FilmyRecenzje Filmowe

Zaproszenie (2026)

Dwie pary, jedno mieszkanie, jeden wieczór i z pozoru błaha rozmowa, która zamienia się w coś więcej. To ograny schemat, któremu kino zawdzięcza Kto się boi Virginii Woolf?, Rzeź Romana Polańskiego czy Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie. Kameralny dramat przy stole jest właściwie osobnym gatunkiem, w którym (na ogół) cztery osoby nie mają żadnej ucieczki przed kamerą. Aktorzy i scenarzyści muszą poprowadzić dialog tak, aby całość nie rozsypała się w kwadrans. Nic dziwnego, że twórcy wracają do tego pomysłu regularnie – jest tani i daje wykonawcom pole do popisu.

Zaproszenie wpisuje się w tę tradycję wprost, bo i rodowód ma teatralny. Scenariusz Rashidy Jones i Willa McCormacka powstał na podstawie sztuki Cesca Gaya Los vecinos de arriba, którą Katalończyk zdążył już wcześniej sam przenieść na ekran jako Sentimental. Amerykańską wersję wyreżyserowała Olivia Wilde, obsadzając w niej także samą siebie – obok Setha Rogena, Edwarda Nortona i Penélope Cruz.

Przyznam szczerze: byłem do pani reżyser zupełnie nieprzekonany. Ani jej dorobek – czy to za kamerą, czy przed nią – nie wydawał mi się wart odnotowania, ani wypowiedzi w mediach nie sugerowały, że ma do powiedzenia coś ciekawego. Booksmart (po polsku Szkoła melanżu, bo czemu nie?) przeszło u nas bez echa, a Don’t Worry Darling (Nie martw się, kochanie) zapamiętano raczej z powodu awantur wokół planu niż z powodu samego filmu. Tymczasem Wilde nakręciła jeden z najlepszych obrazów A.D. 2026. Nie boję się tego określenia, choć do końca roku zostało jeszcze trochę czasu.

Punkt wyjścia jest banalnie prosty. Joe uczy w podrzędnej szkole muzycznej i z czasem okazuje się muzykiem niespełnionym. Angela zajmuje się domem i równie wyraźnie próbuje czymś zagłuszyć własne kompleksy. Ich małżeństwo, delikatnie mówiąc, przechodzi kryzys. Pewnego dnia zapraszają na kolację parę mieszkającą piętro wyżej – oficjalnie w celach sąsiedzko-poznawczych, nieoficjalnie dlatego, że z tamtej sypialni dochodzą odgłosy trudne do zignorowania i jeszcze trudniejsze do przemilczenia. Hawk i Pína okazują się ludźmi co najmniej nietypowymi. I na tym w zasadzie kończy się fabuła, którą wypada zdradzić, bo cały film opiera się na rozmowach prowadzonych w ciągu jednego wieczoru.

Wilde nie tylko zapanowała nad trójką bardzo różnych od siebie aktorów, ale też świetnie odnalazła się w ciasnej przestrzeni niewielkiego mieszkania, które służy za całą scenografię. Kamera nie kręci się tu w kółko dla samego ruchu, nie ma też zadęcia na teatr filmowany. Jest za to wyczucie, sporo fajnych ujęć i zadziwiająco sprawne poruszanie się po bardzo ograniczonej scenie. Na dodatek reżyserka sama stanęła przed kamerą i w takim towarzystwie wcale nie ustępuje kolegom ani koleżance.

Film dzieli się na trzy wyraźne części plus finał, każda utrzymana w nieco innym tonie. W pierwszej obserwujemy Joego i Angelę oraz ich wzajemne interakcje – pełne agresji, pretensji i złości, ale przede wszystkim niezrozumienia. W drugiej dochodzą sąsiedzi, owiani aurą tajemniczości. Napięcie w dialogach, kiedy wszyscy jeszcze zupełnie się nie znają, jest doskonale wyczuwalne i czuć, że coś wisi w powietrzu. Trzecia, aż pulsująca od erotyzmu, kończy się dość nieoczekiwanie i zwieńczona jest finałem, który – mówiąc wprost – jest niezwykle gorzki i smutny w swojej wymowie.

Zaproszenie to opowieść pełna emocji i humoru, ale też trudnych refleksji o związkach i małżeństwie. Nie bez powodu rozdzielam te dwie rzeczy. Scenariusz dotyka wypalania się relacji przez brak komunikacji, a Joe i Angela to obraz małżeństwa, które w zasadzie już nie istnieje. Gdzieś ulotniła się magia, uczucie i bliskość – zarówno psychiczna, jak i fizyczna. Hawk i Pína są ich dokładnym przeciwieństwem, choć i oni mają za sobą własne historie oraz przejścia.

Ciężko mi znaleźć słowa, żeby dostatecznie nachwalić się obsady, bo każdy dostał do zagrania coś ciekawego i każdy dał z siebie wszystko. Rogen krzyczy, wrzeszczy i bywa wulgarny, a tak naprawdę czuje się przede wszystkim życiowym przegrywem. Zahukana Wilde pragnie poczuć się piękna, realizować swoje nietypowe pasje, ale przede wszystkim chce dobrze wypaść w oczach gości. Norton, ze swoim zawadiackim, tajemniczym uśmieszkiem i rozbrajającym spojrzeniem, jest dokładnym przeciwieństwem krzyczącego męża, który nie zna się na sztuce i nie dostrzega piękna wokół siebie. I wreszcie Cruz, oszałamiająca w roli trochę przypominającej tę z Vicky Cristina Barcelona, wpadająca do pokoju niczym piorun kulisty i elektryzująca wszystkich dookoła.

Kiedy te cztery tak różne od siebie postacie zaczynają wymieniać się poglądami, a rozmowa schodzi na tematy damsko-męskie, dochodzimy do sedna. Do tego, dlaczego stajemy się nieszczęśliwi, jak narastają w nas frustracje, jak niewypowiedziane rzeczy kumulują się wewnątrz i jak łatwo oskarżamy partnerów o własne błędy, często zresztą wyimaginowane. Można postawić filmowi zarzut, że lekarstwem na rutynę i rozpadające się związki czyni eskapizm oraz wolny seks, ale byłoby to odczytanie na skróty. Scenarzyści nie stawiają żadnych tez, tylko wskazują przyczyny i błędy, a ocenę zostawiają widzowi. Gorszy film wiedziałby, kto ma rację.

Choć akcja rozgrywa się w kilku pomieszczeniach jednego mieszkania, tempo jest wysokie, a całość przez cały czas intensywna. Bohaterowie nieustannie balansują na granicy kłótni i wybuchu, i to w każdej możliwej konfiguracji, niekoniecznie wewnątrz par, które poznajemy na początku. Chciałbym móc się do czegoś przyczepić, ale poważniejszych wad tu nie znajduję. W swojej kategorii, czyli kameralnej adaptacji sztuki o czterech osobach, miłości i uczuciach, film jest właściwie bezbłędny. Kiedy trzeba, uderza w bardzo czułą strunę, a nadmierne napięcie rozładowuje rubasznym humorem, który przeważnie trafia w punkt. Nie brakuje momentów pikantnych, choć obywa się bez golizny. To kino dla dojrzałego odbiorcy, który niejedno już w życiu widział i przeżył.

Od strony technicznej jest równie dobrze. Poza aktorstwem na wysokim poziomie stoi cała warstwa audiowizualna: nie brakuje ciekawych ujęć, a udźwiękowienie i muzyka świetnie podkreślają to, co dzieje się na ekranie. Widać, że ktoś miał pomysł, jak taki niewielki w skali film nakręcić, żeby nie było nudno i zbyt statycznie.

Zaproszenie to taka mała perełka – film, który często przemyka przez kina niemal niezauważony, ale na szczęście nie tym razem. Przy budżecie piętnastu milionów dolarów zarobił ponad pięćdziesiąt pięć, co na tle współczesnych komedii dla dorosłych powinno dać producentom do myślenia. W pełni podzielam entuzjazm krytyków chwalących obraz Wilde właściwie bez wyjątku. Jeśli lubicie kameralne opowieści o ludzkich uczuciach i problemach, niestroniące od bolesnych diagnoz, ciętego dowcipu i pikantnych detali, albo po prostu porządnie zagrane filmy, które mają coś do powiedzenia – Zaproszenie będzie doskonałym wyborem.


VOTUM SEPARATUM editoris Pquelim

Zachęcony pochwalnymi komentarzami w Redakcji deklamowanymi przez Redaktora Crowleya również zapoznałem się z najnowszym dziełem Olivii Wilde. I chciałbym napisać parę słów ku przestrodze Czytelników, którzy mogliby – podobnie do mnie – ulec przesadnym oczekiwaniom co do Zaproszenia i doświadczyć rozczarowania, które we mnie ów film wywołał.

Po pierwsze, to jest amerykańska wersja hiszpańskiego filmu sprzed sześciu lat. To informacja z pozoru nieistotna, w praktyce jednak ważna – kino hiszpańskie ma swoją specyfikę, która nie każdemu przypadnie do gustu. Ja na przykład nie przepadam – nagminna seksualizacja niemal każdej oglądanej historii jest dla mnie niezrozumiała, męcząca i swego czasu skutecznie zniechęciła mnie do głębszej, nomen omen, penetracji kinematografii z Półwyspu Iberyjskiego. I to warto wiedzieć przed seansem, bo jest to odmienny krąg kulturowy od naszego, z inną wrażliwością na seksualne tabu oraz innym sposobem używania seksu w tekście filmowym. Jednym to przypada do gustu, innym – w tym mnie – niekoniecznie.

Po drugie, Zaproszenie jest komediodramatem. Już sama przynależność gatunkowa stawia go w rozkroku pomiędzy zabawą, a powagą – takie balansowanie wymaga wprawnego rzemieślnika u steru. Czyli reżysera (reżyserki) umiejętnie balansującej na pograniczu tych skrajnych emocji, potrafiącego(ej) wywołać u widza frapującą kawalkadę uczuć podczas seansu. I – najlepiej – oferującej w finale umiejętne wyciszenie tychże. Chcę przez to powiedzieć, że komediodramat jest gatunkiem dość trudnym w uprawie, wymagającym odpowiedniego doświadczenia i wyczucia. Tych w moim przekonaniu niedoświadczona Olivia Wilde po prostu nie ma (to jej dopiero trzeci pełny metraż w karierze), co znacząco wpływa na jakość omawianego utworu – brakuje mu wspomnianego balansu i równowagi.

Przechodząc do meritum – film jest banalny i absurdalny zarazem. Przez cały seans nie wiedziałem, czy mam się cieszyć, czy przejmować historią zaprezentowaną na ekranie. Duet Wilde-Rogen odgrywa tu stereotypowo napisane, niedobrane kilkunastoletnie małżeństwo, które ma siebie dość. To jeszcze jest ciekawe i nie stanowiło dla mnie problemu – owszem, ograne schematy mogą być nużące, ale jest też w nich coś uniwersalnego, co pozwala łatwo odnaleźć się widzowi. W tym przypadku, jakość warsztatu wykonawców (Rogen jest naprawdę świetny, Wilde też nie zaniża poziomu) i odpowiednia temperatura „chemii” między nimi pozwalają gładko wejść w ich życie, zrozumieć problemy, a nawet wyrobić sobie własną opinię i obrać „stronę” w zaprezentowanym konflikcie.

Wszystko siada jednak w momencie pojawienia się drugiej pary, której twarzy i głosu użyczyli Ed Norton i Penelope Cruz. To są postacie z kreskówki. Namalowani grubym pędzlem Struś Pędziwiatr i Kojot, którzy wpadają na kolację towarzyską w sam środek wojny domowej. Pomysł może i jest dobry, ale wykonanie – zdecydowanie nie. Charaktery tych postaci krojone są tak grubą nicią, że – w moim odczuciu – kompletnie zanika ich użyteczność w opowiadanej historii.

Penelope Cruz? Żadne zaskoczenie – gra wyempancypowaną seksualnie latynoskę z mocno stereotypowym, wyzwolonym podejściem do życia. Cruz niezmiennie jest zamknięta w ramach tej samej konwencji, którą mniej lub bardziej powiela od swojego debiutu z ’92 roku, czyli kontrowersyjnego Jamon, jamon Bigasa Luny. Filmu, który otworzył jej drzwi do międzynarodowej kariery i jedocześnie znacząco ograniczył możliwości artystycznego rozwoju, bo jest konsekwentnie obsadzana w tym samym archetypie przynajmniej raz na kilka lat. Owa nużąca powtarzalność odebrała mi już wszelką sympatię do tej utalentowanej aktorki.

Prawdziwym rodzynkiem jest jednak Hawk, a.k.a. Howard (to chyba nie jest duży spoiler?), czyli Edward Norton w roli, z której – sądząc po wyrazie jego twarzy – nawet sam aktor miał niezłą bekę. Zresztą, to jest tak absurdalne, że warto dać na papier: Hawk to były strażak, który po utracie rodziny w tragicznym wypadku przeszedł przemianę (włącznie z personaliami) i został miłośnikiem dywanów oraz… peggingu. Jeśli ktoś nie wie, czym jest pegging, warto wygooglować – zauważycie skalę nonsensu, o której piszę.

Oboje pojawiają się w samym środku konfliktu, ich intencje są przez większość seansu tajemnicze i niepewne, a okazują się – absolutnie prymitywne i banalne. Jaki daje to efekt? Film całkiem fajnie się ogląda, przyznaje. Ale jednocześnie wszystko, co w nim poważne – tonie w absurdzie. Tam, gdzie powinna być chwila refleksji trafia się monolog o dywanach. Tam, gdzie za chwile wydarzy się coś zabawnego – film odpala kolejny akt dramatu. Nie ma równowagi, umiejętnego balansu między gatunkami.

Dla mnie to bardziej surrealistyczny dramat w nonsensownej konwencji, niż realna historia. Bo połowa bohaterów jest wyjęta z komiksu, a druga połowa – cóż, gra bardzo oklepany schemat. Jeśli miała to być analiza problemów współczesnych związków, to jest to analiza wybiórcza i napisana pod konkretną tezę. Zamiast dwóch rzeczywistych modeli relacji dostajemy tutaj zderzenie dwóch sfabrykowanych konstrukcji scenariuszowych – stereotypu nieszczęśliwego małżeństwa i wyzwolonych kosmitów z innej planety. To po prostu nie działa.

Wspomniałbym jeszcze o feministycznej optyce, która znowu tworzy postacie męskie według krzywdzącego stereotypu – faceci są nieudacznikami, zrezygnowani, sami przyznają się do swoich porażek i ogólnie z męskością nie mają wiele wspólnego. Za to jedyne ideologiczne manifestacje są tymi samymi utartymi bon-motami o wewnętrznym pięknie i sile kobiet. Nie zrozumcie mnie źle – ja bardzo lubię ideologiczne kino z sensownym przekazem. A feministyczny przekaz jest sensowny, tylko trzeba umieć to odpowiednio „sprzedać” widzom. Tutaj ani nie pasuje do historii, ani do gatunku, ani nie wnosi nic nowego. Sprawia wrażenie doklejonego na siłę dezyderatu o wątpliwej świeżości.

Reasumując, film jest w moim przekonaniu nieudany, niewyważony i absurdalny. Próbuje użyć konkretnych elementów jako narzędzia konfrontacji dwóch modeli związku, ale porównanie to jest kompletnie położone, ponieważ jedna z par została skonstruowana jako groteska. W efekcie, zamiast pogłębiać kontrast, spłaszcza go.
Co nie znaczy, że nie warto Zaproszenia oglądać. Paradoksalnie uważam że takie produkcje zasługują na uwagę. Nie jest to może poziom Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, ani Rzezi, ale jest to kino potrzebne. Bo nawet jeśli nieudane, to skuteczne – prowokuje do dyskusji, a nawet kłótni, o czym świadczą np. komentarze użytkowników w różnych agregatach opinii. Mnie samego sprowokowało do napisania tego tekstu. Więc zdecydowanie warto Zaproszenie obejrzeć. Tylko uważajcie na overhype – w tym przypadku dość łatwo się przejechać.

Zaproszenie (2026)
  • 8/10
    Ocena Crowleya - 8/10
  • 5/10
    Ocena Pquelima - 5/10
To mi się podoba 8
To mi się nie podoba 1

Crowley

Maruda międzypokoleniowa i mistrz w robieniu wszystkiego na ostatnią chwilę. Straszliwy łasuch pożerający wszystko, co związane z popkulturą. Miłośnik Pratchetta i Clancy'ego, kiedyś nawet Gwiezdnych wojen, a przede wszystkim muzyki starszej niż on sam.

 

Postaw kawę dla Crowley_FSGK na buycoffee.to

Polecamy także

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button