Żona (2018)

Kilka lat temu jedną z największych zagadek Hollywood było: kiedy Leonardo DiCaprio dostanie w końcu swojego Oscara. Gdy nareszcie został uhonorowany statuetką złotego rycerza za rolę w Zjawie, nie obyło się bez kontrowersji i komentarzy, że nagrodzono go za zapasy z niedźwiedziem i jedzenie surowizny. W tym roku mamy okazję obserwować równie ciekawą sytuację. Po raz kolejny nominacje otrzymały Amy Adams (szóstą) i Glenn Close (siódmą!), przy czym obu paniom nie dane było jeszcze wygłaszać podziękowań w czasie gali. Czy tym razem będzie inaczej?

W dojrzałości siła! Żona to przede wszystkim aktorski popis dwojga aktorów w ósmej dekadzie życia. Młodzież powinna patrzeć i uczyć się.

Bohaterami filmu Żona jest dojrzałe małżeństwo Castlemanów, które poznajemy w przeddzień zdobycia przez pana domu literackiej Nagrody Nobla. Przy okazji wyjazdu do Sztokholmu na uroczystość wręczenia pamiątkowych medali, dają o sobie znać tajone przez lata uczucia oraz problemy. Żona, która przez całe życie stała pokornie u boku męża, okazuje się skrywać tajemnice, które doprowadzają do poważnych konsekwencji i kryzysu w małżeństwie. Muszę od razu zaznaczyć, że scenariusz filmu wydał mi się wyjątkowo elegancki. Wszystko jest w nim na swoim miejscu, mamy wstęp z nakreślonymi osobami dramatu, rozwinięcie akcji w Sztokholmie, moment kulminacyjny oraz jego późniejsze konsekwencje i bardzo sprawnie zrealizowany finał. Nie ma niepotrzebnych wątków ani postaci, jest precyzyjnie prowadzona narracja bez żadnych fajerwerków i niepotrzebnych wątków pobocznych. I chociaż historia nie jest bardzo odkrywcza, to wzbudza zainteresowanie i nie daje się nudzić.

Radości i smutki codzienności pokazano w bardzo naturalny sposób.

Ten nienachalny i pozbawiony rozpraszaczy scenariusz eksponuje to, co w filmie najważniejsze: dwoje aktorów w głównych rolach. Joe Castleman to nieco ekscentryczny podstarzały playboy i genialny pisarz, którego błyskotliwość podziwia cały świat. Napawa się swoją sławą, chełpi pochlebstwami i odbiera zaszczyty jako nagrodę za swoje życiowe osiągnięcia. W tę rolę wcielił się Jonathan Pryce, którego miłośnicy Gry o tron znają jako Wielkiego Wróbla. Oglądanie go to sama przyjemność, chociaż postać, którą kreuje, nie należy do najsympatyczniejszych. Widać tu po prostu lata doświadczenia, aktorskie wykształcenie i starą, solidną szkołę.

Wycieczka do Sztokholmu okazuje się być katalizatorem dla wybuchu negatywnej energii, zbieranej przez całe życie.

W tytułową żonę – Joan Castleman, wcieliła się zaś Glenn Close i tu trzeba zatrzymać się na dłużej. Już sama postać jest bardzo ciekawa. Joan to zasadnicza, bardzo zorganizowana osoba, która ewidentnie dba nie tylko o ład i porządek w domu, ale wręcz jest piastunką swojego lekko oderwanego od rzeczywistości męża. Cicha i spokojna, twardo stąpa po ziemi i w milczeniu bierze na siebie ciężar codzienności. Pod tą maską widać jednak tłumione emocje, które muszą w końcu znaleźć ujście. Widząc, w jakim otoczeniu się znajduje, jej późniejsze zachowanie jest dla widza w takim samym stopniu spodziewane, jak okazuje się zaskakujące dla męża. Wybuch latami skrywanych frustracji i żalu, które dzięki retrospekcjom nabierają całkowicie nowego wymiaru, a także jego późniejsze reperkusje i wreszcie smutne zakończenie opowieści składają się na skomplikowany obraz kobiety, której całe życie to balansowanie między poświęceniem, a realizacją swoich marzeń.

Rola nie była łatwa. Niewiele tu gwałtowności i miejsca na szarżowanie. Jest spokój, gra spojrzeniami, oszczędną mimiką. Dialogi w gruncie rzeczy też nie są wyszukane, dotyczą codzienności, najprostszych uczuć. I trzeba było na pewno ogromnego talentu, żeby to przekonująco pokazać, co Glenn Close zrobiła w sposób absolutny. Nie wyobrażam sobie, że w tym roku nie zdobędzie Oscara, chociaż nawet nie widziałem konkurencji. Rola Joan Castleman to aktorski majstersztyk i geniusz w czystej postaci, dopracowany do granic możliwości, do ostatniej sekundy i każdego mrugnięcia okiem. Wielu aktorów i aktorek potrafi miotać się przed kamerą i grać charakterystycznych bohaterów. Zagrać kogoś “zwyczajnego” w taki sposób, że zapada on na długo w pamięci widza, potrafią tylko najwięksi i taka właśnie jest Glenn Close jako tytułowa żona. Absolutne mistrzostwo.

Jak widać, dobrzy aktorzy noszą okulary. Christian Slater też.

Trochę blado na tle dwojga wybitnych aktorów wyglądają przedstawiciele młodszego pokolenia. Zarówno młodzi Castlemanowie z retrospekcji, ich dorosły syn, grany przez Maxa Ironsa, syna Jeremy’ego, jak i wcielający się w dziennikarza Christian Slater chociaż poprawni, to absolutnie nie są w stanie nawet zbliżyć się do poziomu pary głównych bohaterów. Grają przyzwoicie, ale to jest zupełnie inna jakość. Co ciekawe, w rolę młodej Joan wcieliła się Annie Starke, czyli córka Glenn Close. Rozwiązało to problem twórców, którzy mieli kłopot ze znalezieniem aktorki jednocześnie podobnej fizycznie i dysponującej porównywalną barwą głosu, co odtwórczyni głównej roli. Jak wspomniałem, wyszło nieźle, choć bez błysku.

Retrospekcje pozwalają w pełni zrozumieć zachowanie zarówno genialnego pisarza, jak i żony, pozostającej wiecznie w jego cieniu. Odkrywają też zaskakujące sekrety.

Żona to elegancki i kameralny, niemal teatralny film. Świetne, bardzo naturalne dialogi, dobrze nakreślone postacie, poruszonych kilka istotnych życiowych kwestii i przede wszystkim wyborna uczta aktorska składają się na solidne kino. Poza tytułową rolą nie ma tu może jakichś fajerwerków, ale pod każdym względem to co najmniej dobry film. Daje do myślenia na temat rodziny, samorealizacji, poświęcenia i odkrywania samego siebie. A jeśli Glenn Close nie otrzyma 24 lutego tego roku statuetki złotego rycerza, Akademia powinna podać się do dymisji, a następnie zjeść własne kapcie. Przykro mi Pani Gago, to nie ta liga, jeszcze nie czas na Panią.

 

-->

Kilka komentarzy do "Żona (2018)"

  • 6 lutego 2019 at 13:22
    Permalink

    Mam zadatki na dobrego aktora 🙂

    Reply
    • 6 lutego 2019 at 13:34
      Permalink

      Albo na Christiana Slatera. 😉

      Reply
  • 6 lutego 2019 at 14:12
    Permalink

    jednak dobre są to oceny końcowe liczbowe. czytając sam tekst masz wrażenie, że recenzowany film to takie mocne 8,5/10 a tu na koniec beng! 7/10
    7/10 i warto obejrzec? no chyba nie 😀

    Reply
    • 6 lutego 2019 at 14:30
      Permalink

      Ja stosuję skalę filmwebową. 7/10 to film “dobry”. I taki właśnie ten jest. Solidny, poprawnie zrobiony, ale bez efektu “wow”. Pewnie nie obejrzę go już nigdy więcej, ale praktycznie nie da się o nim powiedzieć złego słowa. Filmy od siódemki w górę to takie, które z czystym sumieniem polecam każdemu. 5 i 6 warunkowo, bo to w zasadzie średniaki z wadami, ale spokojnie do obejrzenia. Od 4 w dół są filmy słabe, których nie polecam.
      Strasznie mnie mierzi zawężanie skali ocen w internecie. Wszystko jest albo 9/10 albo gównem. Nic pomiędzy. To po co w ogóle skala dziesięciopunktowa, albo nawet procentowa?

      Reply
      • DaeL
        6 lutego 2019 at 19:08
        Permalink

        W pełni popieram. Niestety przez lata zawyżania ocen ze względów komercyjnych (w dużej mierze w prasie komputerowej), ludzie przywykli, że 7/10 to tytuł przeciętny, 6/10 zły, a od 5/10 można dostać raka. Tak sobie myślę, że niezłym rozwiązaniem byłoby stosowanie szkolnej skali ocen, bo ją wszyscy dość dobrze czują. Ale niestety nie ma takiej wtyczki do wordpressa 🙂

        Reply
        • 6 lutego 2019 at 19:34
          Permalink

          Fajnie są też opisane oceny na Goodreads. Można przyznać od jednej do pięciu gwiazdek, ale tylko najniższa ocena jest negatywna: “didn’t like it”. Potem mamy: “It was OK”, “liked it”, “really liked it” i wreszcie “it was amazing”. To o tyle zrozumiałe, że na ogół szukamy sobie lektur, czy filmów z gatunków, które lubimy. Siłą rzeczy większość naszych ocen będzie odchylona na prawo od rozkładu normalnego. Dla przykładu moje oceny z Filmwebu:
          https://i.postimg.cc/DZScTrcN/filmweb.jpg

          Najważniejsze moim zdaniem to być konsekwentnym. Odkąd pisujemy recki na forum, mam niejakie wyobrażenie o tym, kto jaką skalę ocen stosuje (chociaż niby wszyscy oceniają od 1 do 10). Jeśli recenzent stale stosuje jednakowe kryteria, można łatwo wziąć na nie poprawkę. O ile w ogóle ktoś traktuje nas tu chociaż trochę poważnie. 😉

          Reply
        • 6 lutego 2019 at 21:37
          Permalink

          nie kazdy chce ogladac filmy przecietne, jesli ma ciekawsze zajecia i ograniczony czas wolny. nie widze sensu ogladania czegos, co srednio mi sie spodoba i o czym zapomne nastepnego dnia, a dzieki takiej skali i takim ocenom moge takie filmidła odrzucac, tzn nie wpisywac tytulow na moja liste ‘do obejrzenia’ xd

          Reply
  • 6 lutego 2019 at 15:09
    Permalink

    No proszę, byłam pewna, że Glenn Close dostała Oscara za “Niebezpieczne związki”. Muszę sprawdzić kto zgarnął tę statuetkę w 88′, trudno mi wyobrazić sobie lepszą rolę.
    Dzięki za recenzję, zachęciła mnie do obejrzenia filmu.

    Reply
    • 6 lutego 2019 at 15:37
      Permalink

      To była gala w roku 89. Wygrała Jodie Foster za Oskarżonych.

      Reply
  • 7 lutego 2019 at 00:08
    Permalink

    Glenn Close uwielbiam i wielbię ją. Jak nie dostanie w tym roku to chyba zapłacze ech, może się uda.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków