Layers of Fear

Halloween/Uroczystość Wszystkich Świętych/Zaduszki/Policyjna Akcja Znicz już za pasem, więc okazja jest wyśmienita, by rzucić okiem na horror. I to horror nie byle jaki, bo stworzony przez polskiego developera – Bloober Team – i poświęcony… malarstwu. Nie jest to tematyka często podejmowana przez twórców gier wideo.

W “Layers of Fear” kierujemy poczynaniami malarza, który wróciwszy do domu (a skąd wrócił – to osobna i bardzo ciekawa sprawa), chce rozpocząć pracę nad swym “magnum opus”, dziełem życia. Ale że artysta w pełni stabilny psychicznie nie jest, rozpoczęcie pracy zbiegnie się z wdzierającymi się na jawę koszmarami. Każda warstwa obrazu, będzie tytułową warstwą strachu, a malarz, przemierzając pomieszczenia swojego domu, powoli odkryje przed nami tajemnicę swojej przeszłości. Obrazy będą nie tylko tłem, ale źródłem lęków i kluczem do rozwiązania zagadki.

Zaczynamy malowanie.

Gra pod wieloma względami przypomina “Gone Home”, tudzież recenzowany przeze mnie tytuł innego polskiego studia – “The Vanishing of Ethan Carter”. Z tą drugą produkcją “Layers of Fear” połączył przede wszystkim urzekający sposób prezentowania świata. I choć “Ethan Carter” był pod względem wizualnym grą ambitniejszą i stworzoną z większym rozmachem, to nie można odmówić studiu Bloober ogromnego kunsztu w tworzeniu graficznej strony gry. “Layers of Fear” wygląda pięknie, nawet wtedy, gdy usiłuje nas przerazić. Ogromna w tym zasługa nie tylko umiejętnie stworzonego środowiska domu, gry świateł, tekstur, ale również doboru obrazów. Bo przyznam, że właśnie malowidła – prawdziwe, albo zmodyfikowane przez twórców – są jednym z głównych źródeł niepokoju, jaki wkrada się w serce gracza podczas eksploracji posiadłości malarza.

Dama gronostajem. Ktoś zgubił literkę “z”.

Zapewne dla osoby, która sztuką piękną żyje i oddycha, możliwość zobaczenia znajomych obrazów w nowym, lekko przerażającym kontekście, będzie doznaniem fascynującym. Ja przyznam się do ignorancji w tym względzie. Potrafiłem nazwać tylko kilka dzieł – Rembrandta w pierwszym pomieszczeniu gry, Goyę na schodach i później w jednym z korytarzy, Nocną marę Füssliego, Zstąpienie Chrystusa do piekieł Hieronima Boscha… może coś jeszcze, ale w tej chwili naprawdę nie potrafię sobie przypomnieć. Nie jest to wynik oszałamiający, zważywszy na ilość dzieł sztuki, z jakimi mamy w grze styczność, ale i tak czułem, że rozpoznając obraz odczytuję pewną myśl, którą twórcy gry chcieli mi przekazać. Mimo potwornych okoliczności, było to doznanie dość przyjemne.

Korytarze posiadłości.

Ale świat gry opowiada nam historię nie tylko przy pomocy obrazów. Sam dom snuje własną opowieść, rozpada się, odsłaniając bolesną prawdę na temat stanu psychicznego malarza, oraz wydarzeń, które doprowadziły do tragedii. Zmienia rozkład pomieszczeń, konfuduje, budzi trwogę… Kilka razy byłem naprawdę pod ogromnym wrażeniem tego jak subtelne i delikatne są sugestie, którymi gra próbuje nami manipulować. Chwilami “Layers of Fear” wzbija się na prawdziwe wyżyny narracji, znajdując środki jak najbardziej adekwatne do bardzo trudnej tematyki. Bo choć napisałem we wstępie, że gra poświęcona jest malarstwu, to tak naprawdę jej tematem jest ból, szaleństwo, pętla wciąż powtarzających się błędów… No i powierzchowność rozumienia tego, czym jest piękno.

Pokój dziecięcy.

Skoro jednak zdążyłem już grę pochwalić, to muszę też dorzucić maleńką łyżeczkę dziegciu. Nie będę tu – tak jak się to czasem robi w recenzjach – zarzucał grze, że jest zbyt krótka, albo, że zagadki są zbyt proste. “Layers of Fear” trwa tyle ile powinna by osiągnąć swój cel, jakim jest opowiedzenie przejmującej historii. Problemy, jakie przed nami stawia są – mimo swojej prostoty – czymś więcej niż tylko pretekstem. To integralna część opowieści, która angażuje gracza intelektualnie i emocjonalnie. Nie można wobec “Layers of Fear” formułować tych samych zarzutów, jakie padały niegdyś (zresztą słusznie!) pod adresem “Dear Esther”.

Choroba, coś nie wyszło…

To powiedziawszy – pewne zarzuty jednak mam. Wydaje mi się na przykład, że pragnienie uczynienia z gry horroru, a nie – dajmy na to – psychologicznego thrillera, sprawiło, że kilkukrotnie twórcy sięgnęli po środki niepotrzebne. “Layers of Fear” zawiera w swoim repertuarze m.in. jump scares, i czyni z nich użytek raz lepszy, raz gorszy. Owszem, nieraz aż podskakiwałem na fotelu, przeżywając to, co działo się na ekranie. Ale były też przypadki, gdy wyskakujący “przestraszacz” psuł fenomenalnie budowany klimat (przykładem może być scena z pozytywką/karuzelą). Miałem wówczas wrażenie zmarnowanego potencjału. Z jakiegoś bliżej niesprecyzowanego powodu nie byłem też szczególnie pod wrażeniem tych nielicznych momentów, kiedy słyszymy w grze głosy aktorów. Dało się to zagrać lepiej i bardziej przejmująco.

Nocna mara.

I pewnie jeszcze o jakichś drobnych zgrzytach można byłoby wspomnieć, ale nie zmienią one ogólnego wniosku, do jakiego zmierzam. A jest on bardzo prosty. “Layers of Fear” to świetna, inteligentna, przejmująca historia, z którą każdy, kto nie lęka się obcowania ze sztuką, powinien się zapoznać.

 

-->

Kilka komentarzy do "Layers of Fear"

  • 26 października 2018 at 13:02
    Permalink

    Brzmi interesujaco. Akurat sie przyda na wolne I dlugie zimowe wieczory w oczekiwaniu na dobry film 🙂

    Nawiasem mowiac, recenzja chyba lepsza niz wiekszosc drukowanych w prawdziwym (i pradawnym) ŚGK 🙂 tekst az ocieka emocjami autora.

    Tylko jeszcze bym dopytal:
    1. gra sie porywajaco i uczuciem tempa, czy raczej sie dluzy?
    2. Mozna doskoczyc do niej na 30-45 minut, czy wymaga dluzszych posiedzen?

    Reply
    • DaeL
      26 października 2018 at 13:35
      Permalink

      Dziękuję bardzo. Za miłe słowa i za pytania, bo mi nimi przypomniałeś o jeszcze jednej rzeczy, o której powinienem był wspomnieć. Otóż save’y są oparte na checkpointach. Są nieźle rozplanowane, więc na ogół nie powtarza się długich partii gry, ale fakt jest taki, że granie z doskoku jest przez to mniej wygodne. Bo czasami masz jeszcze 5 minut na grę, ale właśnie doszedłeś do checkpointa, a następnego w tym czasie nie odkryjesz, więc z gry trzeba wyjść. To jest minus spory. Po pół godziny grać można, ale piętnastominutowe sesje odpadają (zresztą szczerze mówiąc to i klimat gry bardziej sprzyja dłuższym sesjom).
      A co do pierwszego pytania – nie, nie nuży się, trzyma w napięciu. Może nie tyle akcją, co właśnie atmosferą i poczuciem zagrożenia. A zagadki są stosunkowo proste. Nie jestem jakimś mega-fanem przygodówek, ale zdarzyło mi się na chwilę (dosłownie – parę minut) utknąć w grze raptem 3-4 razy. Wystarczyło powtórzyć kroki, obejrzeć wszystko jeszcze raz, chwilę pogłówkować i problemu nie było. To już nie są czasy dawnych point and clicków z absurdalnymi zagadkami 🙂

      Reply
  • 26 października 2018 at 14:22
    Permalink

    Gra chyba podoba mi się głównie ze względu na obrazy znajdujące się w niej. Pamiętam tę radość podczas odkrywania, że twórcy przyłożyli się do znalezienia dzieł pasujących klimatem do opowieści.
    Goyę można znaleźć wiele razy. Z tego co kojarzę to zobaczyć można było obrazy tj.: “Saturn pożerający własne dzieci”, “Sabat czarownic”, “El tio Paquete”. I umieszczenie w grze akurat tych dzieł daje szerokie pole do interpretacji. Goya namalował je po odbytym pobycie w szpitalu. Miewał halucynacje, częściowo niedowidział i tracił słuch. Troszkę jak nasz główny bohater 😉

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków