Bez Prądu: Escape Tales – Rytuał Przebudzenia

Escape room to rozrywka, która zyskuje ostatnimi czasy coraz większą popularność. Mało kto jednak kojarzy, iż jej historia wywodzi się ze… świata wirtualnego. Tak, pierwsze escape roomy były grami komputerowymi i dopiero po latach zaczęły pojawiać się w realnym świecie. Ale od jakiegoś czasu możemy już wraz z grupą przyjaciół wejść do zamkniętego i jak najbardziej rzeczywistego pokoju, a następnie sprawdzić się w rozwiązywaniu przeróżnych zagadek i znaleźć drogę ucieczki… albo nie. Od niedawna Escape roomy pojawiają się również w grach planszowych. Zwykle, podobnie jak w przypadku pierwowzorów, są to pozycje jednorazowe – znajomość rozwiązania zagadek zwyczajnie sprawia, iż podchodzenie do tytułu po raz drugi mija się z celem. Co więcej, mamy pozycje (np. seria Exit) w których część elementów gry musimy zniszczyć. Ostatnio pojawiła się jednak na rynku ciekawa nowość. Mam tutaj na myśli grę planszową wydawnictwa Board & Dice pt. “Escape Tales: Rytuał Przebudzenia”. Sami autorzy nazywają ją “story driven escape game” – czyli fabularnym escape roomem. To pozycja nietypowa, bo jak zapewniają autorzy rozgrywka jest mocno skupiona na fabule oraz… zapewnia regrywalność, a to dzięki siedmiu zakończeniom i swobodnej eksploracji. A jak wypadło to w rzeczywistości? Zapraszam do mojej dzisiejszej recenzji. Niemniej na samym początku chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden szczegół – zdjęcia które zostały w niej zamieszczone mogą zawierać minimalne spoilery. Starałem się ich unikać, jednak sugeruję nie przyglądać się detalom zbyt dokładnie.

Szalenie klimatyczne pudło z grą

Zanim zagłębimy się w samą grę, pragnę pochylić się na chwilę nad wykonaniem gry. Jest ono minimalistyczne, a jednocześnie fenomenalne. Gra składa się z raptem jednaj planszy, 18 prostych żetonów do oznaczania wykonywanych czynności, książki paragrafowej z opowiadaną historią oraz 149 kart. Jednak te ostatnie zostały okraszone rewelacyjnymi grafikami, które bardzo mocno wprowadziły mnie w klimat przygody. Ba, wydawca pomyślał nawet o tak drobnym szczególe jak specjalne karty blokujące “spoilery” gdyby ktoś przez przypadek obrócił talię! Największe brawa należą się za sam projekt grafiki na pudełku – dawno nie widziałem tak rewelacyjnej i pasującej do klimatu oraz historii gry okładki! Czapki z głów! W tym wszystkim pojawia się jednak łyżka dziegciu. Mianowicie pozycja ta wymaga od nas zainstalowania na smartphonie/tablecie/komputerze aplikacji, w której będziemy wprowadzać odpowiedzi na zagadki. I jest to pod względem wykonania najsłabszy element, jednocześnie niewykorzystujący w pełni możliwości technologii. Nie zrozumcie mnie źle – aplikacja wpasowuje się doskonale w minimalistyczną konwencję. Dostajemy jedną planszę z ikonami poszczególnych zagadek i możemy podawać odpowiedzi i… właściwie tyle. Tylko że sama gra aż błaga o dodanie do aplikacji podkładu z klimatyczną muzyką.

Wszystkie komponenty wyłożone i posegregowane.
Karta ostrzegająca i chroniąca przed spoilerami.

O czym jednak opowiada nam “Rytuał Przebudzenia”? Przedstawia nam historię Sama – samotnego ojca, który 5 lat wcześniej musiał pogodzić się ze stratą żony. Gdy wydawało mu się, że wszystko co najgorsze minęło, jego córka Lizzy nagle zapadła w głęboką i niewytłumaczalną śpiączkę. Lekarze rozkładają szeroko ręce, a stan dziecka nie ulega poprawie. Sam postanawia więc poszukać ludzi, którzy przeżyli podobną sytuację. Los okazuje się łaskawy, i mężczyzna szybko natrafia na historię Marka i jego syna. Postanawia się z nimi skontaktować, a Mark, mimo ogromnej niechęci, opowiada mu o rytuale przebudzenia i przekazuje niezbędną do jego wykonania księgę. I w tym miejscu przygodę rozpoczynamy my. Będziemy musieli przemierzać lokacje poza czasem i przestrzenią, aby podjąć próbę wybudzenia Lizzy ze śpiączki. W trakcie podróży natrafimy na wiele zagadek, które będziemy musieli rozwiązać, by odkryć ukryte portale do kolejnych miejsc. Niekiedy natrafimy również na inne postacie – i tylko od nas będzie zależało czy im zaufamy.

Pierwsza lokacja gotowa do eksploracji…
…oraz jej karta układu.

Jak wygląda sama mechanika rozgrywki? Jest bardzo prosta i przystępna. Zwykle po przeczytaniu paragrafu z historią, dobieramy konkretną kartę ze stosu, która przedstawia naszą najnowszą lokację podzieloną na sektory i każe nam w dokładny sposób odwzorować ją z kart lokacji na planszy. Następnie dobieramy dokładnie określoną liczbę akcji. Każdy z takich żetonów możemy umieścić na dowolnym sektorze, ten z kolei odsyła nas do kolejnego paragrafu, a my wykonujemy z niego polecenia. W pewnym momencie eksploracji oraz odgadywania zagadek odkryjemy przejście do kolejnego pomieszczenia i sytuacja się powtórzy. Tutaj warto wspomnieć o bardzo ciekawym mechanizmie. Otóż żetonów akcji niemal zawsze będziemy posiadać niewystarczającą ilość. Aby móc dobrać kolejne, należy zapoznać się z treścią jednej z dziewięciu kart zatracenia, atakującej gracza wspomnieniami. Ponadto autorzy ostrzegają przed zbyt intensywnym korzystaniem z tej talii, gdyż może to mieć wpływ na sam przebieg jak i zakończenie gry, gdyż… no cóż, nie zamierzam spoilerować, więc tylko potwierdzę, iż rzeczywiście tak jest. A jednocześnie powiem, że korzystania z nich nie będziemy w stanie uniknąć.

Główny stos kart.

Mogę również z całą stanowczością stwierdzić, iż twórcy wywiązali się z obietnicy i pozycja ta może pochwalić się regrywalnością. Dzieje się tam z kilku powodów. Po pierwsze, podczas jednej rozgrywki mamy możliwość podejmowania wyborów, które przekierują nas do innych lokacji z nowymi zagadkami. Po drugie, część wyborów wpływa na zakończenie gry. Po trzecie, karty zatracenia powodują, iż nasza rozgrywka może zostać popchnięta na zupełnie nowe tory. I wreszcie po czwarte, uważam, że historia jest opowiedziana w tak fenomenalny sposób. Aż chce się poznać alternatywne opcje i zakończenia. Oczywiście rozumiem, że znajomość rozwiązań zagadek czy też tego co kryje się w paragrafach tekstu może odrobinę wypaczać sens powtarzania partii, niemniej nadal uważam, że warto. Przecież zawsze można odczekać 2 lub 3 tygodnie, skupić się na innych sprawach i powrócić do pozycji po tym czasie, gdy część wspomnień z gry już wyparuje.

Mam tutaj jedna pewno “ale”. Na pudełku możemy przeczytać, iż w pozycję tą może grać od 1-4 graczy. Ja jednak uważam, iż jest ona jedno-, ewentualnie dwuosobowa. Właśnie ze względu na ogromny nacisk na fabułę. Większa liczba graczy może zwyczajnie wytrącić nas z budowanej narracją atmosfery.  Same zagadki, które przyjdzie nam rozwiązać, stoją na dobrym poziomie, a jednocześnie aplikacja w razie potrzeby pozwala na sprawdzenie podpowiedzi. W przypadku ostatecznego “kryzysu” potrafi nam nawet podać poprawną odpowiedź, byle byśmy mogli nadal podążać za opowieścią. Ja przyznam szczerze, że zdarzyło mi się raz z tej opcji skorzystać.

Karta jednego z opiekunów

“Escape Tales: Rytuał Przebudzenia” to świeże podejście do tematu escape roomów w grach planszowych. Bawiłem się przy grze doskonale, a po pierwszym zakończeniu historii zapragnąłem powtórki. Może też dlatego, że zakończenie które osiągnąłem wcale nie było tym, czego oczekiwałem. Jak niejednokrotnie pisałem, w grach planszowych uwielbiam dobrze opowiedzianą historię. Dlatego uznaję “Rytuał Przebudzenia” za pozycję niemal obowiązkową. Zostałem również mile zaskoczony przez wydawnictwo Board & Dice” faktem, iż gra od razu wylądowała w sklepach za bardzo rozsądne pieniądze. W dobie dzisiejszych nowości wylewających się prosto z Kickstartera czy innych wspieraczek, które kuszą umową na zasadzie “daj pan miliard monet, a już za 2 lata będziesz mógł się pan cieszyć nową grą”, sugerowana cena detaliczna na poziomie 110 zł jest bardzo, ale to bardzo atrakcyjna. Jeśli więc lubicie dobre historie lub escape roomy, gra Was nie zawiedzie. A ja polecam i wystawiam jej zasłużone:

 

Plusy:

  • dobra jakość wykonania
  • fantastycznie opowiedziana historia
  • atrakcyjna cena
  • proste zasady
  • escape room z regrywalnością!

Minusy:

  • brak podkładu dźwiękowego w aplikacji
-->

Kilka komentarzy do "Bez Prądu: Escape Tales – Rytuał Przebudzenia"

  • 16 listopada 2018 at 12:45
    Permalink

    Miałem dziś jechać po jedną z serii gier Exit, ale zaciekawiłeś mnie i teraz mam dylemat. Tamte są jednorazowe, więc value for money wydaje się być po stronie Escape Tales. Damn!

    Reply
    • 16 listopada 2018 at 13:09
      Permalink

      Bierz to i się nie zastanawiaj nawet!

      Reply
      • 16 listopada 2018 at 13:24
        Permalink

        A jest żonoodporna? 😀 If you know what I mean…

        Reply
        • 16 listopada 2018 at 16:34
          Permalink

          Jest. Mozesz grac solo 😉

          Nie no, mowiac powaznie to temat i historia sa tak fajne ze raczej nie powinno byc problemu.

          Reply
          • 16 listopada 2018 at 17:13
            Permalink

            Kupiłem. Najwyżej będziesz mi wisiał dobre piwo.

            Reply
            • 20 listopada 2018 at 00:20
              Permalink

              Coś to się Crowley nie odzywa. Czyżby jednak gierka nie była żonoodporna? 😀

              Reply
              • 20 listopada 2018 at 11:45
                Permalink

                Dziś będę grał w grę. Jeśli się nie będę już więcej odzywał, to wiadomo dlaczego.

                Reply
  • 20 listopada 2018 at 23:24
    Permalink

    No więc… (zdania nie zaczyna się od no więc)

    Skończyłem pierwszą rozgrywkę. Sam pomysł na paragrafówkę połączoną z zagadkami, jak i większość łamigłówek mi się podobają. Wykonanie i mechanika też dają radę, chociaż chyba pechowo czasami wybierałem pola do zbadania. Były momenty, że miałem rozgrzebane trzy zagadki i żadnej nie mogłem skończyć, bo brakowało mi do nich odkrytych kart. Trochę mnie to wkurzało, ale na pewno daje to impuls do ponownej rozgrywki.
    Niektórych zagadek nie ruszyłbym bez podpowiedzi, ze dwa razy pomyliłem się w liczeniu (ale to tak, że aż wstyd przyznać), ale ogólnie poziom trudności jest w porządku. Mam jednak jedno poważne zastrzeżenie. Zakończenie. Może taka ze mnie ciapa, że odkryłem najgorsze z możliwych (chociaż z ciekawości sprawdziłem, co by było, gdybym przy ostatniej karcie dokonał innego wyboru i wcale nie było wiele lepiej), ale no kurna… Trzy godziny łamania głowy tylko po to, żeby… No nie będę spoilerował, w każdym razie poczułem się, jakbym dostał w ryj mokrą szmatą. Nie oczekiwałem od razu happy endu i pierdzących jednorożców, ale moja historia skończyła się tak, jakby w połowie Matrixa Neo umarł, bo ktoś przez przypadek rozłączył modem. Albo jakby na koniec Powrotu Jedi okazało się, że po zniszczeniu drugiej Gwiazdy śmierci ktoś po prostu zrobił trzecią, wielkości planety i naparzał nią w gwiazdy, a Luke został starym dziadygą i doił kosmiczne krowy. Oh wait… Nie, nie, nie… albo coś dokumentnie schrzaniłem i po prostu zepsułem grę, albo to jakiś ponury żart. Spróbuję za jakiś czas drugiego podejścia, ale coś jest nie tak, kiedy po dość wyczerpującej rozgrywce jedyna nagroda, jaka czeka na graczy, to plansza z napisem: looser! No wkurzyłem się.
    I jeszcze z drobiazgów, można było dać jakąś wypraskę, żeby nie trzeba było kart wiązać gumkami (których akurat nie mam pod ręką).

    Reply
  • Pingback: Bez Prądu: Escape Room – Skok w Wenecji – FSGK.PL

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków