłem jakiś detal z jedynki czy Gareth Evans chciał znów pracować z tą samą ekipą (mimo, że część z postaci nie przeżyła ostatnim razem). Wyszło na to drugie.

Werdykt: blisko do perfekcji. “The Raid 2: Infiltracja” to kino w swojej kategorii niemal kompletne. Z jednej strony nie próbuje udawać filmu mądrzejszego niż jest. Z drugiej – umiejętnie wyciska ze swojego gatunku 100% esencji. Odpowiednie tempo, rewelacyjne sceny walki, niezła historia, interesujące postaci, dwa naprawdę wzruszające momenty (!!!) i poruszające, pseudo-otwarte zakończenie. Może dałoby się to zrobić jeszcze lepiej, ale ewentualny margines na poprawki jest naprawdę symboliczny. Wręcz pomijalny. Aż mi się przypomniała… animacja “Ratatuj”, w której był wątek o tym, że najtrudniej w kuchni zrobić rzecz prostą ale w taki sposób, żeby pobiła na głowę najbardziej wyszukane kulinarne cuda. Sequel Evansa to proste “kiling end fajting” podane tak, że ręce same składają się do braw!

Kadr z filmu "The Raid 2: Infiltracja" (2014)
Nawet sama walka pokazana jest jeszcze lepiej, wzorcowy sequel!

Na koniec ciekawostka. Produkcja miała budżet 4,5 mln dolarów. CZTERY I PÓŁ MILIONA USD! To mniej niż taki Mark Wahlberg dostaje za udział w dowolnym kabanie o wielkich robotach! Dlatego, mimo oficjalnej dziewiątki poniżej, jeśli idzie o stosunek budżet/jakość, “The Raid 2: Infiltracja” dostaje ode mnie okrągłą, honorową dychę. Bierzcie Evansa do Hollywood i dajcie mu przyzwoitą kasę… albo i nie? Jak masz mniej środków i musisz kombinować, to stajesz się bardziej kreatywny (jak George Lucas w latach 77-83), a jak wszystkiego jest za dużo to jedziesz po linii najmniejszego oporu (ten sam Lucas 99-05).

P.S. Rama, jak wszyscy prawdziwi faceci, nosi zegarek na prawej! 😉

-->

Kilka komentarzy do "The Raid 2: Infiltracja (2014)"

  • 2 listopada 2018 at 12:59
    Permalink

    dla mnie ta cala fabula wydala sie jakas naciagana i niewiarygodna, moze i sceny walk byly bardziej roznorodne, ale tych z jedynki nic nie przebije. dziwi mnie ten zachwyt nad sequelem.

    Reply
    • SithFrog
      5 listopada 2018 at 17:17
      Permalink

      Co kto lubi 😉 Ja potrzebowałem lepiej poznać bohaterów, żeby mi zależało. Żeby prócz nawalanki była jeszcze jakaś historia. W sequelu dostałem to plus wszystko co dobre w jedynce.

      Reply
  • 2 listopada 2018 at 20:09
    Permalink

    Drugi raz wspomnę o ‘The apostle’ stwierdzając, że mając lepszy budżet i znane (w miarę) nazwiska Evans dał ciała.

    Obie części ‘Raid’ różne, obie świetne, obie 8/10.

    Dawno w kinie kopanym nie było takiego odkrycia jak Uwais. Chyba od czasu Jeta Li, bo Donnie Yen imho wypada słabiej.

    Reply
    • SithFrog
      5 listopada 2018 at 17:19
      Permalink

      Zgadzam się. To mnie zdziwiło najbardziej przy The Raid 2. Jaki skok jakościowy zanotował ten chłopak w tak krótkim czasie jeśli chodzi o umiejętności aktorskie.

      A co z tym “The Apostole”? Warto w ogóle sprawdzić czy lepiej nie tykać?

      Reply
  • DaeL
    2 listopada 2018 at 23:23
    Permalink

    Ej, SithFrogu, ale we Władcy Pierścieni, to właśnie najlepsza była część pierwsza – Drużyna Pierścienia.

    Reply
    • 2 listopada 2018 at 23:33
      Permalink

      Że tak zacytuję jedną z najciekawszych postaci z następnych części “A gdzie tam koń i gdzie jeździec?”. Jedynka jest przyjemna, ale batalistyką i rozmachem nawet się nie umywa do kontynuacji. Co do fabuły – to rzecz dyskusyjna.

      Reply
      • 3 listopada 2018 at 20:23
        Permalink

        Um… a gdzie niby do Drużyny mieli wcisnąć batalistykę? No chyba, że przyjmujesz, że film się liczy jak są bitwy. Chociaż to może popularny pogląd i właśnie dlatego Peter Jackson zaserwował nam Bitwę Pięciu Armii xD

        Reply
        • 3 listopada 2018 at 22:42
          Permalink

          Nie uważam, że batalistyka jest najważniejsza, ale musisz przyznać, że bitwa o Hełmowy Jar i oblężenie Minas Tirith zapadają w pamięci i pozwalają się wykazać Theodenowi i Eowinie, Aragornowi,Gimliemu wraz z Legolasem oraz Gandalfowi. Poza tym druga i trzecia część pokazują nam naprawdę dobrą, rozbudowaną scenerię oraz dużo cięższy, apokaliptyczny klimat – czuć wagę misji Froda i Aragorna. Nie będę jednak ukrywał, że wielka bitwa dobra ze złem jest ważną częścią tradycyjnego epickiego fantasy.

          Reply
          • SithFrog
            5 listopada 2018 at 17:23
            Permalink

            “bitwa o Hełmowy Jar i oblężenie Minas Tirith zapadają w pamięci”

            O to to to to! To! Jedynka to przyjemne baśniowe wprowadzenie, ale poza Barlogiem zupełnie bez pierdzielnięcia, a trójka ma rozwleczone zakończenie.

            Dwójka idealnie prowadzi wątki, dokłada niesamowite sceny batalistyczne i generalnie wszystko ma najlepsze. Przy czym pozostałe dwie części nadal są rewelacyjne.

            Reply
          • 8 listopada 2018 at 15:56
            Permalink

            No dobrze, tylko Władca Pierścieni to nie są trzy oddzielne (w sensie samodzielne) filmy. Dwie Wieże nie są żadnym sequelem! To jedna opowieść o jednej długiej misji. Gdyby to jeszcze były trzy oddzielne przygody tych samych bohaterów, to od biedy dałoby się robić takie porównanie. A tak to jak twierdzić, że początki książek/filmów/opowieści są słabe i zbędne. Albo że akcja jest lepsza od dramatu. Tylko raczej nie da się w ten sposób snuć historii – wszystko jest potrzebne. Żeby pokazać konflikt musisz w większości przypadków (zwłaszcza jeśli chodzi Ci o opowiedzenie jakiejś głębszej treści) nakreślić sytuację, ustawić pionki na szachownicy, przedstawić ich cele i motywację. Inaczej przeważnie otrzymasz bezsensowną napierdzielankę (która owszem może być sztuką samą w sobie). Generalnie chodzi mi o to, że oczywiście środek opowieści może być lepszy niż początek, ale raczej nie dlatego, że są w nim elementy, których brak we wstępie wynika z logiki konstrukcji fabuły. Jak chodzę po górach nie czepiam się, że na szczyt się idzie pod górę zamiast w dół 😉
            W dwóch pierwszych księgach Władcy nie ma wielkich epickich bitew, nie ma ich więc w filmowej Drużynie. Powinien PJ dopisać? Film byłby lepszy? (omg)
            I nieco uparcie wrócę do Hobbita -> wielka epicka bitwa jest w trójce i jest to część najsłabsza.

            Natomiast przywoływane SW to inny przypadek, bo tam mimo ciągłości wydarzeń da się wydzielić odrębne historie/misje.

            Trójka LOTR zaś ma z 15 zakończeń następujących kolejno po sobie bez jakiegokolwiek łącznika między nimi. Bardzo… dziwne to było. Zawiera też najkoszmarniejszą dopisaną/wypaczoną scenę jaką mogli sobie wymyślić (tę ze ścięciem głowy posła Mordoru)… Agrrr

            Przy czym uwielbiam zarówno książki jak i filmy. Zauważam nieperfekcyjności, czasem zębem zgrzytnę, ale wciąż uwielbiam 🙂

            Reply
            • SithFrog
              8 listopada 2018 at 22:07
              Permalink

              Ja wiem, że to jedna całość, ale jednak mam tak, że przyjemniej mi się wraca do dwójki niż do pozostałych (które i tak są przecież bardzo dobre). No i dwójka ma najlepszą, najbardziej dramatyczną i emocjonalną scenę w całej trylogii. Nawet jak oglądam sam wyrywek na yt to mi się zbiera na płacz. W kinie ryczałem jak bóbr.

              https://www.youtube.com/watch?v=d0Mtlklmna0

              Reply
    • 3 listopada 2018 at 06:06
      Permalink

      Najlepsza była trójka! Skondensowano w niej największe zalety jedynki i dwójki.

      Reply
      • SithFrog
        5 listopada 2018 at 17:21
        Permalink

        Trójka byłaby najlepsza gdyby nie ostatnie 45 minut z 7 róznymi zakończeniami.

        Reply
      • SithFrog
        5 listopada 2018 at 17:22
        Permalink

        Bezwzględnie!

        Reply
    • SithFrog
      5 listopada 2018 at 17:20
      Permalink

      Ej Daelu, wybaczam ci te bluźnierstwa albowiem nie wiesz co czynisz 😉

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków