
Nie mogę powstrzymać się od uśmiechu, patrząc na parę ekranowych gliniarzy, w których w swoim najnowszym wspólnym filmie (już bodaj ósmym, licząc tylko aktorskie występy) wcielają się Matt Damon i Ben Affleck. Mija 35 lat, odkąd ich filmowe kariery zaczęły przecinać swój bieg i nadal, gdy trzeba zagrać porywczego i niezbyt skomplikowanego dryblasa, to bierze to na siebie Ben. A Matt to ten w okularach, wycofany i chłodno kalkulujący. Trzeba oddać obu panom, że do ról policjantów po przejściach nadają się jak mało kto. Fizyczna forma wciąż topowa, a tego doświadczenia życiowego wypisanego na twarzach nie da się zagrać, je trzeba po prostu mieć.
Mają go pod dostatkiem grani przez nich bohaterowie, członkowie jednostki narkotykowej z Miami, którą wstrząsa zabójstwo jej dowódczyni i śledztwo w tej sprawie prowadzone przez FBI. Początkowe sceny przesłuchań to okazja do zapoznania się ze stosownie zdywersyfikowaną etnicznie i płciowo drużyną. Widać, że ekipa jest zgrana, skora do ostrych docinków i że z niejednego schowka wyciągała narkotyki i trefną kasę. Federalni jednak sugerują, że w zabójstwie maczał paluchy ktoś z wewnątrz, i choć na pozór wszyscy stoją za sobą murem, to wątpliwość pozostaje i osłabia wzajemne zaufanie. To zaś zostaje wystawione na ciężką próbę, gdy podczas pozornie rutynowej akcji policjanci trafiają na pieniądze kartelu, w oszałamiającej kwocie 20 milionów dolarów. „Co mogłabym zrobić z taką forsą?” – mówi jedna z policjantek, trzymając w ręku paczkę banknotów, stanowiącą ułamek całości „łupu”, a zarazem równowartość jej rocznej wypłaty. Co zrobić z pieniędzmi, to tylko pierwszy z problemów, bo najpierw trzeba je z miejsca ukrycia wydostać, w czym przeszkodzić mogą właściciele brudnej kasy z ewentualną pomocą tajemniczego „kreta” w ekipie. Dialogi zamieniają się w festiwal warkliwych niedopowiedzeń, wszyscy patrzą na siebie z ukosa, a widz tylko czeka, aż coś „pierdyknie”.
Do pewnego momentu „Łup” ogląda się nieźle jako prosty, trochę sztampowy, ale całkiem angażujący policyjny thriller. Dziełko Joe Carnahana trwa niespełna dwie godziny, co samo w sobie jest dla mnie zaletą, bo lubię zwarte i dynamicznie opowiedziane historie. Niestety fabularnej pary w kotle starcza może na 2/3 tego niedługiego dystansu. Intrydze ostatecznie brak większej głębi, część postaci na ekranie to tylko figury, które bardzo szybko wylatują z grona „podejrzanych”, bo scenarzysta zostawia wyraźne tropy i oznacza je wykrzyknikiem. Rozwiązanie niezbyt skomplikowanej zagadki następuje zbyt szybko. Na dodatek dzieje się w to w szczególnie irytujący mnie sposób, tzn. jedna z postaci, niczym w podrzędnym serialu kryminalnym, wyjaśnia innym (a przy okazji widzom) sens i znaczenie wydarzeń, w których wzięli udział. Wolałbym, żeby dano nam – widzom – tę frajdę i pozwolono samodzielnie dojść do prawdy. To wszystko bardzo niepokojąco koresponduje z tym, co Matt Damon niedawno mówił na temat polityki Netflixa, który zgłosił pewne „poprawki” do scenariusza po podpisaniu umowy na dystrybucję filmu. W efekcie klimat niepewności, osiągnięty może dość prostymi, ale działającymi środkami, momentalnie pryska. Od tego momentu akcja gwałtownie przyspiesza, ale sekwencje finałowe zrealizowane są mało widowiskowo i wyraźnie „po taniości”, jak w zasadzie cały film.
No właśnie, pomijając gwiazdorską obsadę, to praktycznie „garażowa” produkcja. Większość scen rozgrywa się w jednym domu, na pustej ulicy, w jakimś magazynie. Jest ciemno i niewiele widać na dalszych planach. Nie zaskoczy nas montaż, a muzyka jest okropnie generyczna, zgodnie z obowiązującą modą ograniczona do długich, smętnych tonów i wyrywających z zapatrzenia w komórkę okazjonalnych basowych pomruknięć (mama: mamy Hansa Zimmera w domu). Sceny akcji są chaotyczne, ale nie tak jak np. u Greengrassa, tylko tak po prostu nieporadnie chaotyczne. Szkło się sypie, gliniarze strzelają przez ściany i biegają jak kurczaki bez głowy, wystawiając się na trafienie. Ten realizacyjny minimalizm ma pewne, trochę naciągane, ale jednak, fabularne wyjaśnienie i buduje pewien klimat, lecz jeśli wierzyć „internetom”, to „Łup” wcale filmem tanim nie był. Gdzie rozpłynęły się pieniądze? Nie wiem. Na ekranie ich nie widać. Samo zakończenie zaś zostawia nas z głęboką zmarszczką na czole i niestety nie jest to efekt zadumy nad jego przesłaniem. Po prostu dociera do nas, jak dużo rzeczy było tu połączonych na trytytki i miało się dobrze oglądać w momencie oglądania, ale niekoniecznie trzymać kupy, gdy przyjdzie nam po zakończeniu analizować fabułę filmu. Może więc lepiej tego nie robić.
Na tle tego, co trafia do dystrybucji bezpośrednio na serwisy streamingowe, „Łup” nie wydaje się filmem złym. Do pewnego stopnia to akcyjniak w starym stylu. Ma jednak problem natury ambicjonalnej. Jest w końcu wyprodukowany i zagrany przez dwa duże nazwiska, będące zarazem jego promocyjną dźwignią. Zapowiedzi, obsada – to wszystko sugerowało poważny dreszczowiec, podczas gdy „Łup” w barze dla policyjnych dramatów od razu siada do stolika obok drzwi do kibla, w gronie wielu innych średniaków II kategorii. Nabija oglądalność – to już wiadomo. Ostatecznie obejrzy go pewnie większość abonentów spragnionych choćby namiastki „prawdziwego” kina i porządnego aktorstwa. Magia nazwisk też zadziała, na mnie przecież zadziałała. Jednak za dwa tygodnie nikt nie będzie o nim pamiętał i pozostanie kolejną pozycją w katalogu streamingowego molocha podpiętą do jednej z tych absurdalnie zatytułowanych kategorii. W filmografii Damona i Afflecka to dziełko kompletnie niepotrzebne. Nie mogę sobie wytłumaczyć celu jego powstania czymś innym niż szybkim skokiem na kasę, co tak bardzo ironicznie nawiązuje do samej fabuły filmu.
Łup (2026)
-
Ocena Voo - 5/10
5/10








Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:
Regulamin zamieszczania komentarzy
Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:
[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]