Prospect (2018)

Znacie to uczucie, kiedy trafiacie zupełnie przypadkiem na jakiś film lub książkę i w połowie seansu albo lektury nie możecie się doczekać, żeby móc polecić je znajomym? Miałem tak w czasie oglądania Prospect – filmu, który powstał za całe 4 miliony dolarów, z czego pewnie połowa poszła na zakup starych rur od odkurzacza, a reszta na gażę dla Pedro Pascala (niejaki Oberyn Martell z serialu Gra o tron oraz Javier Peña z Narcos). Rzadko się bowiem zdarza, żeby film wyprodukowany za tak niewielkie pieniądze dorównywał jakością wykonania wielkim hollywoodzkim hitom i nie trzeba go było brać z przymrużeniem oka.

Oto mamy bliżej nieokreślony statek kosmiczny/kapsułę/lądownik przycumowany do bazy orbitującej wokół nieokreślonej planety. W nim ojciec z córką i wystrój rodem z Obcego Ridleya Scotta – plastik, lampki, kabelki, etc. Po wylądowaniu na gęsto zalesionej powierzchni zakładają skafandry i ruszają na poszukiwania pewnych niezwykle cennych kamieni, które można znaleźć pod ziemią. I chociaż malownicze lasy bardzo przypominają nasze ziemskie, planeta jest wyjątkowo niegościnna – w jej atmosferze unoszą się toksyczne drobinki, które bardzo szybko wnikają do organizmu i go niszczą. Jakby tego było mało, perspektywa wzbogacenia się przyciąga innych poszukiwaczy, nie zawsze przyjaźnie usposobionych. Wyprawa, jak nietrudno się domyślić, będzie więc ryzykowna i pełna niebezpieczeństw.

Kosmiczni Stalkerzy w poszukiwaniu bogactwa.

Prospect od pierwszych minut atakuje widza nastrojem, obcością i retrofuturystyczną stylistyką. Nie wiadomo w zasadzie nic o świecie, w którym dzieją się wydarzenia. Czy to nasz kosmos? Nasza przyszłość? Czy może jakiś świat wymyślony od zera? Bohaterowie dyskutują o jakichś odległych koloniach, planetach, frakcjach i wydarzeniach, ale widz nie dostaje nawet skrawka wyjaśnienia, o co w tym wszystkim chodzi. I jakże to się znakomicie ogląda bez nachalnej ekspozycji i tłumaczenia sobie nawzajem oczywistości, byle tylko osoba przed ekranem nie poczuła się zagubiona. Gdzieś tam w tle jest stworzona cała mitologia, podana w taki sam sposób, jak wspomniany już Ridley Scott zrobił to w Łowcy androidów ustami Roya Batty’ego. Wiecie, co to są Wrota Tannhausera? Ja też nie, ale wiem, że błyszczały tam kosmiczne promienie i działy się rzeczy, o których nam – ludziom się nie śniło. Jedyny moment ekspozycji, kiedy ojciec pokazuje i tłumaczy córce, jak dobrać się do kamieni, ma swoje uzasadnienie w samej końcówce filmu. Dzięki temu wrażenie całkowitego zanurzenia się w wykreowanym świecie jest bardzo silne.

Karbowane rurki. Wszędzie karbowane rurki…

Drugą sprawą jest wspomniany już retrofuturystyczny wygląd wszystkiego. Z pewnością jest to po części wynikowa znikomego budżetu, ale zastosowana z pełną świadomością. Dlatego skafandry wyglądają, jakby były zbudowane z rupieci znalezionych na strychu, kapsuła kosmiczna z dykty i starych komputerów, a broń ładowana jest na korbkę. I wszędzie pełno jest karbowanych rurek. Przypomina to wszystko Mad Maxa, albo inny postapokaliptyczny Fallout, a momentami i rodzimą Seksmisję. Oczywiście widać taniość. Nie da się jej zamaskować i nikt tego nie próbuje. Grunt, że twórcy stosują wszędzie tę samą stylistykę z żelazną konsekwencją. Poza dorobioną komputerowo na niebie planetą i animowanym pyłkiem unoszącym się w powietrzu, reszta dekoracji i kostiumów to po prostu urocza rupieciarnia zrobiona dosłownie za grosze.

Jest jeszcze jedna produkcja, tym razem growa, która nieodparcie przypominała mi się w trakcie seansu. Cały czas miałem wrażenie, że patrzę na S.T.A.L.K.E.R.a w kosmosie. Ci wszyscy zbieracze przeczesujący śmiertelnie groźne otoczenie, jacyś dzikusi mieszkający w ziemiankach i noszący maski spawalnicze oraz porozumiewający się nieznanym dialektem. Handel wymienny, poszukiwanie drogocennych rzeczy, zazdrośnie strzeżonych przez coś obcego. Wszystko to buduje niesamowity klimat, kompletnie różny od typowej hollywoodzkiej produkcji science-fiction – pełnej błyskotek, laserów i latających ludzi. Tu jest science-fiction w tonie lo-fi, ale dopracowana pod każdym względem.

Rzadki widok w Prospekcie: człowiek bez hełmu.

Ustaliliśmy już więc, że to film ciekawie zaprojektowany, tajemniczy, który nie traktuje widza jak idioty. Ale czy ma w ogóle sens? Oczywiście. Fabuła nie jest skomplikowana – ojciec z córką próbują zarobić pieniądze na spłatę długu, zbierając coś cennego. Spotykają groźnych typów, którzy również liczą na przypływ gotówki i robi się z tego konfrontacja. A potem trzeba się z tej toksycznej planety wydostać. Proste, bez udziwnień. Każdy ma tu swoją motywację i historię. Każdy ma osobowość. Ojciec jest nieprzystępny, stanowczy, szorstki w obyciu, raczej nie w typie kochającego tatusia. Córka być może chciałaby się zbuntować, ale w zastanych okolicznościach zdaje sobie sprawę, że tylko posłuszeństwo daje szansę na przeżycie. Kiedy później musi radzić sobie także na własną rękę, idzie w ślady ojca. Gwiazdą jest oczywiście postać grana przez Pedro Pascala. Nieco szalony ni to cwaniaczek, ni wyrachowany bandyta. Jego interakcja z bohaterką Sophie Tatcher udała się całkiem naturalnie i przekonująco. Nić porozumienia, która się z czasem między nimi nawiąże, nie wzięła się znikąd, tylko była wynikiem wcześniejszych wydarzeń. Aktorzy dostali trudne zadanie, bo w zasadzie ciągną cały film na swoich barkach. Kamera rzadko odwraca od nich swój obiektyw. Ograniczenia budżetowe nie pozwoliły na żadne fanaberie, skupiono się więc na podróży bohaterów przez nieznany świat, ich walce o przetrwanie i rozwoju wzajemnych relacji.

Rzadki widok w Prospekcie: efekt specjalny generowany komputerowo.

Nie znajdą tu zbyt wiele miłośnicy szalonej akcji. Efekty specjalne w Prospect praktycznie nie istnieją, a najbardziej dynamiczne fragmenty polegają na tym, że ktoś biegnie przez las, ewentualnie strzela z patyka. Nie ma tu również kosmicznych, ani tym bardziej magicznych potworów, które by dybały na bohaterów. Źli i śmiertelnie niebezpieczni są jedynie ludzie powodowani chciwością. I o tym jest ten film. O niepohamowanej żądzy zysku, która pcha człowieka do najgorszego i o brutalnej walce o bogactwa, a także o tym, że jedyną szansą na przetrwanie w ekstremalnych warunkach jest współpraca, nawet z wrogiem. Bez dorabiania żadnej dodatkowej ideologii. To kino przygodowe, zrobione z pomysłem i przez ludzi, którzy doskonale wiedzieli, jaki efekt chcą osiągnąć. Wykreowali świat podobny do naszego, ale wystarczająco obcy, żeby widz poczuł się w nim nieswojo. Stworzyli klarowne postacie, które rozmawiają ze sobą jak normalni ludzie, zamiast wygłaszać przemowy o sensie życia. I na koniec wszystko to sfilmowali w naprawdę piękny sposób, wykorzystując znakomicie naturalne oświetlenie zachodzącego słońca, przez co większość kadrów skąpanych jest w żółtej poświacie. W kategorii “jakość za rozsądną cenę” Prospect jest filmem bezkonkurencyjnym. Należy do tej samej rodziny co Moon Duncana Jonesa, Primer Shane’a Carrutha, Cube Vincenzo Natali, Przeznaczenie braci Spierig, Równoległa rzeczywistość James Warda Byrkita, czy Pi Darrena Aronofsky’ego. Nie wysadzi wam głowy bombastycznymi efektami specjalnymi, ale nakarmi wasz wewnętrzny głód na historię z innego świata i innego czasu.

 

* Brakujące do 9/10 pół punktu odjąłem za scenę ucieczki z szałasu, która po długim budowaniu napięcia po prostu nie była satysfakcjonująca.  Jakby twórcy zupełnie nie wiedzieli, jak wybrnąć z patowej sytuacji, którą sami stworzyli. Taki mały zgrzyt.

-->

Kilka komentarzy do "Prospect (2018)"

  • SithFrog
    10 lipca 2019 at 14:10
    Permalink

    Od kiedy dajemy połówki? Co to za przewrót lipcowy? 😀

    Reply
  • 10 lipca 2019 at 14:20
    Permalink

    Nie będziesz mi mówić, co mam robić z połówkami!

    Reply
  • 10 lipca 2019 at 20:11
    Permalink

    Dzisiaj łatwiej o niezbędną technikę filmową i pieniądze a mam wrażenie, że naprawdę pomysłowych, niezależnych, niskobudżetowych filmów (nie tylko SF) powstaje mniej niż kiedyś. Wiecie, takich El Mariachi, Donnie Darko, Wściekłe psy, Blair Witch itp. O tym, żeby niskobudżetowy, niezależny film stał się kinowym hitem jak Terminator to w ogóle nie ma mowy. Szkoda.

    Reply
    • 10 lipca 2019 at 22:16
      Permalink

      Pewnie są, ale do obejrzenia gdzieś na Youtube, albo w innych internetach. Na pewno jeszcze rzadziej niż kiedyś tego typu filmy przebijają się do mainstreamu. Bo nie wierzę, że się ich nie nagrywa. Warto przekopywać internet w poszukiwaniu takich perełek.

      Reply
  • 11 lipca 2019 at 09:15
    Permalink

    Są, ale właśnie SF. Przykładem “Upgrade” z 2018. “Ex Machina” też chyba się załapie.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków