
Odkąd stery w DC Studios na dobre przejął James Gunn, produkcje spod tego szyldu, delikatnie mówiąc, nie zachwycają. O Supermanie mam jak najgorsze zdanie, Supergirl spotkała się w internecie z surową krytyką, Peacemaker stał się fabularnym chaosem, który raz jest, raz nie jest częścią uniwersum, a Matt Reeves, choć formalnie ma zielone światło na kreowanie własnego świata, posuwa się naprzód bardzo opornie. Nie jestem zwolennikiem Batmana z Pattinsonem, a do Pingwina również mam sporo zastrzeżeń. Pierwszy odcinek był więcej niż obiecujący, ale potem coraz częściej pojawiały się zgrzyty.
Przepraszam za ten wstęp, nieco odbiegający od głównego tematu, ale był mi potrzebny, żeby pokazać, jak mało entuzjazmu budził we mnie projekt pod nazwą Latarnie. Z początku sądziłem, że nawet nie zasiądę do tego serialu. W takim przypadku ominęłoby mnie jedno z ciekawszych serialowych wydarzeń tego roku. Ciekawszych, co nie znaczy najlepszych, ale o tym później.
Do cholery, ludzie… Latarnie to nie jest True Detective
Jeśli ktoś wskaże mi dwa nienaciągane podobieństwa między Latarniami a Detektywem, to… cóż, nie wiem, co wtedy zrobię, ale chodzi mi o to, że takich podobieństw nigdzie nie dostrzegam. Co więcej, Latarnie są zaprzeczeniem kryminału. Serial nie aspiruje nawet do podejścia zbliżonego do klasyki gatunku. Sprawa kryminalna na poziomie fabularnym w Latarniach nie istnieje. Chodzi tu o coś innego, akcenty rozłożono gdzie indziej. Porównania do pierwszego sezonu nie mają najmniejszego sensu, ale dla widzów, którzy znają dziesięć, piętnaście seriali, trzeba było znaleźć jakiś punkt odniesienia. Męczy mnie czytanie powierzchownych wpisów kierowanych do najmniej wymagających odbiorców popkultury, ale obawiam się, że to się nie zmieni. Przykro mi, że pogłębione opinie nie mają szans w starciu z bezrefleksyjnymi tekstami ludzi, którzy o serialach wiedzą niewiele. Za mocno? Być może. Musiałem to jednak napisać.
O czym więc są te Latarnie? Fabuła skupia się wokół osobliwej, dynamicznej relacji między ekscentrycznym superbohaterem a uczniem, który teoretycznie nie szanuje żadnej cechy swojego mentora. W tle jest małe miasteczko, do którego zostaje sprowadzony galaktyczny konflikt, a następnie dość specyficzne przedstawienie tego, czym właściwie jest superbohaterstwo. I tu dochodzimy do najważniejszej kwestii: w tym serialu w ogóle nie chodzi o fabułę. Jest ona dodatkiem do technikaliów, o których za chwilę wspomnę. Odcinki przejściowe bywają irytujące, bo są temu serialowi zupełnie zbędne. Dość absurdalnie wpleciono też kwestię rasizmu, a co więcej, strasznego patriarchatu, który dusi kobiety pragnące tylko otrzymać szansę, na jaką zasługują. Ciężko było słuchać wypowiedzi matki głównej bohaterki, obwiniającej o wszystko wszystkich, tylko nie siebie. Takich niepotrzebnie przegadanych epizodów, które udają ambitną część serialu, jest jednak zdecydowana mniejszość (najwyżej dwa, a drugi pewnie nawet nie w całości), za to tych wybitnych jest całe mnóstwo.
A więc co jest siłą serialu Latarnie?
Kiedy pytają mnie: „Co jest siłą serialu Latarnie?”, odpowiadam, że jest kilka takich elementów. Czy taka odpowiedź wystarczy? Oczywiście, że nie. Moim zdaniem Latarnie to hołd dla seriali o superbohaterach (i nie tylko) z początku tego wieku. Niedoskonała praca kamery, niedopracowana kolorystyka, lekko kartonowa scenografia: wszystko tu wygląda jak telewizja z lat dwutysięcznych. Celowo marne efekty specjalne, które kiedyś mogły robić wrażenie, dodają tej produkcji uroku i stanowią element komediowy, który dodatkowo podbija nieoczywisty humor bohaterów. Roswell, początki Tajemnic Smallville, a po części także (późniejsze) Z Archiwum X w wybranych odcinkach to produkcje, do których pod pewnymi względami nawiązują Latarnie. Niektóre rozwiązania w CGI przywiodły mi natomiast na myśl polarnego niedźwiedzia z pierwszego sezonu LOST, rodem z komputera, przypominającego ten, który później stanął w bunkrze. Czy komuś takie krzywe efekty przeszkadzały? Raczej nie, bo były zaledwie marginesem tego, na czym skupiała się uwaga widza. A jednak twórcy Latarni, choć mieli możliwości, by stworzyć serial superbohaterski taki, jak „należy”, świadomie wybrali celowo złe CGI. I to się znakomicie obroniło. Pseudolatanie, kosmos bijący po oczach sztucznością, kostiumy wzięte jakby żywcem z parodii kina superbohaterskiego. Wielki złoczyńca wygląda jak dobrze znany wujaszek Janusz z wąsem, który dekady temu przynosił mu sławę na dyskotekach i dancingach. Latarnie mogą nie spodobać się wielu widzom, bo to nie jest serial do specjalnego oglądania i zagłębiania się w meandry scenariusza. Jest tu tak wiele odniesień, metafor, celowych przeinaczeń, dekonstrukcji i stylizacji, że trudno to wszystko ogarnąć.
Nie wspomniałem jeszcze o punkcie, który błyszczy najjaśniej. Nie wiem, jak ktoś wpadł na pomysł, że Kyle Chandler nadaje się do roli superbohatera. Przecież to było szaleństwo. A jednak aktor samodzielnie wyniósł ten serial na szczyty. To zawsze był bardzo dobry odtwórca najróżniejszych ról, ale mam wrażenie, że od jakichś dziesięciu lat serialowo-filmowy mainstream o nim zapomniał. A szkoda. Występ Chandlera należy do czołówki tego roku, a wśród postaci oryginalnych (czyli takich, które nie pojawiają się w kontynuacjach znanych seriali) być może nawet zajmuje pierwsze miejsce. Trudno oddać, jak wielka jest ta rola, jak zniuansowana, jak umiejętnie łączy głęboką, wyrazistą gorycz, skrywany strach i chęć życia w pełni. Każda scena z jego udziałem to perełka. Przesłuchanie, w którym nawiązuje do Harry’ego Pottera, jest jednym z najlepszych przykładów.
Latarnie to na pewno nie jest serial roku (i jest od tego miana bardzo daleko)
Żeby obraz nie był zbyt różowy, muszę zaznaczyć, że Aaron Pierre jest słabym punktem serialu. Mimo tego, co go spotyka, i mimo sposobu, w jaki traktują go zarówno pseudomentor, jak i otoczenie, trudno mu kibicować. Cała jego postawa, a także to, że wszystko przychodzi mu zbyt łatwo, budzą wręcz antypatię. Nie jest to postać w pełni dobrze zbudowana: nazbyt nieobecna, nazbyt pyszna, nazbyt wyniosła. Serial w wielu miejscach próbuje tę postawę tłumaczyć, czasem z powodzeniem, czasem ze spektakularną klapą, jak choćby w wątku syberyjskim. Tak jak Hal Jordan w wykonaniu Kyle’a Chandlera przełamuje schemat i wnosi powiew świeżości do produkcji superbohaterskich, tak John Stewart Aarona Pierre’a bywa nachalną męską wersją Mary Sue. Czy ten rozdźwięk miał być aż tak duży, czy kontrast i przyciąganie się przeciwieństw miały być główną osią serialu? Być może. Zadziałało to jednak na minus w tych miejscach, w których wystarczyło zachować daleki dystans od norm panujących w ekranizacjach komiksów superbohaterskich.
Może się to wydawać dziwne, ale w serialu, który ostatecznie bardzo mi się podobał i który ocenię bardzo wysoko, jest jeszcze cała masa minusów. Przede wszystkim płytki antagonista. Kino superbohaterskie w ogóle ma problem z czarnymi charakterami, naprawdę godny przeciwnik trafia się wyjątkowo rzadko. W Latarniach również nie możemy liczyć na rywala z prawdziwego zdarzenia, ale ta kwestia akurat daje się obronić, bo punkt ciężkości znów leży zupełnie gdzie indziej. Walka dobra ze złem to tu nawet nie drugi, lecz trzeci plan. Dlaczego więc zaliczam to do rozczarowań? Ponieważ ze względu na oczekiwania szerszej publiczności należało przynajmniej zarysować poważniejszy konflikt. Zaryzykowano i tego nie zrobiono, dając powód do narzekań. Rozczarowani mogą być także ci, którzy po serialu o galaktycznych strażnikach spodziewali się istot z innych planet. Takie postaci istnieją, ale z jednym drobnym wyjątkiem wszystkie od początku do końca wyglądają jak zwykli, pospolici ludzie. James Gunn poszedł z tym serialem pod prąd, zburzył oczekiwania widzów i zdekonstruował każdy element superbohaterski. Pobawił się konwencją tak, jak robił to na początku swojej przygody ze Strażnikami Galaktyki, tutaj idąc nawet o kilka kroków dalej. Nie zrobił nic lepiej, ale w wielu elementach ukrył historię za jeszcze bardziej niedorzecznym (w dobrym znaczeniu tego słowa) sztafażem.
Jeden rabin powie, że finał Latarni jest dobry, drugi rabin powie, że zły
Konstrukcja serialu Latarnie to wyższy poziom skomplikowania. Pierwszy odcinek kończy się cliffhangerem, na który mógł zdecydować się tylko twórca bardzo odważny. Ten premierowy epizod jest tak naprawdę zamkniętą całością. Ma własny wstęp, rozwinięcie i zakończenie, rozgrywające się na trzech płaszczyznach czasowych. To rozwiązanie arcytrudne, arcyciekawe i stawiające widza w ogromnym zakłopotaniu. Czy ten akapit nie miał być o finale sezonu? Miał. Jednak Latarnie mają takich finałów kilka. O pierwszym już wspomniałem. Drugi następuje w odcinku piątym, czyli mniej więcej w połowie sezonu. To właściwa kulminacja wydarzeń, która w normalnych okolicznościach zamknęłaby poważny etap tej historii. Całkowicie domyka ona pierwsze dwie linie czasowe. Potem następuje kolejne otwarcie, którego punktem wyjścia jest finał pierwszego odcinka. Zagmatwane, prawda? Owszem, ale zarazem skrupulatne i dobrze rozegrane.
Trzeci finał jest już finałem sensu stricto i tutaj zdania są bardzo podzielone. Ja się na tym epizodzie wzruszyłem, choć rozwiązanie zagadki było niemal od początku dość oczywiste i jednowymiarowe, choć dużo tu napuszonego filozofowania, choć niektórzy oczekiwali wreszcie większych fajerwerków. Piękna, długa i skomplikowana podróż dobiegła w tym miejscu końca w sposób idealnie zgrany z klimatem całego projektu. Nie jest to finał idealny sam w sobie, ale jest to finał doskonale pasujący do takiej właśnie wizji Latarni. Nie dało się zrobić tu niczego lepiej bez zaburzenia bardzo delikatnej konstrukcji całego serialu. Ja jestem usatysfakcjonowany, ale rozumiem tych, którzy nie poczuli spełnienia, według których finał aż się prosił o jedno potężne widowisko albo o lepsze rozegranie kwestii zachwiania kosmicznej równowagi. Latarnie do samego końca miały być jednak najbardziej przyziemnym serialem traktującym o kosmosie.
Latarnie to sukces, który jest spektakularną porażką?
Nawet jeśli Latarnie zbierają dobre recenzje i nawet jeśli w internecie się o nich mówi, nie jest to produkt superbohaterski na dzisiejsze czasy. Czasy, w których potrzebny jest jasny, klarowny, prymitywny przekaz, a zapewne leniwie sklecony Doomsday wywołuje w sieci ogromne poruszenie. Medialność przedkładana jest nad jakość, a możliwość pochwalenia się udziałem w czymś popularnym staje się ważniejsza od emocji, jakie takie wydarzenie może wywołać. Dlatego właśnie Latarnie nie pomogły Jamesowi Gunnowi, który z uśmiechem na ustach ponosi porażkę za porażką (a za chwilę nadejdzie kolejna w postaci Clayface).
DC w tym momencie rozchodzi się w szwach. Latarnie mogły być bytem samoistnym, ale niestety trzeba było nawiązać do Zielonej Latarni z filmu Superman. Nathan Fillion pojawia się kilka razy i choć sam nie niszczy świata przedstawionego, to jednak widzom, którzy oglądali jego popisy w filmie, nagle staje przed oczami obraz zupełnie wypaczający działania dwóch głównych bohaterów serialu. Nagle okazują się oni nieproporcjonalnie słabi wobec postaci, która swoim pierścieniem dokonywała cudów i była spektakularnym superbohaterem. Hal Jordan jest przy nim absolutnym słabeuszem, który nie ma nawet możliwości, by stać się równie potężny, bo jego sprzęt wymaga czegoś, co w filmie nie występowało i nie miało najmniejszego znaczenia.
Chciałbym, żeby takie artystyczne projekty w świecie superbohaterów miały rację bytu. Zabawa formą, jak choćby w WandaVision (który po ponad pięciu latach wreszcie doczeka się jakiejś kontynuacji w postaci serialu VisionQuest), wciąż jest raczej ciekawostką, a nie czymś, o czym decydenci mówią jak o sukcesie. Od czasu do czasu trafiają się takie Latarnie i trzeba cieszyć się chwilą, bo nie jestem przekonany, że ten projekt nie zostanie zamknięty, po pierwsze ze względu na koszty, po drugie ze względu na przejęcie DC Studios przez nowych właścicieli, którzy raczej nie będą mieli cierpliwości do Jamesa Gunna, nieliczącego się w swojej pracy z Excelem. Globalnie Latarnie na pewno sukcesem nie są, ale dla mnie to serial ważny i potrzebny, a jeśli ktoś doceni atuty ukryte przed większością widzów, powinien czerpać z jego oglądania ogromną satysfakcję. Przy ocenie nie brałem pod uwagę odcinka trzeciego, bo był to ewidentny wypadek przy pracy, na który przymykam swoje „recenzenckie” oko.
Latarnie (sezon 1)
-
Ocena kuby - 8/108/10









Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:
Regulamin zamieszczania komentarzy
Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:
[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]