
Czasy, kiedy nowy film Stevena Spielberga był wielkim wydarzeniem w filmowym światku, należą już do przeszłości. Ciężko byłoby jednak znaleźć kinomana, który nie poczułby przyjemnego mrowienia na wieść o tym, że reżyser planuje powrót do tematyki kosmicznej i estetyki science-fiction. Nawet jeśli Spielberg najlepsze lata ma za sobą, to niezmiennie poniżej pewnego poziomu nie schodzi i regularnie tworzy filmy ciekawe oraz dopracowane technicznie. Fabuła Dnia objawienia owiana była tajemnicą do samego końca, a zwiastuny pozwalały mieć nadzieję na kino w starym dobrym stylu. Styl – owszem – jest dobrze znany, problem w tym, że łatwiej zapisać to po stronie minusów niż plusów.
Postaram się nie zdradzić zbyt wiele, bo pewna doza tajemniczości to siła napędowa sporej części filmu. Głównym bohaterem jest informatyk, pracownik tajemniczej amerykańskiej rządowej instytucji, który wykradł z niej dane dotyczące UFO. Ucieka z misją dostarczenia pendrajwów swojemu mocodawcy, a po piętach depcze mu były przełożony. W sprawę wplątuje się jeszcze pewna pogodynka z lokalnej telewizji, która nieoczekiwanie zyskuje bardzo ciekawe zdolności. Film w połowie jest wielką gonitwą i zabawą w kotka i myszkę, a w połowie próbą odpowiedzi na pytanie co by było, gdyby świat dowiedział się o istnieniu kosmitów. I chociaż na papierze wszystko wygląda w porządku, to dawno nie widziałem tak nieporadnie napisanego scenariusza.
Przez pierwsze pół godziny byłem oczarowany tym filmem. Jest w nim wszystko, czego oczekiwałem: tajemnica, intensywność, świetne tempo, a wszystko sfilmowane rękami starych mistrzów Spielberga i Kamińskiego oraz okraszone muzyką Johna Williamsa. W każdym elemencie czuć profesjonalizm i widać sprawdzone metody oraz środki, a całość przypomina nieco Raport mniejszości bez futurystycznej otoczki. Świetnie zagrano też tajemnicą, bo przez spory kawałek fabuły niewiele wiemy i dzięki temu napięcie utrzymane jest na odpowiednim poziomie. Jeśli dorzucić do tego jeszcze pojawiające się tu i ówdzie elementy “nadprzyrodzone”, związane z technologią obcych, a także kilka całkiem zabawnych momentów dla rozluźnienia atmosfery, to ciężko zarzucić cokolwiek tej pierwszej części Dnia objawienia. To po prostu świetny wstęp.
Niestety z czasem wszystko zaczyna się sypać. Przede wszystkim czarne charaktery okazują się być wyjątkowymi fajtłapami, nawet jak na standardy amerykańskich tajnych służb z hollywoodzkich produkcji. Główni bohaterowie wymykają im się z rąk kilkakrotnie, czasem w strasznie głupi i naiwny sposób. Momentami agenci sprawiają wrażenie ślepych i głuchych. Ciężko też zrozumieć, co tak naprawdę chcą zrobić, bo raz próbują uciekinierów schwytać, innym razem bezceremonialnie zabić, a jak już w pewnym momencie udaje im się ich dopaść… to wtedy robi się bardzo dziwnie. Grana przez Emily Blunt prezenterka stosuje swoje niezwykłe zdolności wpływania na ludzki umysł i jest to pokazane w tak naiwny i durny sposób, że ciężko ukryć zażenowanie. Przez to wszystko pościg trwa i trwa przez niemal cały film, ale dość szybko staje się bardzo nużący i pełen absurdalnych momentów.
Podobne zarzuty mam wobec samej tajemnicy, będącej osią fabuły. Mniejszym problemem jest wszystkomogący mcguffin i korzystający z niego agent grany przez Colina Firtha. Można byłoby przymknąć na to oko, gdyby ostatecznie diwajs okazał się być czymś ciekawym i oryginalnym. Zamiast tego jest dokładnie tym, co w danej chwili jest potrzebne, żeby pchnąć historię do kolejnej sceny, a ostatecznie jego przeznaczenie ani pochodzenie nie zostaje wyjaśnione. Największym grzechem Dnia objawienia jest jednak coś zupełnie innego, a mianowicie sama konstrukcja fabuły, która jest całkowicie na opak. Oto bowiem film stawia pytania: co by się stało, gdyby ludzkość dowiedziała się, że nie jesteśmy sami we wszechświecie? Jak wpłynęłoby to na społeczeństwa, na religie, na gospodarkę? Czy jesteśmy na to gotowi, a może przeciwnie – trzeba nas chronić przed taką wiedzą, bo mogłaby zniszczyć fundamentalne założenia, na których stoi nasza cywilizacja? I to są bardzo dobre pytania, które sprawniejszy scenarzysta wykorzystałby to napisania ciekawej historii. Niestety David Koepp, który płodzi na zmianę dobre i złe scenariusze, tym razem pokpił sprawę i punkt wyjścia umieścił na końcu. Tak naprawdę wydarzenia z finału powinny mieć miejsce najdalej w ⅓ filmu, żeby starczyło czasu na faktyczne pokazanie jakichś konsekwencji, rozważenie takich czy innych skutków, pokazanie reakcji ludzi. Nie rozumiem, jak to miało zadziałać.
Dochodzi do tego sporo drobnych głupotek oraz momenty, w których wychodzi na jaw, jak bardzo niedzisiejszy jest Spielberg i jak bardzo jego umysł tkwi w przeszłości. Haker wykrada dane na fikuśnych pendrajwach o pojemności 64 GB, następnie zamiast wrzucić je w Internet, jedzie przez pół stanu do jakiejś stacji telewizyjnej, żeby za jej pomocą pokazać światu prawdę. W latach 90-tych miałoby to sens, ale akcja dzieje się współcześnie i takie rozwiązania budzą jedynie politowanie. Fatalnie wygląda kilka momentów, kiedy ścigający zachowują się jak ślepcy i dosłownie nie widzą uciekinierów stojących za kamieniem albo krzakiem kilka metrów od nich (wyglądają wtedy się jak jacyś strażnicy w grach skradankowych). Zdolności operacyjne również nie są ich mocną stroną i nie potrafią nawet sprawdzić sobie listy obecności we własnym biurze. Zabrakło mi też odniesienia do innych niż chrześcijaństwo religii, bo tu symbolika jest wyjątkowo rozbudowana, ale widać tylko to wyznanie skazane jest na kryzys, pozostałe wierzenia są na tyle ugruntowane, że żaden ufok nie będzie na nie wpływał. Pełno jest takich mniejszych i większych niedoróbek, rozsianych w najróżniejszych miejscach Dnia objawienia, przez co pod koniec miałem już tej historii zwyczajnie dość.
Nie chciałbym jednak, żebyście odnieśli wrażenie, że to jakiś wyjątkowo słaby film. Narzekam trochę dlatego, że widzę ogromnie zmarnowany potencjał, bo ta historia ma świetne punkty (tylko czasem poukładane z złej kolejności) i kilka naprawdę znakomicie zaprojektowanych sekwencji. Do pewnego momentu historia pani prezenterki jest opowiedziana znakomicie. Nie wiadomo, co się dzieje, a dzieją się rzeczy dziwne, niewyjaśnione i całkiem widowiskowe. Sama bohaterka też nie wie, o co chodzi, a Emily Blunt gra tu jedną ze swoich lepszych ról, pokazując pełen wachlarz emocji. Duże wrażenie zrobiły na mnie fragmenty pokazujące to, co znajduje się na pendrajwach. Szkoda, że za moment spaprano cały efekt idiotycznym zakończeniem. Bardzo podobały mi się też zdjęcia Janusza Kamińskiego, który upodobał sobie lustrzane odbicia i kręcenie przez szyby, a do tego niezwykle dynamiczną pracę kamery, która czasami dosłownie fruwa po całym planie. Stara dobra szkoła filmowania, efektowna, ale nie efekciarska. Tego samego nie można niestety powiedzieć o komputerowo generowanych animacjach, które wręcz straszą sztucznością.
Mieszane uczucia mam też wobec muzyki. Jest to prawdopodobnie ostatnia ścieżka muzyczna skomponowana przez mistrza Johna Williamsa. I chociaż momentami bardzo mi się podobała, bo przywodziła na myśl dobrze znany, “oldschoolowy” styl, to zabrakło choćby jednego charakterystycznego motywu, który spinałby to wszystko w całość. Mam wrażenie, że nazwisko Williamsa znalazło się w napisach głównie z grzeczności, a muzyka została zrobiona na sztukę z jego minimalnym udziałem – kompozytor ma wszak już 94 lata.
Ostatecznie Dzień objawienia był dla mnie sporym zawodem, ale nie mogę powiedzieć, że to bardzo zły film. Oglądało się go przez większość czasu dobrze, trzymał w napięciu i na ogół cieszył oko. Aktorzy spisali się znakomicie, zwłaszcza wspomniana Blunt, ale i Colin Firth w dość nietypowej dla siebie roli czarnego charakteru wypadł całkiem nieźle i przekonująco. Technicznie poza wspomnianymi wpadkami z CGI jest naprawdę nieźle – analogowo, plastycznie, ziarniście, w starym stylu. Jednocześnie fabuła razi absurdalnymi rozwiązaniami i mocno niedzisiejszym podejściem do roli mediów. Rysuje ciekawe konflikty, zadaje mądre pytania, ale nie potrafi na nie w żaden sposób opowiedzieć. Sporo zabrakło i mam nadzieję, że nie jest to film, którym Steven Spielberg chciałby się pożegnać ze swoją publicznością. Rękę i oko nadal ma, ale musi lepiej dobierać scenarzystów.
Dzień objawienia (2026)
-
Ocena Crowleya - 5.5/105.5/10










Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:
Regulamin zamieszczania komentarzy
Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:
[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]