Raid (2011)

Dwudziestu indonezyjskich policjantów z jednostki specjalnej jedzie na akcję. Mają aresztować lokalnego bossa mafii. Ten zamieszkuje trzydziestopiętrowy apartamentowiec po brzegi wypchany narkotykami, bronią palną i białą, śmierdzącymi klatkami schodowymi, zbirami, bandziorami, womitami i czystym złem. Nasi dzielni stróże prawa wpadają do środka, blok zostaje odcięty od świata, a na wsparcie nie ma co liczyć. Brzmi jak historia pewnego jednoosobowego trybunału sprawiedliwości? Może, ale o plagiacie nie ma mowy. “Raid” pojawił kilka miesięcy wcześniej niż “Dredd”. Z filmem o sędzim z Mega-City One łączy “Raid” nieco pretekstowa fabuła. Głównym bohaterem indonezyjskiej produkcji jest jeden z policjantów, gość o swojsko brzmiącym imieniu Rama (nie mylić z margaryną). Gdzieś tam w tle jego walki jest spisek, motyw rodzinny i braterstwo broni, ale kto by się tym przejmował?

Kadr z filmu "Raid"
Adżjaaaaaaaaaaaaa!!!

Bo tak naprawdę, to celem filmu jest pokazanie brutalnej, naturalistycznej, dynamicznej i wyjątkowo efektownej walki policjantów z bandytami. Konflikt rozgrywa się na wiele sposobów. Ale bynajmniej nie w sferze werbalnej. Mamy tu strzelaniny z użyciem karabinów i pistoletów, zbiorowe “maczetowanie” (widownia z Krakowa będzie zachwycona), jak również intensywne pojedynki jeden na jeden. Wszystkie chwyty i narzędzia zbrodni dozwolone. Film ocieka przemocą i kipi od emocji. Jak już zaczyna się rąbanka, to nie ma czasu nawet na mruganie. I tak aż do samego finału.

I w tym momencie można byłoby powiedzieć, że to wszystko takie prymitywne, powtarzalne, że się biją zamiast kontemplować egzystencjalne lęki… Tylko, że koncepcja filmu naprawdę się sprawdza, a widz siedzi przed ekranem jak zaczarowany. To jest właśnie siła, która tkwi w “Raid”. Dawno nie widziałem tylu pomysłów na pokazanie stosunkowo prostych scen walki. Choreografia walk hipnotyzuje, sposób filmowania pojedynków imponuje. Czyste filmowe rzemiosło. Żadnych pół i ćwierć-sekundowych ujęć, od których można dostać padaczki. W każdym momencie widać co się dzieje i kto kogo czym akurat okłada. A robią to chłopaki z niesamowitą gracją. Celowo napisałem chłopaki, a nie aktorzy. Po pierwsze, dlatego, że to sami faceci – w filmie występuje jedna kobieta przez jakieś 60 sekund; po drugie: profesjonalnego aktorstwa podczas seansu podziwiamy tyle, co w “Pamiętnikach z wakacji” i “Ukrytej prawdzie”. Ale powtarzam – nic nie szkodzi. Na ten film był po prostu zupełnie inny pomysł i ten pomysł działa. No i jeszcze do tego muzyka – świetnie dopasowana, doskonale podkręcająca napięcie.

Kadr z filmu "Raid"
Uijaaaaaaaaa!!!

Brak profesjonalnej gry aktorskiej i traktowanie fabuły to na ogół cechy dyskwalifikujące film. Na ogół, ale nie tym razem. Na “Raid” trzeba patrzeć jak na przedstawienie baletowe. Nikt nie wybiera się na “Jezioro Łabędzie”, żeby poznać historię trójkąta miłosnego z ptactwem wodnym. Ci, którzy kochają balet, oglądają go dla podziwiania kunsztu tancerzy. I tak samo jest z filmem “Raid”. Tylko że pada trochę więcej trupów.

Ten tytuł to po prostu piękna reklama sztuk walki oraz hołd dla kina kung-fu z czasów Bruce’a Lee. Gareth Evans (scenariusz i reżyseria) musi kochać “Wejście smoka” czy “Krwawy sport”. A jeśli Ty, potencjalny widzu, nie możesz znieść scen, w których bohater w mgnieniu oka zadaje pięć kopniaków w głowę, tudzież nie lubisz krzyków ‘adżja’ co parę sekund – to nie jest film dla ciebie. Jeśli natomiast lubisz wszystko powyższe i chcesz zobaczyć świeżą i dobrze zrealizowaną siekaninę – polecam. Ode mnie tylko szóstka, bo intensywność akcji połączona z brakiem fabuły w końcu mnie zmęczyła (film jednak powinien raz czy dwa trochę zwolnić tempo), ale i tak cieszę się, że go obejrzałem. Chylę czoła przed umiejętnościami wojowników i chcę zobaczyć sequel.

P.S. Oryginalny tytuł filmu to “Serbuan maut”, czasem występuje też jako “The Raid: Redemption”.

-->

Kilka komentarzy do "Raid (2011)"

  • 30 października 2018 at 12:16
    Permalink

    “zbiorowe “maczetowanie” (widownia z Krakowa będzie zachwycona)”
    xDDDDDDDDDD

    Reply
    • 30 października 2018 at 12:21
      Permalink

      Machete Cortez również powinien być zadowolony.

      Reply
      • SithFrog
        30 października 2018 at 12:22
        Permalink

        Tu nie byłbym taki pewien. On zapewne uznałby, że wszystkie strzelaniny i walki wręcz powinni zamienić na sceny z użyciem maczet. No i nikt tu nikomu nie wyrywa jelita, żeby użyć jako liny. Pod tym kątem szału nie ma 😉

        Reply
        • 30 października 2018 at 14:25
          Permalink

          Wiadomo, że mistrzowskiego poziomu nie osiągną, ale te tzw. “momenty” panu Machete powinny się spodobać. Reszta to tylko tło i zwalnianie tempa, które Ty rozumiesz
          trochę inaczej 😉

          Reply
          • SithFrog
            30 października 2018 at 15:34
            Permalink

            Prawda, nie powinienem w ogóle próbować zgadywać co myśli Pan machete, albowiem nie jestem godzien nawet kabury na maczetę za nim nosić 😉

            Reply
  • 30 października 2018 at 12:49
    Permalink

    w sequelu jest wiecej “fabuly” i ci sami aktorzy(nawet ci zmarli w 1 czesci, graja po prostu jakies inne role), ale ciekawych walk tak jakby mniej. jedynka lepsza!

    Reply
    • 30 października 2018 at 12:49
      Permalink

      ups
      *”aktorzy”

      Reply
    • SithFrog
      30 października 2018 at 15:33
      Permalink

      A widzisz. Tekst już niedługo, ale moim zdaniem jest odwrotnie. Sequel ma więcej fabuły, chłopaki podszkolili się w aktorstwie i… nie będę się rozpisywał, bo pewnie niedługo na głównej 😉

      Reply
  • 30 października 2018 at 15:54
    Permalink

    Za niska ta ocena. Film spełnia wszystkie założenia, które spełnić miał. W swojej kategorii poziom nieoglądany bodaj od czasu pierwszego ‘Ong baka’.

    Reply
    • SithFrog
      30 października 2018 at 16:13
      Permalink

      Nie wiem jakie były założenia. Mi zabrakło kilku punktów zaczepienia, takich, żeby mnie wciągnęło na całego. Zresztą po obejrzeniu dwójki mogę tylko napisać, że Evans wiedział czego zabrakło w jedynce 😉

      Reply
      • 30 października 2018 at 19:04
        Permalink

        Obie części różne od siebie, obie świetne.

        Niby wspominasz ‘Krwawy sport’, ale mam wrażenie, że jednak nie jesteś fanem filmów martial arts. ‘Raid’ to klasyczny przedstawiciel gatunku. Z dodatkowym smaczkiem w postaci sztuki silat.

        Szkoda, że Evansowi w kolejnym filmie (‘The apostle’) się pomieszało.

        ‘Dredd’ jako porównanie o tyle mi nie pasuje, bo miał inne założenia. Miał to być ciekawy saj faj, wyszło mordobicie. Wersja ze Sly’em S. wygrała.

        Reply
        • SithFrog
          30 października 2018 at 19:14
          Permalink

          Nic nie poradzę, że masz takie wrażenie 🙂

          A Dredda porównałem tylko pod kątem fabuły, bo przecież jest niemal identyczna.

          W kwestii zaś filmów o Dredzie to wybacz, ale ten ze Sly’em to mogę oglądać tylko jako “tak zły, że aż dobry/śmieszny”, nie ma nawet startu do tego z 2012 jeśli bierzemy oba na serio.

          Reply
  • 31 października 2018 at 11:56
    Permalink

    Sorki za OT, ale póki temat świeży chciałbym zgłosić propozycję, żeby któryś z naszych recenzentów napisał coś o filmie “Zwierz” (Wer). Czy tylko mnie się ten film podoba? Według mnie to jeden z najciekawszych filmów ostatnich lat w swojej kategorii, a zadziwiająco mało się o nim słyszy.

    Reply
    • SithFrog
      8 listopada 2018 at 22:08
      Permalink

      Pierwsze słyszę. Zaintrygowałeś mnie.

      Reply
  • Pingback: The Raid 2: Infiltracja (2014) – FSGK.PL

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków