
Emocje związane z trzecim sezonem Rodu Smoka, tak jak ruiny Tumbleton, zdążyły już ostygnąć. Czas zatem na podsumowanie.
Jak było?
Realizacyjnie naprawdę trudno się do czegoś przyczepić. Nie licząc dwóch czy trzech postaci, gra aktorska była na dobrym albo bardzo dobrym poziomie, zaś Tom Glynn-Carney, który wcielił się w Aegona, był klasą sam dla siebie. Jest to tym większym wyczynem, że w tym sezonie nie dostał zbyt wiele do zagrania. Scenografia i rekwizyty prezentowały się co najmniej poprawnie. Tak samo oceniam efekty komputerowe, szczególnie w scenach ze smokami. Być może za parę lat brzydko się zestarzeją, ale jeśli chodzi o mnie, tylko raz naprawdę mocno zazgrzytałem zębami, widząc, jak sztucznie prezentuje się Daemon na Caraxes. Na szczególne uznanie zasługują walki smoków, które przedstawiono tak, jak przynajmniej ja sobie je wyobrażałem: więcej było tam kłów i pazurów niż ognia, co uważam za naprawdę duży plus. Dostaliśmy też dwie spektakularne bitwy, które przy wszystkich absurdach, moim zdaniem spełniły swą rolę, dodając całemu widowisku rozmachu.
Forma zatem nie zawiodła, niestety znacznie gorzej jest z treścią. Pal sześć, że serial już tylko bardzo luźno opiera się na materiale książkowym. Prawdziwym problemem, który zaważył na całym sezonie, jest pozbawienie większości głównych uczestników konfliktu woli walki. Przez wszystkie te odcinki nie mogłem uwolnić się od wrażenia, że naprawdę mało komu zależy na pokonaniu przeciwników. To o tyle kuriozalne, iż stawką w grze jest nie tylko tron, lecz przede wszystkim życie, gdyż zwycięzca będzie musiał wymordować zarówno rywali, jak i ich bliskich, którzy w przyszłości mogliby wysunąć pretensje do korony. Największą wszak tragedią wojny opisanej przez Martina był fakt, iż w pewnym momencie zabrakło w niej w miejsca na półśrodki, a przynajmniej tak uznały wojujące strony. Tymczasem w serialu większość najważniejszych graczy albo wciąż zdaje się tego nie rozumieć, albo nagle traci ducha walki, zajmując się snuciem boso po zamku (na ciebie patrzę, Aemondzie).

Wagę problemu pojęli chyba nawet scenarzyści, tyle że postanowili rozwiązać go w dziwny sposób. Zamiast urealnić postawy dotychczasowych bohaterów, motorem wojny uczynili Ormunda Hightowera. Z jednego z przywódców Zielonych zrobili niezależnego gracza, owładniętego obsesją zniszczenia Targaryenów. Ponadto ten dotąd wspominany tylko lord okazał się człowiekiem o absurdalnie wręcz potężnych wpływach, zdolnym porywać namiestników i trząść całą stolicą, łącznie z wymordowaniem dowództwa Złotych Płaszczy. Jego motywy – w kontekście historii, którą dotąd prezentował nam serial – są jednak niezrozumiałe. Przez dwa sezony widzieliśmy, jak Targaryenowie walczą o władzę, a wszystkie wielkie rody grają w tym starciu co najwyżej drugie skrzypce, za szczyt marzeń uważając skoligacenie się z rodem smoka. Tymczasem Ormund uznaje dynastię panującą za plugawy pomiot kazirodztwa i czarnoksiężników, których trzeba obalić. Za całe wprowadzenie do tego służy jedna scena z tego sezonu, w której Wielki Septon wyraża się nieprzychylnie o smokach. Zresztą nawet tutaj mamy niekonsekwencję, gdyż najwyższemu przedstawicielowi Wiary te same argumenty, których użył wobec Rhaenyry, nie przeszkadzają uznawać jej przyrodniego brata za prawowitego króla Westeros, namaszczonego w świetle Siedmiu.
Problem z wybijającym się na autonomię Ormundem jest zresztą głębszy, ale jego korzenie tkwią właśnie w utracie woli walki przez innych graczy. Gdyby scenarzyści nie sprowadzili wątków Aemonda i Alicent do absurdu, Ormund mógłby pozostać tym, kim był w książce: przywódcą Hightowerów, który dołączył do wojny, by wesprzeć tę królewską linię, która związana jest z jego rodem. Skoro jednak Alicent robi wszystko, by zabić swoich synów, Aegona ogłoszono zmarłym, a Aemond zgubił Vhagar i szlocha w ramionach Alys, Hightowera trzeba było przedstawić jako głównego przeciwnika Czarnych i mózg wszelkich operacji przeciw nim skierowanych. Problem w tym, że Ormund w ostatnim odcinku ginie, a zagrożenie z jego strony znika. Serial rozpisany jest jednak na cztery sezony, wojna zatem musi trwać. Co robią więc scenarzyści? Oddają Aegonowi smoka i podporządkowują mu Aemonda, by bracia ponownie mogli zagrać o tron. Tyle że takie poprowadzenie historii czyni z walki z Ormundem, którego zresztą jego najbliżsi mają za człowieka niespełna rozumu, coś na kształt pobocznego questu, który Daemon wykonuje w przerwie od głównego wątku fabularnego. Zabicie Hightowera pozwala wrócić do właściwej wojny, widza zaś pozostawia z poczuciem, jakby fabuła w tym sezonie właściwie nie posunęła się do przodu.
Jak być mogło?
Ktoś powie – i będzie mieć sporo racji – że problemy tego sezonu mają praprzyczyny jeszcze w pierwszym, a już z pewnością drugim. Trzeci był tylko konsekwencją wcześniejszych decyzji scenariuszowych i nie dało się już z obranej wtedy drogi zawrócić. Tyle że to nieprawda i poniżej wykażę, że z przynajmniej dwóch największych błędów popełnionych uprzednio można było jeszcze w tym sezonie nie tylko się wycofać, ale zrobić to w sposób całkiem naturalny i niewymuszony. O jakich błędach mowa?
Pierwszy jest raczej oczywisty, mający zresztą największy wpływ na brak woli walki głównych graczy: jest nim nieszczęsna przyjaźń Rhaenyry i Alicent. Pod koniec drugiego sezonu doprowadziła ona do tego, że Zielona Królowa, ufając Czarnej, postanowiła wydać jej stolicę, by ratować swą córkę i wnuczkę. Ostatnia scena drugiego odcinka tego sezonu zdawała się jednak kłaść tej przyjaźni kres, gdyż Rhaenyra własnoręcznie zabiła w niej ojca Alicent. Co więcej: nie dotrzymała umowy i uwięziła Zielone Królowe. Zdawałoby się naturalne, że po tej podwójnej zdradzie miejsce dawnej sympatii zajmie szczera nienawiść. Nic bardziej mylnego! Alicent nie tylko nie pogniewała się na dawną towarzyszkę, ale nadal zamierzała z nią współpracować, licząc, że ta tym razem dotrzyma danego słowa. Najpierw więc wydała przed nią sobowtóra Daerona, narażając najmłodszego syna na niebezpieczeństwo, potem zaś udała się z kuriozalną misją do Harrenhal, by tam już własnoręcznie spróbować zabić drugiego z synów. Zadania zresztą nie wypełniła. Co najlepsze (a raczej najgorsze), próba uśmiercenia przez matkę nie miała tak naprawdę żadnego wpływu na Aemonda, którego przemiana rozpoczęła się już wcześniej i w tym sezonie zaowocowała podporządkowaniem się Aegonowi. Otrzymaliśmy zatem wątek, który ponownie na dobrą sprawę w ogóle nie posunął akcji do przodu. Ponadto był on kompletnie sprzeczny nie tylko z tym, co książka mówiła o Alicent, ale przede wszystkim z ogólnym doświadczeniem i zdrowym rozsądkiem oglądających. Historia zna co prawda wiele przypadków matek mordujących własne dzieci, ale zwykle są to kobiety bądź zaburzone, bądź bezwzględne i ambitne. Serialowa Alicent nie jest przykładem żadnej z nich, trudno więc uwierzyć w to, że gotowa jest własnoręcznie zamordować syna, a to właśnie przedstawiono nam w serialu.

Drugim – mniej oczywistym, ale równie kardynalnym błędem scenarzystów – było opuszczenie przez Larysa Stronga Królewskiej Przystani. Skoro ostatecznie i tak porzucił Aegona, nie rozumiem, czemu nie zrobił tego w pierwszym, najdalej drugim odcinku, oddając monarchę pod opiekę Tomów i mówiąc mu, że wraca do stolicy, zadbać o jego interesy. Aegon swe wątpliwej jakości przygody mógł przeżyć w towarzystwie dowolnego innego bohatera, nawet szybciej pojawiającego się Tylanda. Strong tymczasem powinien knuć swe intrygi w Królewskiej Przystani, nawet w porozumieniu z Ormundem, jeśli scenarzystom aż tak na tym zależało. O ile sensowniejszy byłby cały wątek niepokojów w stolicy, gdyby stał za nimi nie Hightower, który, jak słusznie wskazywaliście w komentarzach, obiektywnie nie miał możliwości oddziaływać na nią w tak znacznym stopniu, tylko diaboliczny Larys. Zamiast tego Szpotawa Stopa marnował się jako niewiele wnoszący do fabuły towarzysz Aegona, również nie posuwając jej w ogóle do przodu, gdyż w kluczowym momencie go porzucił. Ponadto wysyłając Stronga do Królewskiej Przystani, scenarzyści mieli okazję wprowadzić jego człowieka, którego znamy z Ognia i Krwi, to jest ser Perkina Pchłę. Postać, która mogła stać się kimś w rodzaju serialowego Brona na sterydach. Z pewnością dałoby się wygospodarować na ten wątek 10 minut w skali sezonu, choćby redukując niewiele wnoszące do fabuły sceny z Białym Robakiem czy Rhaeną. W ten sposób zyskalibyśmy nie tylko wiarygodną, ale też atrakcyjną podbudowę pod wydarzenia w Królewskiej Przystani zarówno w tym, jak i kolejnym sezonie.
Uniknięcie tych dwóch błędów – nawet zostawiwszy wszystko inne – w mojej ocenie wpłynęłoby pozytywnie na odbiór całego sezonu, nadając przedstawionym w nim wydarzeniom choć trochę więcej sensu.
Jak będzie?
Przy wszystkich zmianach, jakie wprowadzili scenarzyści, a co gorsze niekonsekwencjach w przedstawianiu przez nich własnej historii, próba prognozowania wydarzeń w kolejnym sezonie jest proszeniem się o kompromitację. Mimo wszystko spróbujmy wskazać przynajmniej potencjalne drogi, którymi mogą pójść twórcy serialu.
Finałowa Bitwa o Tumbleton więcej zaciemniła, niż wyjaśniła. Ormund Hightower nie żyje, ale przetrwali ją Gwayne, a także Jon Roxton. Nie wiemy, co stało się z Daeronem, ale w tym sezonie na przykładzie Corlysa i Tylanda przekonaliśmy się, że jeśli nie widzimy śmierci bohatera, to znaczy, że żyje. Przyjmijmy zatem, że najmłodszy z synów Alicent uniknął najgorszego. Czy podobnie jak w książce będzie próbował bezskutecznie zapanować nad ocalałymi wojskami, które pozbawione wodza pogrążą się w sporach i postępującym rozprężeniu? W oryginale pozostali przy życiu dowódcy nie mogli dość do porozumienia, ale największym problemem Zielonych byli Dwaj Zdrajcy. W serialu zdrajca jest jeden – Ulf – za to podwójny, bo spalił armie obu stron. Trudno sobie wyobrazić, by Zieloni teraz przyjęli go z otwartymi rękoma. Z drugiej strony: nie takie absurdy serial nam już prezentował. Czy do Zielonych dołączy Hugh? Po śmierci żony może być skłonny do zmiany stron, tym bardziej jeśli uzna, że to szturmujący miasto Czarni są winni jego tragedii. Ale co najmniej tak samo za nią odpowiedzialny jest palący miasto Ulf. Czy ci dwaj w ogóle będą mogli ze sobą współpracować? A może Ulf stanie się niebezpiecznym dla obu stron renegatem? Możliwe również, że Hugh dotrzyma wierności Rhaenyrze, a Ulf poprze Daerona. Nie można też wykluczyć, że serial machnie ręką na prawdopodobieństwo i ci dwaj dalej będą żyć w zgodzie.

Nie należy zapominać, że Aegon planował udać się do Tumbleton. Czy dotrzyma słowa, jak już znajdzie z Aemondem Vhagar? Czy zamiast zajęcia Smoczej Skały scenarzyści przewidują, że obejmie dowództwo nad ocalałymi wojskami Zielonych? A może nie zdąży tego zrobić, gdyż czeka nas druga bitwa, która doprowadzi do ostatecznego zneutralizowania sił stacjonujących w Tumbleton? Nie można też wykluczyć, że serialowe starcie okazało się znacznie krwawsze niż książkowe i nie ma już czego neutralizować. Tyle że wtedy Zielonym pozostałyby już tylko smoki i Koniec Burzy, o ile Boros Baratheon postanowi w końcu przyłączyć się do walki po ich stronie.
Jedno wydaje mi się pewne: scenarzyści nie odpuszczą sobie spektakularnej walki Daemona i Aemonda, którą ci stoczą nad Okiem Boga i Harrenhal, tym bardziej że zbyt dużo czasu poświęcono temu zamkowi, by teraz go opuścić. Tylko czy zapłakany Jednooki, nawet gdy odnajdzie w końcu swego wielgachnego smoka, będzie wydawał się widzom przeciwnikiem wystarczająco groźnym dla Księcia Łotrzyka?
Co z Alicent? Czy śmierć brzemiennej córki, po zamordowaniu jej wnuka i ojca oraz okaleczeniu syna będzie w końcu wystarczającym powodem, by pogniewała się na Rhaenyrę, czy jednak uzna jak zwykle, że wszystko to wina walczących o władzę mężczyzn? Po trzech sezonach, których była główną bohaterką, trudno zakładać, że teraz scenarzyści odsuną ją na boczny tor, choć książkowa Alicent tak naprawdę miała jeszcze rolę do odegrania tylko pod sam koniec Tańca Smoków.
Przy tych wszystkich niewiadomych przynajmniej ścieżka Rhaenyry wydaje się dość oczywista: jej rozpacz i frustracja wywołane odrzuceniem przez poddanych, będą się tylko pogłębiać, tym bardziej że prostaczków przeciw niej prawdopodobnie będzie jeszcze buntować Biały Robak. Czy Mysaria otrzyma wsparcie ze strony Larysa Stronga, czy też Szpotawa Stopa uda się zgodnie ze swymi zapowiedziami do Essos? Może wróci stamtąd z małym Aegonem, o którym wszyscy łącznie z matką zapomnieli (o biednym Viserysie nie wspominając).
Corlys pewnie – zgodnie z tym, co widzieliśmy w ostatnim odcinku, ale też książką – na tym etapie będzie dążył do zakończenia wojny. Pytanie czy ze wsparciem Alyna „Ja tylko wykonywałem rozkazy” z Hull, czy wbrew niemu. Być może tego ostatniego otrzeźwi los brata. Z pewnością wszystkim szyki pokrzyżuje jeszcze Rhaena – może teraz dla odmiany spróbuje okiełznać Kanibala? Twórcy serialu mają podobno zaprezentować nam nowe smoki, a jej wątek jest tak absurdalny, że naprawdę niczego już w nim nie wykluczam.
Jedno wydaje mi się niestety najbardziej prawdopodobne: znów dostaniemy sporo dłużyzn, nic nie wnoszących rozmów czy rozbudowanych w dziwną stronę wątków, których nie było w książce, by potem na łeb na szyję zamknąć całą opowieść szaloną kulminacją. Czy ofiarą przyśpieszenia padnie Cregan Stark i Godzina Wilka? Wydaje mi się mało prawdopodobne, by scenarzyści wycięli uwielbianych przez widzów Starków, ale jednym z najważniejszych epizodów jego udziału w wojnie było wymierzanie przez Namiestnika Północy sprawiedliwości ludziom, których uznał za zdrajców. Przy tak olbrzymich zmianach można się zastanawiać, czy ten wątek w ogóle będzie jeszcze miał rację bytu.
Tyle z mojej strony. Jestem ciekawy Waszych opinii, a także przewidywań, co zobaczymy w ostatnim sezonie Rodu Smoka.




Mój numer 1 to walka nad okiem Boga, ale chciałbym też zobaczyć szturm na smoczą jamę niewymieniony w tekście
Ja zdążyłem już zapomnieć o tym serialu. Nie czekam na 4 sezon. Być może obejrze jak wyjdzie cały. Ale jestem pewny, że wyjdzie źle. Skoro sezony z wojną tak potraktowali, to jak niby zrobią koniec. Wiemy z doświadczenia, że wyjść moze jeszcze gorzej. Kolejne bzdury typu Hardhome, Bitwa Bękartów, Winterfell, Dany zapomniała o Flocie, Złota Kompania itd itp.
To już było.
To co mnie szokuje, to że ci scenarzyści z USA mieli czelność strajkować. Po komentarzach i artykułach Dżądżena widać, że z łatwością można wpaść na lepszy pomysł, bez naciągania budżetu.
Cały sezon to była zwykła Moda na Sukces ze smokami. Dramy, opera mydlana, krzyki, grymasy i płacze. Czym to się różniło od pamiętnych kłotni Brooke z Forresterami? xD Ktoś wpada, ktoś sie pojawia, ktoś znika, ktoś ożywa blablabla.
Z całym artykułem się zgadzam, zwłaszcza obroną 1 sezonu. Ja uważam, że to był świetny sezon. Nie licząc kilku rozwiązań fabularnych ( np. Rhaenys w Jamie) to było znakomicie. I cała ta przyjaźń czy przepowiednia wcale nie były takie głupie. Przecież oni ten wątek Alicent i Rhaenyry już wtedy rozwiązali! Miało to sens i kobiety się znielubiły na tyle, że jedna zaatakowała drugą nożem. To było ok.
Co nie było ok, to od 2 sezonu te wycieczki, spiski i zabijanie własnych synów. Ciarki żenady.
Same aktorki zagrały po prostu słabo. Alicent wypadała dobrze w 1 sezonie, ale jako zdezorientowana matka i królowa wygląda komicznie. Rhanerya była ok jako księżniczka, ale potem jako Królowa, która tylko płacze i krzyczy – żenada. Dopiero ostatnie odcinki z jej szaleństwem zaczęły nadawać jej jakiejś wiarygodności.
Daemona i Aemonda zepsuli, zgodnie z linią dyletantek scenarzystek. Zdecydowały, że nie będą żadni faceci prowadzić wojny, tylko trzeba z nich zrobić debili. Brawo.
Wszystko się pomieszało, zagubiło i straciło sens.
Telewizja nie potrafi opowiadać już tak historii, adaptować. Nie umie tworzyć ciekawych postaci, motywów i podbudowy kulminacyjnych momentów. Zrobiłem sobie ostatnio rewatch Breaking Bad, a teraz robię Better Call Saul. To jest niebo a ziemia. Każdy odcinek jest ucztą.