Król wyjęty spod prawa (2018)

23 lata, dwie żony i kilka wyroków temu Mel Gibson podbił serca widzów filmem o walce Szkotów o niepodległość. „Waleczne serce” pokazało jak bardzo kino historyczne jest sztuką balansu pomiędzy dążeniem do wiernego pokazania wydarzeń z przeszłości a zachowaniem atrakcyjności, nawet dla takich widzów, którym hasło “historia” kojarzy się z drzemką w ostatniej ławce. Tak naprawdę film Gibsona rozjeżdżał się z faktami jak nogi początkującego łyżwiarza. Pastwili się nad nim historycy, lista przeinaczeń wydaje się nieskończona, a niektóre z nich są wręcz zabawne. Nie przeszkadzało to widzom pokochać wymalowanego Mela Gibsona, wymachującego wielkim mieczem i krzyczącego do szkockich obdartusów, że Anglicy nigdy nie zabiorą ich wolności. Dlaczego recenzję “Króla wyjętego spod prawa” w reżyserii Davida Mackenziego zaczynam od akapitu poświęconego zupełnie innemu filmowi? Bo nie da się uciec od porównań w sytuacji. gdy “Król…” de facto stanowi kontynuację opowieści o walkach Szkotów z Anglikami, a jego główny bohater pojawił się też w ‘Walecznym sercu”. Telewizyjny film Mackenziego w tym porównaniu wcale nie jest Kopciuszkiem, jeśli chodzi o budżet. 120 milionów dolarów to (przy uwzględnieniu inflacji) podobna kwota do tej, jaką dysponował Gibson. Po seansie “Króla…” wiemy, że Mackenzie siedział na lekcjach historii bliżej tablicy niż starszy kolega po fachu, ale czy przełożyło się to na jakość jego dzieła?

Chris Pine jako Robert Bruce patrzy w dal.

Jest rok 1304. Trwa oblężenie zamku Stirling, ostatniej twierdzy pozostającej w szkockich rękach. W angielskim obozie Robert Bruce (Chris Pine) wraz z innymi szkockimi możnowładcami składa przysięgę wierności angielskiemu królowi Edwardowi I (Stephen Dillane). Już wkrótce, po śmierci Wallace’a, Robert ponownie wznieci rebelię, ale na razie jest wiernym poddanym angielskiego władcy. Po uroczystości toczy przyjacielski pojedynek na miecze z angielskim następcą tronu – Edwardem, księciem Walii, w przyszłości znanym jako Edward II. W międzyczasie pewien młody szkocki szlachcic doprasza się u angielskiego władcy o łaskę, ale odchodzi odprawiony z kwitkiem. Tryumfujący Edward I pokazuje wszystkim przybyłym olbrzymi trebusz, wystrzeliwujący płonący gar w stronę obleganego zamku. Po trafieniu angielskie wojsko wznosi okrzyk tryumfu, a widz zamyka otwartą z wrażenia buzię i uświadamia sobie, że cały 8-minutowy prolog, który właśnie obejrzał, nakręcono bez jednego cięcia. Od pierwszego plaśnięcia średniowiecznego błota, jakie dobiegnie z głośników, mamy świadomość, że znajdujemy się w zupełnie innej bajce niż ta opowiedziana przed laty przez Gibsona. Szkoci u Mackenziego nie paradują w wymyślonych 200 lat później kiltach, nie malują twarzy, nie mieszkają w ziemiankach i nie wyglądają jak górale biegnący wychędożyć owce. W tle nie rozbrzmiewają rzewne melodie grane na dudach i nawet pocztówkowych widoków na szkockie góry jest tutaj jakby mniej. Bez dwóch zdań – jeśli przywiązanie do detali także u was wywołuje wrażenie przeniesienia się w czasie podczas seansu, to w przypadku “Króla…” wystarczy kilka minut, żebyście bez reszty zanurzyli się w przedstawionym świecie. Sposób przedstawienia obrzędów, zwyczajów, strojów, uzbrojenia, do tego sceny walki, momentami bardzo dosłowne okrucieństwo, wszystko to pokazuje jak poważnie potraktował Mackenzie historyczne realia. Są w filmie nawet takie sceny, jak chociażby pasowanie na rycerza księcia Walii i jego towarzyszy, których przebieg na ekranie zdaje się trącić nadmiarem wyobraźni u scenarzysty, a które po sprawdzeniu okazują się mieć swój historyczny pierwowzór. Pod tym względem – naprawdę czapki z głów!

Florence Pugh jako Elżbieta, żona Roberta. Obok Stephena Dillane’a najjaśniejszy punkt w obsadzie.

Bardzo zręcznie Mackenzie ominął w swoim filmie pułapki opacznie rozumianej poprawności politycznej, zmory współczesnego kina kostiumowego. Na ekranie nie ujrzymy kobiet-wojowniczek. Żadna z postaci nie sprawia wrażenia, że jeden z jej przodków pochodził z Afryki. Nikt na ekranie nie deklaruje swojej odmiennej orientacji seksualnej. Czy w takim razie Mackenzie nakręcił staromodny, seksistowski film? Absolutnie nie. Pokazał silną kobiecą postać i zrobił to inteligentnie, rozumiejąc, że kobiety mające istotny wpływ na historię nie osiągnęły swej pozycji udając mężczyzn. Mam na myśli Elżbietę, drugą żonę Roberta Bruce’a, graną przez wschodzącą gwiazdę brytyjskiego kina Florence Pugh. W scenie gdy przebywając w angielskiej niewoli odmawia ona wyrzeczenia się swojego męża, lub gdy beszta angielskich żołdaków, robi większe wrażenie. niż gdyby biegała po polu bitwy z okrwawionym mieczem.

Oczywiście nie ubyło się bez pewnych uproszczeń i ukłonów w stronę współczesnego odbiorcy. Filmowy Bruce jest pokazany jako człowiek wyrozumiały, łaskawy i kierujący się troską o los swojego ludu. Do tego niezwykle taktownie traktujący swoją żonę, najzwyczajniej przerażoną wydaniem jej za starszego i zupełnie obcego mężczyznę. Chociaż historyczny Bruce najprawdopodobniej wcale taki nie był, to rozumiem ten zabieg filmowców. Gibson miał pod tym względem łatwiej, bo bunt Wallace’a w jego filmie miał bardzo ludowy charakter, a szkoccy arystokraci odgrywali tam drugoplanową i dwuznaczną rolę. Mackenzie tymczasem musiał swojego bohatera ocieplić, aby zapewnić mu sympatię widza i wywołać zainteresowanie jego losami. Zrobił to na tyle zręcznie, że powinni mu to wybaczyć nawet ci widzowie, którzy mają świadomość, jak bardzo różni się nasza dzisiejsza mentalność od tej z czasów średniowiecza.

Z podręcznika dla czarnych charakterów – ślinotok i gile z nosa.

Mamy więc do czynienia z dziełem udanym i bezdyskusyjnie wartym polecenia? Film ma wszystko, co potrzeba do zaspokojenia oczekiwań historycznych nerdów, ale do bycia dziełem kompletnym brakuje w nim najważniejszego – charyzmatycznego bohatera. Nie wiem, czy bardziej zawiódł tutaj Mackenzie jako scenarzysta czy Pine jako aktor. Obaj spotkali się na planie wysoko ocenionego “Aż do piekła”. Tam Pine grał oszczędnego w gestach i słowach introwertyka. Wyszło dobrze, a że Chrisowi uroku nie sposób odmówić i dobrze wygląda w kostiumie, to trafił na plan filmu o historycznym bohaterze. Niestety Robert Bruce w jego wydaniu zajmuje się głównie smutnym spoglądaniem w dal. Po dwugodzinnym seansie nadal nie wiem, co też takiego spowodowało, że sięgnął on po koronę, porwał do walki Szkotów i zasłużył na przydomek… Waleczne serce. Tak, tak naprawdę on a nie Wallace. W filmie traktowany jest przez towarzyszy jako król i przywódca, a ja widziałem tylko zagubionego faceta, niesionego przez bieg wydarzeń. Żeby chociaż Mackenzie zafundował mu jakiegoś charakternego antagonistę! Niestety, Edward II, którego z filmu Gibsona pamiętamy jako zniewieściałego geja, tutaj z kolei jest zakompleksionym okrutnikiem i furiatem, nieudolnie próbującym sprostać oczekiwaniom ojca. Młody brytyjski aktor Billy Howle, któremu powierzono tę rolę, zagrał tak, jakby dzień przed rozpoczęciem zdjęć ściągnął z netu pdf-a z poradnikiem “Jak grać czarny charakter w szkolnych przedstawieniach”. Być może takie ujęcie Edwarda II, jako skrajnie negatywnej postaci spowodowało, że tym razem obyło się bez nawiązań do jego domniemanej orientacji, a być może Mackenzie uznał to za kompletnie nieistotne.

Dużo Anglików do zabicia.

David Mackenzie na pewno nakręcił film wart obejrzenia. Podczas seansu czujemy, że „Król wyjęty spod prawa” to projekt, który nosił w sobie od lat i do realizacji którego starannie się przygotował. Zaskoczył rozmachem przedsięwzięcia adresowanego na rynek VOD. Niestety, w trosce o historyczne detale zapomniał o najważniejszym. Nie wymyślił Roberta Bruce’a w ciekawy sposób i nie znalazł mu właściwego odtwórcy. W efekcie, za pół roku o jego filmie będą pamiętali tylko pasjonaci tematu, a 99% widzów przy pierwszej nadarzającej się okazji obejrzy po raz piętnasty „Waleczne serce”. Film, którego sam Mackenzie nie lubi i od porównań z którym starał się uciec jak najdalej.

-->

Kilka komentarzy do "Król wyjęty spod prawa (2018)"

  • 2 stycznia 2019 at 12:15
    Permalink

    stannis! to wystarczajaca rekomendacja 😀

    Reply
    • 2 stycznia 2019 at 16:36
      Permalink

      I znowu gra króla, którego nikt nie lubi 😀

      Reply
  • SithFrog
    2 stycznia 2019 at 13:28
    Permalink

    “Obok Stephen Dillane’a najjaśniejszy punkt w obsadzie.”

    Stephena

    Reply
  • 2 stycznia 2019 at 13:45
    Permalink

    Dobry film, tylko rzeczywiście główny aktor trochę nie trafiony. Podobała mi się postać Douglasa (czy jak to się pisze)

    Reply
  • 2 stycznia 2019 at 16:35
    Permalink

    Dziś wielkie budżety filmów telewizyjnych to nie takie dziwne. Serwisy streamingowe zaczęły być realną konkurencją dla filmów kinowych.

    Bardzo podobał mi się film. Oprócz zalet wymienionych w recenzji zwracam uwagę na trudną drogę Bruce’a. Może taki pomysł na postać miał McKenzie. Pokazać człowieka niezłomnego, którego bardziej definiują czyny, nie słowa i miny. Przez większość filmu rzucane mu są kłody pod nogi, a on dalej robi swoje. Jak Łokietek, zawsze ‘Pod wiatr’ 🙂

    Reply
  • 2 stycznia 2019 at 19:06
    Permalink

    Czarny Douglas był przekozacki, czego niestety nie można powiedzieć o Bruce’u (nie mam zielonego pojęcia jak to odmienić), jednak co nazwisko to nazwisko Gibson dziesięć klas wyżej od pana pilota z Wonder Women. Ostatnia bitwa moim zdaniem delikatnie przesadzona jeśli chodzi o proporcje no i scena , w której Robert oszczędza księcia Walii moim zdaniem niepotrzebna. Jeżeli już pojmali kogoś tak potężnego to w średniowieczu raczej wzięli by go do niewoli za okup (nie wiem ale zdaje mi się, ze takie rzeczy się zdarzały) takie puszczenie go wolno było zwykłą utratą pieniędzy.

    Reply
    • 2 stycznia 2019 at 20:49
      Permalink

      Autor recenzji wspomniał, że film lekko obchodzi się z realiami historycznymi. Nazwisko odmieniłeś chyba dobrze. A finalna bitwa świetna o tyle, o ile film jest lepszy/gorszy od ‘Bravehaerta’. Epicki rozmach vs krwawa naparzanka.

      Reply
  • 3 stycznia 2019 at 19:27
    Permalink

    Film świetny, realia hitoryczne raczej na plus, do kilku rzeczy mozna sie przyczepic ,ale często bywa gozej. w porównaniu do walcznego serca, Amerykanie maja talent niekoniecznie do robienia filmow wielkich , za to robia filmy jadace po emocjach. Jak jest walka to epickosc głownego bohatera poraza, jego czyny sa wielkie, jak ma zginąc to tez tak ,ze płakac sie che nawet jesli z realiami ma to niewiele wspólnego. Potrafia to robic doskonale od głupich swiatecznych romansików kończac na w sumie rownie głupich orazach historycznych typu Troja czy waleczne serce. Te ich symboliczne łopotanie flag och i ach. wole jednak produkcje brytyjskie, amerykańskie oglada sie łatwiej i prosciej jednak.

    Reply
    • 3 stycznia 2019 at 20:14
      Permalink

      ale troje to ty szanuj 🙁

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków