Shaun of the Dead (2004)

W 1922 roku działająca w Związku Radzieckim eksperymentalna grupa filmowa Kino-Oko (na czele z wybitnym reżyserem dokumentalistą, Żydem polskiego pochodzenia Dzigą Wiertowem) wystosowała swój manifest potępiający zachodnią, burżuazyjną filmografię. Obok całego szeregu zarzutów ideologicznych i brzmiących dziś cokolwiek absurdalnie, znalazł się jeden zarzut trafny. Wiertow dostrzegał, iż zachodni filmowcy nie rozumieją roli kamery. Ich filmy były przedstawieniami teatralnymi, a kamera substytutem widza siedzącego na publiczności. Była statycznym, nieruchomym obserwatorem. Tymczasem – jak twierdził manifest – kamera przez swój ruch oraz przez finalny montaż, pełni rolę nie widza, ale aktora.

Dziś prawdy tej nikt nie kwestionuje, w historii kina niczym w granicie wyryli ją Hitchcock, Kurosawa czy Kubrick. Ale dlaczego wspominam o tym przy okazji recenzji filmu “Shaun of the Dead” (znanego w Polsce jako “Wysyp żywych trupów”)? Otóż komedia jest chyba ostatnim gatunkiem filmowym, który wciąż uparcie broni się przed twórczym wykorzystywaniem kamery. Ba, jest pod tym względem coraz gorzej, bo hollywoodzkie komedie są współcześnie robione (pisane, reżyserowane i obsadzone) przez ludzi z doświadczeniem nie w filmie, ale w stand-upie.

Na szczęście jest też promyk nadziei. Jasne światełko w tunelu. Najbardziej kreatywny komediowy reżyser – Edgar Wright, twórca tzw. “trylogii rożka” (Cornetto Trilogy), trzech filmów które łączą: dwójka aktorów (Simon Pegg i Nick Frost), pożeranie lodowych rożków i sceny przeskakiwania przez ogrodzenia. Shaun of the Dead to pierwszy film z tego cyklu. Sprytnie napisana i jeszcze sprytniej nakręcona parodia zombie-kina.

Jedna z moich ulubionych scen filmie, w której natrafiamy na drugą grupę “cudownie ocalonych”, a widz zdaje sobie sprawę, że wszyscy bohaterowie, których losy śledziliśmy do tej pory to chodzące stereotypy.

Omawiany film to historia zblazowanego trzydziestolatka imieniem Shaun (w tej roli Simon Pegg), który postanawia odmienić swoje życie, odzyskać byłą dziewczynę i poprawić relację z matką… w samym środku apokalipsy zombie, której zresztą – na samym początku – nawet nie dostrzega. W tej wyprawie towarzyszyć mu będzie najlepszy kumpel, a zarazem kompletny życiowy nieudacznik – Ed (Nick Frost).

Przygoda jest oczywiście pretekstem do wielowarstwowej satyry. Wright ponabija się więc z klasycznych filmów o zombie, ale przy okazji pozwoli sobie na wbicie kilku szpilek we współczesne społeczeństwo, w ludzi żyjących z dnia na dzień i w końcu w niepoprawnych optymistów. Nade wszystko zaś zademonstruje, iż humor w komedii nie może sprowadzać się wyłącznie do śmiesznych dialogów czy slapstickowych sytuacji. Jego film to przede wszystkim pokaz komedii wizualnej, posypanej mocną dawką brytyjskiego absurdu.

Oglądając “Shaun of the Dead” (naprawdę nie lubię polskiego tytułu “Wysyp Żywych Trupów”) mamy wrażenie, że “reżyserowi się chciało”, że każda scena miała sens, a każde drgnięcie kamery było zaplanowane na miesiące przed rozpoczęciem zdjęć. Film odkrywa przed nami zabawne drobiazgi nawet podczas trzeciego albo czwartego seansu i mimo 14 lat na karku nie stracił nic ze swojej świeżości. Ba – obok kręconych współcześnie komedii wygląda jak wyprzedzająca nas o pół wieku kinematograficzna awangarda.

Nie znaczy to, że film jest dziełem wybitnym. Mimo wszystko to naprawdę bardzo prosta historyjka, zachwycająca montażem, ale przecież bez wielkich kreacji aktorskich czy głębokiego przesłania. Nie jest to również najlepszy film w ramach wspomnianej “trylogii rożka” (moim ulubionym pozostaje “Hot Fuzz”). Tym niemniej to idealna porcja rozrywki na zbliżające się lato. Warto film sobie odświeżyć, a jeśli ktoś “Shaun of the Dead” jeszcze nie widział, to powinien zaległości nadrobić jak najszybciej. Warto!

PS. Ostatnim filmem Edgara Wrighta (tym razem nie-komediowym) jest mocno rekomendowany przez SithFroga “Baby Driver”. Polecam jego recenzję.

-->

Kilka komentarzy do "Shaun of the Dead (2004)"

  • 24 kwietnia 2018 at 12:24
    Permalink

    Film oglądałem raz i najbardziej zapadła mi w pamięć przemiana Eda, który wcale się nie zmienił 😛

    Reply
  • 24 kwietnia 2018 at 16:04
    Permalink

    Ja najlepiej pamiętam ostatnią scenę z graniem na konsoli 😀 Przy okazji polecam obie części ‘Zombie SS’.

    Reply
  • 25 kwietnia 2018 at 03:14
    Permalink

    Mnie w tym filmie najbardziej zapadła walka z barmanem-zombie, w rytm muzyki Freddie Mercurego

    Reply
  • 25 kwietnia 2018 at 22:57
    Permalink

    Z tego typu filmów chyba najlepsze są Martwe zło 2 1987, Armia ciemności 1993,
    Powrót żywych trupów 1985, Martwica mózgu 1992.
    Ale zgadzam się z wysoką oceną, bo Wysyp żywych trupów 2004 też niezły,
    ale nie tak kultowy jak przeze mnie wymienione pastisze.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków