Mortal Kombat (1995)

Jaki film posiada najlepszą ścieżkę dźwiękową w historii? Kill Bill? Gorączka Sobotniej Nocy? Trainspotting? Być może ktoś z Was wskaże jeden ze słynnych filmów, do których muzykę napisał John Williams – a jest ich cała masa: Szczęki, Gwiezdne Wojny, Indiana Jones… Dla innych na pierwszym miejscu znajdzie się Odyseja Kosmiczna, Absolwent albo Baby Driver. Wszyscy się mylicie. Od 28 lat żaden film nie był w stanie dorównać ścieżce dźwiękowej do Mortal Kombat. Jak się okazuje formuła na idealny motyw przewodni jest bardzo prosta. Głośna muzyka elektroniczna i ciągłe wykrzykiwanie tytułu filmu, przerywane podawaniem imion występujących w nim postaci. To koncepcja tak prosta, że nie wątpię, iż sprawdziłaby się w każdym filmie. Wyobraźcie sobie na przykład Pana Tadeusza, udźwiękowionego głośnym techno i narratorem wymieniającym po kolei: “Sędzia! Telimena! Hrabia! Ksiądz Robak! Gerwazy! Protazy! Zosia! PAN TADEUSZ!”.

 

Ach, rozmarzyłem się. Zamiast jednak rozpływać się nad motywem przewodnim (nawiasem mówiąc skomponowanym na użytek promocji gry wideo, na której oparty jest film), powinienem odpowiedzieć na pytania dotyczące samego filmu. Czy Mortal Kombat to rzeczywiście kinematograficzne arcydzieło i najlepsza w historii adaptacja gry wideo? Jeśli, drogi czytelniku, jesteś chłopcem w wieku 7-14 lat, to odpowiedź może być tylko twierdząca. Być może filmowcy już nigdy nie osiągną takich wyżyn, nie zwlekaj, pędź obejrzeć ten film. Ja widziałem go w Twoim wieku i się nie zawiodłem. Natomiast jeśli z racji upływających lat lub płci, nie łapiesz się w wymienioną przeze mnie kategorię, to zasługujesz na odpowiedź nieco bardziej zniuansowaną. Ale najpierw parę słów wstępu.

Kano…

Mortal Kombat był fenomenem lat 90. Wszystko zaczęło się od czterech gości z małego studia Midway Games, którzy zachęceni sukcesem komercyjnym dominującego w salonach gier Street Fightera 2, postanowili stworzyć własną bijatykę. Prostszą, ale efektowniejszą graficznie, bo zawierającą zdigitalizowane ze zdjęć sprite’y. Mniej strategiczną i łatwiejszą do opanowania, ale jednocześnie bardziej dynamiczną niż SF2. No i przede wszystkim – bardzo krwawą. Pierwotne plany zakładały, że gra powstanie w kooperacji z Jean-Claudem Van Dammem, ale gdy pomysł nie wypalił, twórcy na szybko stworzyli własne postaci i własną fabułę – połączenie Wejścia Smoka z Brucem Lee, Krwawego Sportu z Van Dammem oraz wyrywków azjatyckich mitów i legend. Gra ujrzała światło dzienne w 1992, a do końca 1993 sprzedała 3 miliony egzemplarzy – w tamtych czasach był to sukces wprost niewiarygodny. Digitalizowana grafika, lejąca się strumieniami krew oraz możliwość spektakularnego wykończenia wroga po zwycięstwie (tzw. fatality) podziałały na graczy hipnotyzująco. Za sukcesem przyszły kontrowersje. Brutalność gry była bezpośrednią przyczyną wprowadzenia w Stanach Zjednoczonych systemu wyznaczania granic wiekowych – ESRB. Ale sukces przyciągnął też Hollywood. Mimo koszmarnej wtopy, jaką była ekranizacja Super Mario Bros., wytwórnia New Line Cinema uznała, że pora sięgnąć po kolejną grę wideo.

Liu Kang…

Historia opowiedziana w filmie nie odbiega zbyt mocno od tego, co widzieliśmy na ekranach monitorów. Owszem, świat gry został nieco poszerzony, a fabuła porusza nowe wątki, ale wszystkie one są zapożyczeniami z Wejścia Smoka, który był źródłem inspiracji dla gry. W filmie bardzo szybko dowiadujemy się, że Ziemia nie jest jedynym zamieszkałym światem. Istnieją też inne “królestwa”. Władca jednego z nich (zwanego Pozaświatem), imperator Shao Kahn, szykuje się do inwazji na naszą planetę. Aby jej dokonać, przedstawiciele Pozaświata dowodzeni przez czarnoksiężnika Shang Tsunga, muszą zwyciężyć w dziesięciu kolejnych, organizowanych co pokolenie, turniejach. Wygrali dziewięć ostatnich. Tylko trójka ziemskich śmiałków – wychowywany przez mnichów Liu Kang, żołnierz sił specjalnych Sonya Blade i aktor Johnny Cage, wspierani przez boga błyskawic Raidena, mogą zatrzymać inwazję. By tego dokonać muszą zwyciężyć w turnieju zwanym… MORTAL KOMBAT!!!

Raiden…

Nie żartowałem pisząc o zapożyczeniach z Wejścia Smoka. Obok trójki protagonistów, mamy tu rejs na tajemniczą wyspę, dziwnego starszego gościa trzęsącego całym interesem, zabójców na zlecenie, a nawet potężnego Bolo… który w Mortal Kombat nazywa się Goro i ma cztery ręce. Jednak nie ma co narzekać na czerpanie ze sprawdzonych schematów, bo dzięki temu film ma zdumiewająco poprawną – jak na film akcji – konstrukcję. Trzyma w napięciu, a jednocześnie nie męczy nas zbyt wieloma scenami walki, bo nasi bohaterowie mają na wyspie również inne rzeczy do roboty (Liu Kang szuka Kitany, Sonya szuka Kano, Johnny Cage łazi wszędzie za Sonyą, itd…).

Johnny Cage…

Pod względem aktorskim trzeba powiedzieć jasno – Cary-Hiroyuki Tagawa (Shang Tsung) absolutnie kradnie show. Jest dokładnie takim, jakim go sobie wyobrażałem grając lata temu w Mortal Kombat 2 (moim zdaniem najlepszą część serii – jestem skłonny bić się z każdym, kto sądzi inaczej) – dumny, nikczemny, lekko przerysowany. Fani Christophera Lamberta też nie będą zawiedzeni, bo jego Raiden, bóg błyskawic i opiekun Ziemi, to chyba najbardziej “lambertowska” z wszystkich dotychczasowych ról. Co do pozostałych aktorów – wiele do zagrania nie mieli, ale raczej stanęli na wysokości zadania. Gdy oglądałem film po raz pierwszy, kompletnie rozbrajał mnie humor związany z postacią Johnny’ego Cage’a… z perspektywy lat większość żartów trochę przyblakła, ale nadal sądzę, że scenariusz i gra aktorska naprawdę nie są problemem tego filmu.

Scorpion…

A co jest jego problemem? Na pewno CGI. Nie ma co ukrywać – efekty komputerowe wyglądają dokładnie tak, jak w każdym innym średniobudżetowym filmie z 1995 roku. Na domiar złego Mortal Kombat strasznie ich nadużywa. Wszędzie tam, gdzie efekty są praktyczne, film z grubsza nadaje się do oglądania. Ale efekty komputerowe… oj, mocno rażą. In minus zaskakuje też redukcja brutalności. To zrozumiałe, że w filmie hektolitry krwi nie będą się lały po co drugim ciosie, tym niemniej dało się odczuć, że twórcy bardzo mocno ograniczali ilość przemocy widoczną na ekranie. Żadnego wyrywania serc czy kręgosłupów… Trochę szkoda. Nie dla samych serc czy kręgosłupów, ale dla trącącego horrorem klimatu, jaki znamy z pierwszych odsłon gry wideo. Film stracił sporo z intensywności pierwowzoru, ale… zyskał klasyfikację PG-13, która poszerzyła potencjalną widownię. Nie pierwszy to i nie ostatni tego typu przypadek.

Sub-Zero…

W filmie o obijaniu twarzy najważniejsze jest jednak to, jak sprawnie i efektownie twarze są obijane. Wszystkie sceny akcji zrealizowano według klasycznej szkoły hollywoodzkiej. Fani filmów z Liamem Neesonem będą zdziwieni, że ujęcie kamery w scenie walki może trwać dłużej niż pół sekundy, a sam kamerzysta nie przeżywa za każdym razem epileptycznego ataku. W Mortal Kombat ujęcia są dłuższe, pozwalające nam jeśli nie nacieszyć się walką, to przynajmniej zorientować kto kogo aktualnie bije. To duży plus. Jednak sprawiedliwie trzeba też dodać, że daleko tu do maestrii scen walki z filmów azjatyckich. Praca kamery jest raczej sztampowa, a choreografia nie szokuje poziomem skomplikowania. To nie Raid, Ong Bak, Oldboy czy Policyjna opowieść. Na dodatek same sceny walki są raczej nierówne. Pojedynek Liu Kanga z Reptilem jest doskonały, zresztą wcielający się w rolę mnicha Robin Shou był technicznie najlepszy spośród “niezamaskowanych” wojowników. Ale już walka Sonii z Kano albo nawet ostateczna konfrontacja z Shang Tsungiem wypadły dużo gorzej.

Sonya…

I to właśnie pełen obraz Mortal Kombat. Kiedy byłem małym chłopcem (hej!), oglądałem to dzieło z wypiekami na twarzy. Dzisiaj aż tak bardzo nie bawi… ale nadal pozostaje całkiem niezłą adaptacją jednej z moich ulubionych gier wideo. O tym jak bardzo dało się ten sam pomysł skopać, można się przekonać sięgając po żenujący sequel – film Mortal Kombat: Unicestwienie. Chociaż lepiej nie sięgać. Lepiej dwa razy obejrzeć pierwszą część. Można do kotleta, bo nie jest to dzieło wymagające szczególnego wysiłku intelektualnego podczas seansu.

A jeszcze lepiej włączyć komputer, odpalić Mortal Kombat 2 (najlepsza część gry), wybrać Scorpiona albo Mileenę (najlepsze postacie) i trzaskać kolejne fatalities. Polecam, zwłaszcza w święta.

 


-->

Kilka komentarzy do "Mortal Kombat (1995)"

  • 18 grudnia 2018 at 12:12
    Permalink

    Test your Might!

    Pamiętam, jak katowałem VHS-kę z tym filmem. Chyba wszystkich kolegów z nią odwiedziłem 🙂

    Reply
  • 18 grudnia 2018 at 12:20
    Permalink

    Wyobraźcie sobie na przykład Pana Tadeusza, udźwiękowionego głośnym techno i narratorem wymieniającym po kolei: “Sędzia! Telimena! Hrabia! Ksiądz Robak! Gerwazy! Protazy! Zosia! PAN TADEUSZ!”.

    Oplułem monitor. Teraz cały dzień to sobie będę w myślach nucił. DaeL – ty hultaju!

    A sam film oglądany był na wypożyczonej kasecie, więc od razu dostaje u mnie plus 5 do oceny końcowej. Ścieżkę dźwiękową miałem na przegranej kasecie magnetofonowej i katowałem na walkmanie. To były czasy!

    Reply
    • 18 grudnia 2018 at 14:34
      Permalink

      Lepiej- wyobraź sobie co lepsze fragmenty z 13 księgi lub Mrówek z Pana Tadeusza w takiej odsłonie muzycznej ;). Film rzeczywiście dla określonej kategorii wiekowej, z czego wywiązywał się znakomicie, dzisiaj łagodnie mówiąc lekko trąci myszką. Ale nadal na tle wielu podobnych produkcji wybija się pozytywnie.

      Reply
    • 18 grudnia 2018 at 15:05
      Permalink

      “Pan Tadeusz, czyli ostatni Mortal Kombat na Litwie”

      Oglądałbym

      Reply
  • 18 grudnia 2018 at 13:19
    Permalink

    Ulala, od czego by tu zacząć. Może od zgody. MK2 to najlepsza część serii. I od niezgody. Mileena najlepszą postacią? Ze Scorpionem oki, ale najbardziej wymiatał Baraka.

    Film to najlepsza adaptacja gry nie z powodu muzyki i innych dupereli, ale z powodu oddania klimatu i charakteru gry. Problem ‘Street fightera’ z JCVD. Tam z gry wzięto tylko imiona postaci. W MK jest wszystko. Ciosy, specjale, smaczki. Z walk Sonya vs Kani rzeczywiście słabe, jeszcze gorsza walka Liu Kanga z anonimowym dredziarzem. Za to Liu Kang vs Reptile, Cage vs Scorpion i Cage vs Goro wynagradzają wszystko. Na vhs oglądałem to setki razy!

    Show kradnie Lambert i jego śmiech. A z mniej znanych Shou. Aż się dziwie, że nie zrobił większej kariery w martial arts. A klasykami gatunku nie są filmy azjatyckie. Nie ma w nich takiego porządku, za często niepotrzebnie śmieszą. JCVD, Norris, Seagal, Rhee, Dragon Wilson, Rothrock, Blanks, Bradley, Dudikoff, Avedon… To byli klasycy!

    Gra genialna, film genialny. Również polecam serial.

    Reply
  • 18 grudnia 2018 at 14:50
    Permalink

    “O tym jak bardzo dało się ten sam pomysł skopać, można się przekonać sięgając po żenujący sequel – film Mortal Kombat: Unicestwienie”
    ja pamietam tylko tyle ze jak to ogladalem to zasnalem w 1/3 filmu i sie obudzilem pod koniec xD

    Reply
  • 18 grudnia 2018 at 16:14
    Permalink

    Właśnie mi uzmysłowiłeś, że mój 11 letni syn jeszcze go nie oglądał. Wkrótce to nadrobimy. Już mi ten kawałek w głowie gra.

    Reply
  • 18 grudnia 2018 at 20:02
    Permalink

    Ja swoje VHS katowałęm tak często, że uszkodziłem kasetę 🙁

    Reply
  • 18 grudnia 2018 at 21:09
    Permalink

    Najpierw pomyślałam, że 7-10 to strasznie mało, żeby oglądać MK… A potem sobie uzmysłowiłam, że oglądałam “Kości” przy 3latku🤔

    Reply
  • 18 grudnia 2018 at 23:30
    Permalink

    Sequel faktycznie słaby. Wszystko dużo za szybkie, a kilka postaci wprowadzonych tylko po to, żeby nikt nie powiedział, że ich nie było.

    Ale potem wyszedl potworek w postaci serialu (MK: Conquest bodajże) i udowodniono, że można jeszcze gorzej.

    Reply
  • 18 grudnia 2018 at 23:36
    Permalink

    Daelu, wielkie dzięki za tą recenzję. Jako osoba urodzona w drugiej połowie lat 80 potwierdzam – Morral Komnat 2 to najlepsza bijatyka i jedna z lepszych w ogóle gier lat 90. Zaś pierwsza część filmu – zdecydowanie jedna z najlepszych ekranizacji gier wideo. Co do soundtracku a przy okazji głównego wątku strony FSGK – polecam na YouTube wpisanie hasła Morral Komnat Gamę od Throne – tak, ta muzyka tbi wrażenie po dwudziestu latach dograna do zupełnie innego filmu!

    Reply
  • 18 grudnia 2018 at 23:38
    Permalink

    Przepraszam za błędy – pisanie na komórce osoby urodzonej w drugiej połowie lat 80;)

    Reply
  • 19 grudnia 2018 at 09:43
    Permalink

    MK 1 to jeden z nielicznych udanych filmów na podstawie gier. Ścieżka dźwiękowa dobra, zwłaszcza dwa utwory przy walce z Reptilem i Shang-Tsungiem, ale nie porównywałbym muzyki z tego filmu do najlepszych soundtracków filmowych ever 🙂 Aż tak dobrze nie jest pod tym względem. Setki filmów miażdżą soundtrackiem ten z MK1 np: Misja, Ostatni mohikanin czy Waleczne serce. Z gier najlepsze odsłony to MK 1, MK 2 i MK 9, który jest remakiem MK 1-3. Moim zdaniem najlepsze bijatyki z gier to Street Fighter 2, MK 1, MK2, Tekken 3 i z ostatnich MK 9 z 2011 (Pc-owa wersja 2013). Sukces salonowy Street Fighter 2 miał chyba największy tu wpływ. Do dziś większość odsłon serii Street Fighter to takie kopiowanie z SF 2.

    Reply
  • 19 grudnia 2018 at 11:58
    Permalink

    Jako osoba, której dzieciństwo przypadało na lata 90 (rocznik 1987 here), mogę podpisać się pod niemal wszystkim, o czym napisano wyżej. Też razem z kumplami katowałem Mortal Kombat na kasecie VHS, a potem podczas zabawy na podwórku wcielaliśmy się w poszczególne postaci i próbowaliśmy odtwarzać sceny bijatyk 🙂 To był po prostu jeden z tych filmów, które w tamtych czasach miały status niemal kultowego (Jak np. “Młodzi gniewni”) i do których często się wracało. Muzyka – wiadomo, genialna i wpadająca w ucho. Choć zgadzam się z kolegą wyżej, że jednak wybitnych filmowych soundtracków jest tak wiele, że nie uznałbym tego z MK za najlepszego (dla mnie bezapelacyjnie wygrywa tu muzyka z LOTR i z Braveheart). Ale na pewno jest w czołówce.
    Sequel MK to niestety była porażka, zwłaszcza pod względem fabularnym.
    Co do gry – ja mam największy sentyment do jedynki, może dlatego, że tej części poświęciłem najwięcej czasu i grałem w nią jeszcze na Pegasusie. No i pamiętam, jak ciężko było pokonać Goro, na którego jedyną metodą było zastosowanie kombinacji “skok i kopnięcie + odskok” i tak aż do skutku 😛 A ulubioną postacią był dla mnie zawsze Sub-Zero, oj jak ja uwielbiałem zamrażać tych wszystkich skurczybyków, z którymi walczyłem 😉

    No i był też serial, który jakoś szczególnie mnie nie porwał, aczkolwiek trzeba mu oddać, że zakończenie miał bardzo zaskakujące i nietypowe. I jeśli miałbym komuś ten serial polecić, to właśnie ze względu na zakończenie, bo w całej historii kinematografii można pewnie na palcach jednej ręki policzyć filmy czy seriale, w których twórcy zdecydowaliby się na coś takiego.

    Reply
    • 19 grudnia 2018 at 12:38
      Permalink

      moglbys zdradzic jakiez to swietne zakonczenie bylo?

      Reply
      • 20 grudnia 2018 at 13:23
        Permalink

        W największym skrócie:

        Spoiler! Pokaż

        Mowa o serialu Mortal Kombat: Porwanie (Mortal Kombat Conquest). Jak tak sobie teraz myślę, to nie był wcale taki zły. Może nie dorównywał filmowi, ale oglądało się go całkiem nieźle. Chyba kiedyś go sobie jeszcze odświeżę 🙂

        Reply
  • 19 grudnia 2018 at 18:30
    Permalink

    Uwaga spoiler

    Spoiler Zło wygrało. Spoiler

    Reply
  • 19 grudnia 2018 at 22:53
    Permalink

    Nie jestem jakimś wielkim fanem MK (właściwie to nie lubię bijatyk – ani gier ani filmów), ale przyznam uczciwie, że jest jedną z niewielu w miarę udanych ekranizacji gier. Większości po prostu oglądać się nie daje.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków