Seriale

The Boys sezon 4 (odcinki 4-6)

Kierunek zwarcie

The Boys mocno obniżyli loty na początku 4 sezonu. Dodatkowo producent Eric Kripke postanowił trochę poobrażać widzów swojego serialu. Stwierdził, że od początku to właśnie z nich się śmiał, że jeśli nie rozumieją przekazu, to są… tu pada sporo dziwnych modnych w ostatnim czasie słów określających różne grupy, zwłaszcza mężczyzn. Ale nic to. Niech producent promuje swój produkt, jak mu się podoba. Jeśli uważa, że to przyniesie zamierzony przez niego efekt, jego sprawa. Na szczęście dla fanów w czwartym odcinku serial powraca na delikatnie lepsze tory. Nie przedłużając – zapraszam na spojlerowe omówienie 4, 5 i 6 odcinka 4 sezonu The Boys.

odc. 4. „Mądrość wieku”

Zaczynamy od wizyty Ojczyznosława w „domu” czyli laboratorium Vought, gdzie był poddawany testom. Anthony Starr jest w swojej roli doskonały. Co prawda mam pewne wątpliwości co do jego dalszej kariery po zakończeniu serialu, ale aktor stał się graną przez siebie postacią. Mam wrażenie, że scenarzyści i reżyserzy nie muszą dawać mu żadnych podpowiedzi. Starr jest Ojczyznosławem i najlepiej wie, kiedy zrobić grymas, kiedy się uśmiechnąć, kiedy groteskowo się zaśmiać.

Sceny z udziałem wszechpotężnego supka i ekipy, która za dzieciaka go torturowała, są pełne napięcia. Niestabilny Ojczyznosław pokazuje pełną paletę swoich rozedrganych do granic możliwości uczuć. W jednej chwili jest miły niemal potulny, by za chwilę dać się ponieść.

No więc jednego wilka alfa mamy odhaczonego, czas więc pokazać tego drugiego. Billy Butcher i jego „robaczek” łażący gdzieś pod skórą. Jakie to jest mocne. Człowieka aż ciarki przechodzą, jak widzi coś takiego. Rzeźnik jest w coraz gorszym stanie fizycznym, ale przede wszystkim psychicznym. W ciężkich chwilach towarzyszy mu nieżyjąca od jakiegoś czasu żona. Ich rozmowy są tak namacalne, że mogłoby się wydawać, iż kobieta naprawdę tam jest. To pierwsza mało subtelna wskazówka zwiastująca późniejszy „potężny” plot twist.

Wątek Hugh’ego wciąż jest nudny i zupełnie niepotrzebny. Chłopak do tej pory był przeciwwagą dla Rzeźnika, głosem rozsądku, trochę niepasującym elementem wprowadzającym pozytywny chaos, człowiekiem przełamującym szablony. Teraz stał się niepotrzebnym zabieraczem czasu. Nic się w tym wątku nie dzieje. Nikogo to nie obchodzi, bo czemu miałoby? Ojciec Hugh’ego nie pojawiał się zbyt często, widz nie mógł jakoś szczególnie go polubić, lub się z nim w jakikolwiek sposób zżyć. Tym bardziej relacja Hugh’ego z matką jest potrzebna temu serialowi jak kotu wrotki.

Jest jeszcze wstawka z wydarzeniami z Godolkina, żeby nikt nie zapomniał o Pokoleniu V. Dlaczego?

Bohaterowie są znużeni

Rozmowa Starlight z prezydentem elektem jest nudna, w ogóle sama postać Singera jest jakby dodana całkowicie na siłę. Swoją drogą coś mnie chyba ominęło. Kiedy oni te wybory wygrali? Ten wątek jakoś mi uciekł. Prezydent jest potraktowany jak zagubiony chłopiec w malutkim gabinecie, wygłaszający swoje wielkie plany, a potem chowający się głęboko w kryjówce. Dużo mówi, ale ma to małe znaczenie. O ile dobrze pamiętam, ten sam Singer był zwolennikiem brania supków do armii (kurde, nie wiem, czy ja oglądam ten serial niedokładnie, czy są aż takie dziury fabularne w niektórych wątkach).

Nudny wątek Francuza, naprawdę można to przewinąć. Nic nie wnosi, został dopisany na siłę. Ani nie buduje postaci, ani specjalnie jej nie burzy. Ot jest, ot komuś był potrzebny. Nie wiem komu, nie wnikam. Słabe to, ale na to już narzekaliśmy. Trzeba zwyczajnie czekać na zakończenie tego wątku i jakoś żyć ze zmarnowanym na niego czasem.

Tymczasem Petarda wyrasta nam na ważną postać, która ma swoje plany i ambicje. Może nie jest tak mądra jak Siostra Sage, ale nie da się rozstawiać po kątach. Bardzo fajnie napisana i zagrana rola. Dwie rywalizujące ze sobą kobiety ze skomplikowaną wspólną przeszłością. Piękny obraz tego, jak osobiste urazy można ubrać w ciuszki politycznej wojny, zebrać wiernych słuchaczy i uderzać w swojego znienawidzonego wroga. Tak naprawdę Petarda może mieć zupełnie inne poglądy, ale w celu wywarcia swojej zemsty wskakuje na falę koniunktury i mówi to, co ludzie chcą usłyszeć. Tu twórcy trafiają w punkt pokazując, czym tak naprawdę kierują się liderzy wielkich zgromadzeń.

Niestety wątki poboczne kuleją. Znużenie dotyka chociażby Rzeźnika. Akcja „dajcie mi 50 tysięcy dolarów, to załatwię Petardę na amen” jest zwyczajnie głupkowata. A patrząc na końcowy efekt tego questa, ręce opadają. Jakie to nieporadne, jakie niskie… W ogóle, od kiedy MM stał się taki ważny, że może robić niemal wszystko co mu się podoba wykorzystując przy tym rządowe pieniądze?

Komedia na zbyt wielu frontach

Zacznijmy od A-traina. Ten gość tak wiele razy zmieniał zdanie na wszystkie możliwe tematy, że stał się totalnie nierealny i irytujący. Już nie wiadomo czemu on jest cały czas w centrum wydarzeń, mimo że co najmniej kilka stron powinno już dawno go odstrzelić. Jednak kiedy twórcy potrzebują zrobić coś dziwnego, niewytłumaczalnego, wtedy naciskają przycisk „A-train to ogarnie”.

Tym razem o pomoc prosi go Hugh, który chce podać związek V swojemu ojcu (swoją droga fajnie, że V jest lekiem na wszystkie problemy ludzkości). Z jednej strony jest to scena bardzo mocna, bo pokazuje nam nowe oblicze Campbella. Szantaż emocjonalny, wykorzystanie osobistej tragedii do wyłudzenia posłuszeństwa. Hugh wreszcie zaczyna grać ostrzej. Z drugiej strony wspomniany A-train… Gość zostawia tyle śladów swojej dwulicowości i nikt się jeszcze nie zorientował. W swojej grze na dwa fronty jest subtelny jak rugbysta próbujący swoich sił w balecie.

Czego jeszcze w tym odcinku brakowało? Oczywiście Kimiko dalej mierzącej się ze swoimi demonami. Dostajemy kilka brutalnych scen walki z członkami Jasnego Słońca. Hugh oczywiście walczy nieporadnie, oczywiście ma to być element nieco komediowy, oczywiście nie jest to nic nowego. Trochę nuda.

Nudna za to nie jest scena w pokoju Ojczyznosława. Ona jest po prostu głupia. A-train ma haka na Ashley i to bardzo mocnego. Biegacz zaszachował korporacyjną panią na dobre i ma ją w garści. Kto wpadł na ten durny pomysł? I czy Ojczyznosław naprawdę nie ma żadnego podglądu na to, co dzieje się u niego na kwadracie, gdzie trzyma jakże ważne dla siebie rzeczy? Między innymi swoje „włosy”. Każdy może sobie ot tak tam wejść i oglądać eksponaty jak w muzeum szaleństwa i obrzydliwości?

Nie chce mi się wspominać o kolejnych odpałach Ojczyznoslawa. Ciężko się to ogląda. To znaczy wreszcie jakieś sceny są koherentne, wreszcie wszystko do siebie pasuje, ale poziom obleśności przekroczył u mnie próg akceptowalności.

Dziwne przypadki Billy’ego Butchera

Wracamy do naszej ekipy. Nie udało się za pomocą góry pieniędzy i kontaktów, więc Rzeźnik ma nowy wspaniały plan. Wysyła Francuza, żeby ten dokonał włamu do przyczepy Petardy i tam znalazł jakieś brudy. Wspaniały pomysł, ale ten przynajmniej jest w oldschoolowym stylu „Chłopaków”. Takie akcje lubimy, proste i nieskomplikowane, jak łom Billy’ego.

Tymczasem Kripke bierze na tapet kolejny ciężki temat i rzuca nim w twarz widzów. Aborcja. Sposób jej odbierania przez społeczeństwo, dyskusja i debata, czyja to jest właściwa sprawa i co komu do tego. Przy tej okazji Starlight totalnie puszczają nerwy. Scena „bójki” Ann i Petardy jest efektowna i zwyczajnie realistyczna. Dobrze to panie zagrały. Kolejna scena zdecydowanie na plus.

Tak samo jak walka Rzeźnika z Ezekielem. Od razu powrócił klimat poprzednich sezonów. Jest efekciarsko i z polotem. Takich Boysów chce się oglądać. A obraz rozczłonkowanego Ezekiela uzupełnia listę rzeczy, za którą fani kochają ten serial. Dostajemy także zagwozdkę, co właściwie dzieje się z Butcherem.

Szkoda, że serial nie utrzymuje poziomu do końca. Bo przecież mamy niedokończone sprawy z Francuzem. Scena wyznania prawdy była tak zła, że zęby bolały. Doskonale złe zwieńczenie doskonale złego wątku. Dziękuję, dobranoc, już nie będziemy się z tymi dwoma panami męczyć. A przynajmniej mam taką nadzieję. Bo chyba nikt nie wpadnie na pomysł, że tan koleś Francuzowi przebacza, że miłość jest większa niż takie zbrodnie? Powiedzcie, że tak się nie stanie, proszę…

Dostajemy kolejną nudną rozmowę Starlight z szefem wszystkich szefów, prezydentem-elektem, który jest tragicznym nieporozumieniem i co trzeba podkreślać, postacią doklejoną totalnie na siłę.

Na zakończenie jeszcze raz duet Hugh, A-train. I znów zero emocji w scenie, która w założeniu miała być emocjonalna. Właściwie jaka jest stawka? Co zmieniłoby się w życiu A-traina, gdyby Hugh mu wybaczył? Co stałoby się, gdyby tego wybaczenia poskąpił? W tego typu grach twórcy Boysów są jak dzieci, kompletnie się gubią i nie potrafią niczego takimi scenami zbudować.

Za to potem objawia nam się kolejny geniusz. Otóż Butcher wyznaje, że wykradł V Francuzowi. Skąd tamten w ogóle ją miał i dlaczego nie zauważył jej braku? Czyżby kolejny pomysł wyciągnięty wiadomo skąd?

Dopełnieniem odcinka jest makabryczny uśmiech Ojczyznosława umazanego krwią swoich „opiekunów” z dzieciństwa.

Odcinek nierówny, ale na pewno zdecydowanie lepszy od poprzednich trzech. Jest sporo klimatu z poprzednich sezonów, ale zbyt wiele zgrzytów, obok których nie można przejść obojętnie.

odc. 5. „Strzeż się żabrołaka, synu”

Wreszcie dostajemy mięsko. Nie ważne, że to już wszystko praktycznie było. Ten odcinek to prawie stare dobre The Boys.

Na początek to, co w tym serialu lubię najbardziej. Małe gierki z MCU, stylizacja. Film w filmie, dopracowane do perfekcji loga kolejnych produkcji. Malutkie arcydzieła. Ktoś może powiedzieć, że to już wszystko było, niemniej mnie to się chyba nigdy nie znudzi. To jest poziom bliski perfekcji.

Mamy jednak w tym odcinku także drugi główny wątek. Ojciec Hugh’ego dostał V. Przy okazji doszło do małego nieporozumienia. Hugh przyniósł do szpitala fiolkę, ale ostatecznie nie chciał jej używać. Jego matka zobaczyła związek pod nieobecność syna i go podała, „myśląc, że Hugh tego właśnie chce”. Czy ktoś tej kobicie uwierzył?

Mamy więc kolejne bieda-dialogi między szczęśliwą rodzinką Campbellów. Nie wiem o co chodzi twórcom. Nagle chcą nam pokazać, jak ważna postacią dla całego serialu jest Campbell senior. Po co? Przez trzy sezony pokazywał się wyłącznie okazjonalnie. Komu to przeszkadzało? Teraz nagle chcą wzbudzić w widzu przywiązanie do niego, by mogły wybrzmieć późniejsze sceny z jego udziałem. Wszystko na siłę, kolejny raz na siłę.

Rzeźnik spotyka się ze swoim kumplem Joe Kesslerem. Postać grana przez Morgana nadal niewiele wnosi, a dodatkowo jego żarty to najgorszy poziom cringe’u. Gdybym powiedział, że na tym etapie wyczułem fałszywe nuty w tej relacji, to zwyczajnie bym skłamał. Za mało danych, jakby twórcy sami przed sobą ukrywali, co się później wydarzy (nie uprzedzajmy jednak faktów).

Może Morgan nie jest tym, czego fani się spodziewali, za to dzięki niemu Rzeźnik znów jest starym Rzeźnikiem. Jego wejście do kwatery głównej Chłopaków to kwintesencja tego serialu. Na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech. Chłopaki rzeczywiście wrócili i to na dobre, ale w drogę ponownie wchodzi im scenariusz.

Dziwnych sojuszy ciąg dalszy

MM na tym etapie serialu może absolutnie wszystko. Już o tym wspominałem. Może na przykład dowolnie szafować sobie prezydenckim ułaskawieniem. Co prawda nie wiem kto w tym momencie jest prezydentem. Bo elekt takich praw nie ma, no, ale cóż. Kto by się tym przejmował. Dodatkowo ułaskawienie to tak naprawdę świstek papieru trzymany przez dwóch podejrzanych typów, a nie jakiś tam proces, w który muszą być zaangażowani prawnicy itd.

Stan Edgar, bo to on zostaje tym ułaskawieniem obdarowany, zgadza się pomóc Chłopakom, ponieważ martwi się o swoją „wnuczkę”. Zjazd, jaki zaliczył prezes Vought, jest niewyobrażalny. Wygląda to trochę tak, jakby zarządzał przez tyle lat całą tą organizacją dzięki jakiemuś niewyobrażalnemu szczęściu. Nie ma żadnych narzędzi ani argumentoów by wierzyć, że choć przez chwilę kogoś trzymał w ryzach. Kolejna źle budowana postać, ale to nie pierwszyzna u twórców, którzy skupiają się tylko na najbardziej istotnych dla fabuły w danym momencie bohaterach. O innych zapominają i wyciągają ich z kapelusza w pasującym im momencie.

To mój największy zarzut do twórców, ale taki to już urok tego serialu i cieszmy się tym, co mamy. A mamy domek na wsi skrywający makabryczne tajemnice. Mamy skomplikowane relacje międzyludzkie i kolejną dawkę nieoczywistych sojuszy. Pani wiceprezydent-elekt wkracza i rozpoczyna subtelną grę w: „kto jest z kim i kogo ewentualnie można przekonać do swoich racji”.

Jednak zanim o tym, słówko o ulubieńcu wszystkich fanów. Niezastąpionym, niezbędnie koniecznym dla funkcjonowania serialu Ryanie. Pierwszy raz przyznam, że podoba mi się kierunek, w którym zmierza ten chłopak. Jeśli znów nie obrócą tego o 180 stopni dostaniemy Ojczyznosława 2.0. Oby tak się stało, proszę.

Krwiożercze zwierzęta domowe i „święty granat ręczny”

Dobrze, że Newman przyprowadziła ze sobą kilku no-name’ów, którzy mogli w efektowny sposób zginąć. Bo oto na scenie pojawiają się kurczaki na „Fałce”. Oj jakie to jest dobre! Można narzekać, że to tanie efekciarstwo, że nie ma znaczenia dla fabuły, ale ja oglądając te sekwencje bawiłem się kozacko. Kto oglądał Monty Pythona i Świętego Graala, ten na pewno pamięta scenę z krwiożerczym królikiem. Wspaniałe nawiązanie do klasyki i kawał mięsistej akcji.

Jednakże nie samą akcją człowiek żyje, potrzeba też trochę korpo-gry. Rozłam pomiędzy Saige i Petardą jest coraz większy. Chyba wiem, w jaką stronę to wszystko zmierza. Całkiem możliwe, że Saige wkrótce okaże się tą dobrą, która od początku chciała upadku Ojczyznosława. Okaże się także, że od początku wiedziała o zdradzie A-traina (nie trzeba być geniuszem, żeby połączyć kropki i wywnioskować, że to on ryje), a nawet pozwalała mu działać na szkodę Vought. Zobaczymyczy mam rację.

Dostajemy też wreszcie całkiem niezły dialog. Newman mówi Starlight prawdę, za co dostaje w twarz. Naprawdę dobra scena. Ann coraz bardziej puszczają nerwy, dodatkowo ma jakieś problemy ze swoją mocą. Natomiast Rzeźnik przez przypadek odkrywa, co tak właściwie w nim siedzi. Robal zżerający go od środka, który chce wyjść na powierzchnię.

A potem dostajemy wcale nie taki mały koszmarek. Stary Campbell robi masakrę przy użyciu mocy, z których nie zdaje sobie sprawy. Miało wyjść makabrycznie, stylowo, przejmująco. Nie udała się żadna z tych rzeczy. Wychodzi na to, że absolutnie każdy może sobie zabijać dowolną liczbę osób bez żadnych konsekwencji. Nie mówię tutaj o konsekwencjach dla ojca. On ponosi je z ręki własnego syna, ale czy podanie „Fałki” nie obarcza reszty rodziny Campbellów? Czy nie powinni odpowiedzieć za brutalną śmierć kilku biednych pacjentów?

Sama scena śmierci ojca Hugh’ego ma wzruszać, tymczasem ciężko mi było się powstrzymać przed przewinięciem. Ten wątek nie wzbudził we mnie większych emocji. No może jedną: znudzenie.

Członkowie ekipy znów ze sobą rozmawiają. Wychodzi to czasami lepiej, czasami gorzej, ale dla dialogów znaleźliśmy się na upiornej farmie. Smętarz dla zwierzątek ponownie daje o sobie znać. Najpierw powoli – bliskie spotkanie z bykiem na „Fałce”, by z siłą kuli burzącej uderzyć w nas latającymi, krwiożerczymi owcami.

W szopie, do której uciekli nasi bohaterowie poznajemy Samira, twórcę całego zamieszania, który ma ostatnia dawkę wirusa przeciw supkowego. Rzecz jasna Butcher jest gotowy poświęcić wszystkich, byle tylko zdobyć wirus, ale zostaje przegłosowany. Ach jakże wspaniale napisaną i zagraną postacią jest nasz Rzeźnik. Szkoda, że na jego stworzenie wykorzystano niemal wszystkie punkty mocy przysługujące autorom i zabrakło ich dla postaci pobocznych.

Niemniej jednak truchło jednego z asystentów Samira naszpikowane wirusem służy jako Święty granat ręczny, albo jak owieczka (nomen omen) wypchana siarką i podrzucona Smokowi Wawelskiemu przez szewczyka zwanego Dratewką.

Otwarte zakończenie, czyli wodospad pomysłów

Na farmę nagle zjeżdża pełno federalnych. Przy okazji dowiadujemy się, że na prezydenckim ułaskawieniu drobnym druczkiem było dopisane, że „nie działa w przypadkach” i lista stu rzeczy, które mogą stać się przyczynkiem anulowania umowy. Dodatkowo MM jest naprawdę potężną szychą, który decyduje o losie skazanego. No nieważne. Nikt z fedków nie przejmuje się, że pani wice-prezydent elekt lata z szemranymi typami po farmie pełnej zmutowanych zwierząt. Teatr trwa dalej, Newman nadal udaje, że nie jest supkiem, wszyscy wokoło nadal udają, że o tym nie wiedzą. Potężna intryga to coś, co twórcy potrafią robić idealnie (a tak naprawdę to nie).

Jakaś kobieta z FBI pokazuje pani wice-prezydent elekt uciętą nogę Samira, co wywołuje u niej wielką traumę. Tak wielką, że postanawia wybaczyć swojemu przyszywanemu ojcu i uratować go od straszliwego powrotu do więzienia. Nie ma to najmniejszego sensu, ale kogo to obchodzi? Na taki pomysł wpadł scenarzysta i koniec tematu.

Na szybko mamy jeszcze fanatyków sprawy Ojczyznosława. Superbohaterów gotowych do największych poświęceń dla swojego pana i władcy. Pojawiają się Strażnicy Godolkina, jakkolwiek by się nazywali, pani od zmieniania uczuć za pomocą dotyku i chory brat tego co potrafił się palić.

Z kolei Francuz (dajcie już chłopu spokój, to była taka dobra postać, przestańcie ją gnoić) oddaje się w ręce policji za swoje liczne zabójstwa. Brawo!!!

No i na sam koniec Butcher ze swoim kumplem, który zawsze pojawia się w odpowiednim miejscu i czasie, i który wyzwala z Rzeźniku jego najbardziej demoniczne oblicze. Ten duet zaczyna nawzajem się nakręcać. Wyczuwam, do czego to może doprowadzić, ale  nie potrafię przewidzieć dokładnego finału ich relacji).

Kurtyna. Odcinek 5 to doskonała zabawa. Nawet kilka nieudolności scenariusza nie potrafiły jej popsuć. Oglądało się to doskonale, może za wyjątkiem scen ze szpitala, no ale nie mówię przecież, że ten odcinek był idealny.

odc. 6. „Brudny interes”

Niestety poziom znów spada. Przykro mi, ale trzeba to sobie głośno powiedzieć. Po świetnym odcinku 5 scenarzyści znów nie wiedzą, w co włożyć ręce. Jakże ciężko się to oglądało.

Najpierw pogrzeb starego Campbella. Ta scena jeszcze ujdzie. Dalej nic nie wnosi, ale niech będzie, że komuś jest potrzebna. Potem nagle wielka miłość matki i syna. Stają się dobrymi przyjaciółmi, żartują sobie, znajdują wspólne tematy, okazuje się, że wiele ich łączy. Matka mówi nawet, że synek może na nią liczyć w każdej sytuacji (skąd nagle taka przemiana?).

A potem wielki boss MM dostaje cynk z Toronto od swojego tajnego informatora. Informacja jest przekazana w zamkniętym kręgu i nagle wypływa na powierzchnię. Nie trzeba być geniuszem, żeby wytypować, kto jest zdrajcą, zwłaszcza kiedy ta osoba ciągle znika, nie wiadomo gdzie jest i co robi. No, ale A-train to wytrych dla scenarzystów. Chcą, żeby ekipa dobrych się o czymś dowiedziała, więc wysyłają swojego wiernego posłańca. Gorsze jest to, że twórcy biorą sobie za punkt honoru wprowadzanie znikąd postaci, które są dobrze znane naszym bohaterom.

Kim jest Webweaver i dlaczego powinniśmy go znać? Bo według scenarzystów chyba powinniśmy. Gość gada do MM jak do starego kumpla, wspomina Rzeźnika, a potem. jak gdyby nigdy nic, prosi o dość intymną przysługę. Znowu idziemy w stronę im bardziej obleśnie tym lepiej, tylko że to już w ogóle nie działa. Wręcz przeciwnie. Cały ten odcinek to nikomu nie potrzebny zapychacz. Wypełniony abstrakcyjnym „humorem” odcinek przejściowy.

Festiwal zboczeńców wszelkiej maści

Impreza u Tek Knighta to okazja by poznać nieco nastawienie jednych bohaterów do drugich. Sage kpi z Ashley, przeprowadza trochę ciekawą, a trochę sztampową rozmowę z Newman. Oczywiście czarna dziewczyna pokrzywdzona przez świat, stworzyła lek na wszelkie dolegliwości, ale została wyśmiana przez białych władców świata. przez co zmarła jej babcia. Oj jakie to nachalne. Jakie prostackie, jakie grubymi nićmi szyte.

Jest też Petarda, chyba najciekawsza postać na tej imprezie. Aspirująca do bycia członkiem „starszyzny”, mająca swoje ambicje, brutalnie odrzucona przez swojego pana. Ojczyznosław dość wyraźnie daje jej do zrozumienia, że póki co woli bawi się z Siostrą Sage. Jest tez Hugh przebrany w strój Webweavera – ćpuna i degenerata, który jak się okazuje jest dobrze znany wszystkim uczestnikom, włącznie z panią wiceprezydent-elekt.

To nie jest dobrze skonstruowany scenariusz odcinka. Hugh wpada w kłopoty na własne życzenie. Zaraz ma się rozpocząć zebranie największych złoli, jakich nosiła nasz słodka ziemia, a młody Campbell jak zwykle nic nie potrafi. Zgodził się wziąć udział w niebezpiecznej misji, a potem, jak baranek prowadzony na rzeź, zgadza się bezrefleksyjnie na wszystko, co się mu powie. Sama komnata Tek Knighta, zgodnie z przewidywaniami, jest wyrwana rodem z „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. I znów twórcom przyświeca hasło: „im bardziej obleśnie, tym lepiej”. Ochoczo dzielą się swoimi perwersjami z widzem. Nikt tego nie potrzebuje, podejrzewam, że nikt nie uważa, że ten wątek jest dobry i bez niego ten serial cokolwiek by stracił. Mam nadzieję, że nie ma tutaj takiej osoby.

W międzyczasie dostajemy absurdalną rozmowę Deepa z Black-noirem. Niech ktoś mi wyjaśni, o co w tej rozmowie chodziło. Co ona wniosła? Czy popchnęła którąkolwiek z tych dwu postaci w jakimś kierunku choćby o milimetr.

Wracamy do ekipy, która zaniepokojona brakiem sygnału wchodzi w paszczę lwa. W domu są Ojczyznosław, Newman, Siostra Sage i Petarda. Cała masa wrogo nastawionych do Chłopaków postaci, ale nic to, wejdziemy i trochę się rozejrzymy. Piękno scenariusza powala.

Chociaż Tek Knight jest super detektywem, to jednak zupełnie nie rozpoznaje, że Webweaver jest fałszywy. W otworze w stroju, na plecach powinna znajdować się wypustka z siecią, a jej tam nie ma. Nic to – detektyw w ogóle nie wyczuwa podstępu. Jest zbyt zajęty zachwycaniem się pierdzeniem w tort. Gratulacje. Czapki z głów przed scenarzystami.

Rozterki pana Rzeźnika i panny Petardy

Przez niemal cały odcinek widzimy kłótnie między Butcherem a Kesslerem. Jeden nie do końca wie, czy chce iść na całość, drugi popycha go coraz głębiej w odmęty piekła. W tym samym czasie widzimy, jak kruchą i delikatną osobą jest tak naprawdę nasza twardzielka Petarda. Jestem pełen podziwu dla tej postaci. Ona jedna dostaje porządną rolę do odegrania.

Kiedy spotyka na swojej drodze Starlight przez chwilę jest nawet w stanie jej uwierzyć. W głębi serca nie jest złą osobą, ale pragnienie sławy i zdobywania coraz większej liczby obserwujących popychają ją do złych rzeczy.

Siostra Sage nakrywa złodziejaszków, ale Kimiko i MM jakoś sobie z nią radzą. Szkoda tylko, że nasz czarnoskóry szef dostaje ataku paniki mylonego z zawałem.

Na szczęście dla ekipy w domu jest jeden przyjaciel: niezastąpiony A-train. Kimiko prosi go o pomoc wykorzystując tytuły książek. Jakim cudem w tysiącu pozycji znajduje te odpowiednie i jakie właściwie ma to znaczenie? Kolejny absurdalny pomysł, który miał wyglądać fajnie. Nie wyszło.

Dalej nie jest lepiej. Nikt nie zauważył, że to A-train przywlókł do szpitala chłopa z zawałem. Nikt tego nie rozgłosił, nie nagrał. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych „ludzi” na ziemi jest anonimowy w swoich działaniach. Tak jak na Petardę twórcy mają pomysł, tak na biegacza skończył się on już bardzo dawno temu.

No i wreszcie moment kulminacyjny. Wielka rozmowa o obaleniu prezydenta. Dwóch niby bogaczy plus wyszczekania pani tłumaczą Ojczyznosławowi świat. Ten jest kompletnie rozdygotany, bo przecież wcześniej nie miał pojęcia, co jest czym i dlaczego. Błagalnie patrzy na Sage, ale on jeszcze nie pozbierała się po otrzymaniu kulki w mózg. Z pomocą przychodzi więc Newman, która po prostu zapewnia, że ogarnie każdy problem, a w ogóle to gdy już obejmie władzę, da absolutną swobodę wszystkim bogaczom. Nic to w zasadzie nie znaczy, argumenty milionerów były bardzo dobre, ale nagle, nie wiadomo czemu, dają się przekonać głupkowatym rozwiązaniom.

Sage kiwa do niej głową, tak jakby po trosze to zaplanowała. Jakby chciała, żeby to Newman póki co przejęła pałeczkę i poczuła się silna. Wyszło naprawdę średnio. Akcja to żywioł scenarzystów, intrygi, zakulisowe działania i dialogi to kompletnie nie ich bajka.

Na plus tego odcinka należy zaliczyć torturowanie Tek Knighta poprzez wysyłanie jego środków między innymi do BLM. Nasz super detektyw woli zdradzić wszystkie tajemnice, niż pozwolić by jego pieniądze trafiły do tej „organizacji”.

Potem mamy kilka mniej lub bardziej osobistych scen. MM musi zwolnić tempo bo grozi mu tym razem prawdziwy zawał. Kimiko twierdzi, że nie ma dokąd pójść, więc będzie siedzieć w poczekalni aż Francuz łaskawie zechce się z nią spotkać, a Petarda… Znów kradnie dla siebie szoł. Ma coś, czym wreszcie może zaskarbić sobie miłość Ojczyznosława. A nawet dwie takie rzeczy. Mleko matki. Szach i mat. Sage nie będzie miała łatwego życia w najbliższym odcinku.

I tak dochodzimy do wielkiego plot twistu. Do najpilniej skrywanej tajemnicy tego sezonu. Otóż Joe Kessler tak naprawdę nie istnieje. Nie jestem broń Boże specjalistą od ludzkiego mózgu, ale czy nie jest to trochę naiwne, że Butcher jednocześnie zdaje sobie sprawę, ze żona, która mu się objawia i z którą rozmawia, tak naprawdę nie istnieje, a przyjaciel, którego jak się okazuje zostawił na śmierć, jest prawdziwy. Nie mnie to oceniać, ale to trochę psuje obraz.

Dodatkowo twórcy nie odkryli nic nowego. Co najmniej kilka razy widziałem niemal identyczne sceny. 1 do 1 jak w Jokerze, albo FighClubie. Nie mówię, żeby nie wzorować się na najlepszych, ale można było to w coś ubrać. Ta scena miała wywołać WTF, ale dla mnie okazała się kapiszonem. Nie sprawiła, że zakrzyknąłem przed ekranem: „co do…?”

Mamy za sobą kolejny średni odcinek. Pomijając wątek Butchera i Petardy nie było w nim nic wartego zapamiętania.

The Boys sezon 4 (odcinki 4-6)
  • odc. 4. Mądrość wieku - 7/10
    7/10
  • odc 5. Strzeż się żabrołaka, synu - 8.5/10
    8.5/10
  • odc. 6. Brudny interes - 6.5/10
    6.5/10

Related Articles

Komentarzy: 23

  1. „skupiają się tylko na najbardziej istotnych dla fabuły w danym momencie bohaterach. O innych zapominają i wyciągają ich z kapelusza w pasującym im momencie.”

    Klasyczny Kripke 🤣 Działało to w Supernatural, to pomyślał że zadziała w The Boys.

  2. „Stwierdził, że od początku to właśnie z nich się śmiał”
    Ta jasne. Nie przypominam sobie by serial tak jawnie brał udział w kampanii wyborczej.

    1. Słabą masz pamięć. Co prawda ten sezon mocniej dowala prawej stronie ale przecież we wcześniejszych sezonach było mnóstwo wyśmiewania woke i pinkwashingu. Kripke śmieje się ze wszystkich a tu nagle fani Ojczyznosława po 4 sezonach się zorientowali że naziści to ci źli i się oburzyli. No litości.

      1. Mi nie mieści się w głowie, że są ludzie, którzy od początku nie patrzyli na Ojczyznosława jak na antagonistę. Kto mógł na niego patrzeć i mówić to jest prawdziwy bohater. Przecież on od początku robił złe rzeczy. Rozwalił samolot, a kolejnego nie uratował mimo setek ludzi na pokładzie. Dla kogo to był bohater? To mówienie, że ludzie nagle zrozumieli, że jest zły jest zwyczajnie głupie.

        1. Myślę że ludzie lubią Homelandera ze względu na to jak świetnie jest zagrana ta postać, lubią też aktora który się w niego wciela(pisałam Ci już kiedyś o tym). To że jest czarnym charakterem to nie znaczy że nie można go lubić. Ja go uwielbiam, tak samo jak Butchera. W ogóle uwielbiam czarne charaktery ale to w żaden sposób nie przeszkadza mi w lubieniu też tych dobrych. Zawsze jestem rozdarta:D

      2. A czytać umiesz? Czy tylko spijasz słowa Kripke?

        Jeszcze raz:
        Nie przypominam sobie by serial tak jawnie brał udział w kampanii wyborczej.
        Simple as that.

  3. Szkoda że to nie jest ostatni sezon. Poziom jaki nam serwują sprawia, że może mi nawet nie chcieć czekać na 5 sezon.

    To wbijanie młotkiem „the message” pod płaszczem błyskotliwej alegorii jest męczące.
    W ogóle tworzenie czegokolwiek w oparciu o komentarz do współczesnej polityki jest debilizmem do kwadratu. Nie ma już ludzi, którzy umieją sięgnąć ponad to, do człowieka, zamiast avatara z Twittera spranego przez polaryzację?

    1. No strasznie obniżyli loty i zniechęcili do oglądania. I tak jak odcinek piąty minął mi nie wiadomo kiedy tak na przykład przy odcinku szóstym bardzo się męczyłem i ledwo dotrwałem do końca.

  4. Coś się chyba popsuło ze spojlerami w komentarzach ale trudno 🙂 Niestety, przecieki co do tego sezonu spełniają się co do joty, więc po jak już mówimy o locie serialu – będą turbulencje. Co do rozmowy Głębokiego z Noir to nieudolnie próbowano pokazać, że nowy Noir zainspiruje się odkryciem Głębokiego (czyli że supersiła i krzywdzenie ludzi to fajna sprawa) i że nie będzie się przejmował ludzkim życiem.
    Serial dalej oglądam ale już raczej z obowiązku, niespecjalnie czerpię satysfakcję. Nie mam pojęcia w jaki sposób ubiją Johna, skoro jego papa jest przetrzymywany w jakiejś rządowej zamrażarce a Samir wirusa Rzeźnikowi raczej nie zrobi. Jak zrobią jakąś kompletną od czapy Deus ex machinę (nie oglądałem Supernaturals) to wyjdzie na to, że Kripke potrafi stworzyć 1 góra 2 dobre sezonu a potem leci ostro w dół :\

    1. Jeśli założyć że supernetural zakończył się na 5 sezonie, to zakończenie było gorzko-głupie. Ale ta głupota chyba wynikała z tego, że nie chcieli kończyć serialu familijniego bardzo drastycznie. Ale zakończenie było dobre tylko jedna rzecz została naciągnięta.

      Kripke miał plan na 5 sezonów, potem odsunął się z roli głównego showrunnera z supernatural, dlatego w przybliżeniu można przyjąć że serial zakończył się na 5 sezonie 😉

  5. Recenzja dobra, trafna. Serial można oglądać aktualnie dla Homelandera i Butchera. Jedyne dobrze zarysowane i wielowymiarowe postacie. Co do Homelandera, to psycholem był przez trzy sezony, a aktualnie, z uwagi na miałkość przekazu scenarzystów, można mu z lekka kibicować 😉

  6. Nienawidzę wciskania polityki gdzie tylko się da, tak samo do seriali. Wciskanie polityki do seriali po prostu psuje dany serial. Serial ma być serialem, to jest rozrywka, ma dawać przyjemność. The Boys niestety bardzo mocno zostali w politykę wrzuceni.

  7. Jeśli chodzi o 4 sezon:
    Na DUŻY plus postać Homelandera i kilka pojedynczych żartów / gagów / scen/
    Na plus wątek Ojczyznosław + Synek.
    Na „plus minus” Rzeźnik.

    Reszta słaba (fabuła, tempo)
    Bardzo słaba (wątki poboczne, plot twist, niektóre rozwiązania napędzające fabułę)
    Obleśna (mnóstwo gołych anusów, facetów, albo ten tekst o sikaniu po szparagach)

    Spadek formy. Oglądam z przyzwyczajenia i nie ukrywam mnóstwo przewijam.

  8. Nowy odcinek spoko. Najlepszy ze wszystkich.
    Nawet żart polityczny był spoko, że ten typ umarł na tętniaka od szczepionki 🤣

    Dobrze że finał już tylko, bo całościowo to męczący sezon.

    1. Niby tak, ale pełno głupot i scenariuszowych niekonsekwencji.

      Francuz chciał odpokutować, ale nie chcą go w więzieniu, więc zamiast iść do klasztoru, zapisać się do fundacji, robić coś u podstaw, to będzie robił wirusa, bo go Rzeźnik poprosił. Poza tym od kiedy ta babka tak dobrze żyje z Rzeźnikiem, że ot tak uwalnia ludzi z więzienia?

      Czemu Ojczyznosław sam nie poleciał i nie ubił Butchera tylko wysłał dwóch gamoni? Czemu tam nikt nie zginął????

      Czemu ta mądra czarna nie powiedziała wcześniej, że wie o A- Trainie? Przecież Homelander jej słuchał i zgodziłby się żeby go NIE zabijać, skoro taki jest plan.
      Co więcej wyszło na to, że najinteligentniejszy człowiek na świecie został przechytrzony przez babę o ksywie Petarda.

      Natomiast scenarzyści przechytrzyli samych siebie, bo serial nie dość że stracił dawny polot, to jeszcze jest coraz mniej spójny.

      W ogóle ten argument A-Traina że rodzina Cyca nigdzie nie będzie bezpieczna, co za nonsens.

      1. Głupot jest o wiele wiele więcej, może uda mi się napisać o tym odcinku i gdzieś wrzucić go w tygodniu.
        Dla mnie najgłupsze było mimo wszystko to, że Francuz okazał się specjalistą od wirusów, więc po co była cała ta akcja z Samirem? Skoro od początku mieli go pod ręką, czyli w sumie to on mógł tego wirusa od razu zrobić.

        Co do żartu politycznego absolutnie się nie zgodzę. Ta strona cały czas cisnęła ze szczepionek byli przedstawiani jako skrajni antyszepionkowcy, nawet w tej piosence świątecznej o szczepionkach też było, więc ten żart raczej taki przysuchy, przeciągnięty, powtórzony co najmniej kilkanaście razy więc raczej mało śmieszny.

        1. Francuz jako topowy naukowiec to zdecydowanie najgłupszy wytrych, na jaki mógł pójść scenarzysta. Trudno w ogóle zrozumieć, jak można tak pisać postacie, jak Francuz w sezonie 4.

  9. Ostatni odcinek i Sage, która stwierdza, że wszystko przewidziała, kompletnie bez sensu.

    Jak ona mogła przewidzieć, że Ryan zaatakuje babkę z CiA, przez co Rzeźnik zmieni podejście i zabije Newman? Przecież byle owca mogła zabić Rzeźnika tam na farmie o Newman by dalej żyła. Zachowanie szalonej owcy też przewidziała? Albo zmiennokształtna mogła zabić Singer.

    Zresztą co ma iloraz inteligencji do przewidywania ludzkich zachowań opartych na emocjach? To nie szachy że liczysz ruchy do przodu. W kalkulację poza matematyką wchodzą emocje.

    Znacznie Łatwiej jest przewidzieć zachowanie tłumu / grupy społecznej, niż jednostki. Żeby spekulować na temat decyzyjności pojedynczych osób należy je znać ich profil psychologiczny, historię, skłonności do ryzyka, zdolność do empatii i cała masę innych czynników. A tutaj Sage nie tyle że przewidziała zachowanie każdego trybiku, to jeszcze zrobiła to incognito i w zasadzie nic nie robiła w tym kierunku.

    W żaden sposób nie wpłynęła na zachowanie chłopaków, rządu, Homelandera czy kogokolwiek, po prostu scenarzysta jej powiedział, że to się tak skończy:):) dramat.
    Plot twist pisany na kolanie.

  10. Odcinek 4 i 5 były średnie z lepszymi i gorszymi momentami. Odcinek 6 był najgorszy z całego sezonu.
    Odcinek 4 to tak naprawdę Homelander i jego wyprawa do laboratorium, to co aktor wyprawiał w tych scenach było świetne, już pisałam o jego znakomitym aktorstwie ale zawsze muszę je podkreślić. Kiedy Homelander tam wszedł z ogromnym uśmiechem to już wiedziałam jak to się skończy.
    Odcinek 5 najciekawsza była wyprawa na farmę i wszystko co się tam rozgrywało, Butcher i jego dialogi są zajebiste. To co mi się w tym odcinku nie podobało to sceny z Hugh i jego ojcem, były nudne, było ich za dużo i były stanowczo za dlugie, beznadziejne.
    Odcinek 6 najgorszy odcinek w całym sezonie, o tym odcinku nawet nie warto nic pisać. Ochydny, obrzydliwy i żenujący odcinek. Jedyne co mi się w tym odcinku podobało oczywiście oprócz Homelandera to Bucher i jego rozmowy z Joe Kesslerem. Samo zakończenie też było fajne kiedy się okazało że Kessler nie istnieje a Butcherowi wydaje się że go widzi. Ogólnie jestem zła że Jeffrey Dean Morgan dostał taką rolę czyli gościa którego widzi tylko Butcher i nikt więcej, zasługiwał na dużo ciekawszą rolę.

    1. 6 i 7 praktycznie na tym samym słabym poziomie, ale co do siódmego miałem zdecydowanie więcej oczekiwań no i ilość głupot zawarta w tym przedostatnim epizodzie przebiła skalę, dlatego to właśnie odcinek 7 uznałem za zdecydowane najgorszy w sezonie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button