
Pod recenzją Netflixowej Lalki napisałem: „Czy film realizowany przez TVP będzie lepszy od serialu Netflixa? Nie. Powiem więcej: moim zdaniem na sto procent będzie produktem pod każdym względem o wiele gorszym: napuszonym, zapatrzonym w siebie, przeświadczonym, że istnieje tylko jedna właściwa droga dla tego typu adaptacji. Będzie jeszcze więcej teatralności, sztucznizny i bełkotu. A wszystko będzie ociekać patosem w niewyobrażalnej dawce.” Nie mogłem się bardziej pomylić. Dawno nie byłem w kinie tak pozytywnie zaskoczony jak na nowej Lalce. Chcę się jednak trochę usprawiedliwić, bo oglądając ponownie trailer, odnoszę wrażenie, że marketingowo postawiono w zupełnie nietrafione akcenty. Tego filmu nie powinno się promować Markiem Kondratem ani tą przytłaczającą pompatycznością, zadufaniem i przeświadczeniem o własnej nieomylności w kwestii adaptowania dzieł polskiej kultury. Nastawiałem się na okrutny paździerz, na coś, co nie zdoła zmierzyć się z Prusem, w czym będzie za dużo bicia pokłonów, a za mało ducha reżyserskiej wizji.
Lalka komedią?
Jeden z najważniejszych wątków filmu, czyli relacja Wokulskiego z panią Meliton (Agata Kulesza), to niemal w całości wartość dodana tej ekranizacji. Muszę przyznać, że na początku pomyślałem, iż będzie to swoisty gwóźdź do trumny całego filmu. Ubezwłasnowolnienie Wokulskiego i prowadzenie go za rączkę, przy okazji tłumaczenie najprostszych mechanizmów i odsłanianie wszystkich kart wydało mi się czymś absurdalnym, co odrze historię z całego sensu. Minęło ledwie kilka minut, a widz już dostał w twarz informacją, że Wokulski musi zacząć uczyć się angielskiego. Oho, pomyślałem, a więc tak to będzie wyglądać: Wokulski zostanie zbudowany na naszych oczach, będzie nam tłumaczone, na co właściwie mamy patrzeć, a o wyciąganiu własnych wniosków i spostrzeżeń możemy zapomnieć. Scenariusz zawłaszcza sobie prawo do jednoznacznej oceny Wokulskiego. I znów pudło z mojej strony. Relacja Wokulskiego z Meliton okazała się bowiem znakomita. Jest ożywcza, a jednocześnie tak swobodna, luźna i komediowa, że nie sposób się nie uśmiechać. Przypadkowe spotkanie na rynku to jeden z najjaśniejszych punktów tej historii. To właśnie te akcenty powinny były od początku promować film. Nie wiem, czy obawiano się, że ktoś uzna tę adaptację za niewierną materiałowi źródłowemu i ludzie nie ruszą tłumnie do kin. Być może.
Niemniej wątki komediowe w Lalce są czymś, co ten film absolutnie wyróżnia. Podobnie jak to, że „stara gwardia” nie zdominowała narracji. Na szczęście dla tej produkcji na ekranie jest mało Kondrata jako Rzeckiego, mało Seweryna, mało Jandy. Przy takim dawkowaniu aktorzy ci nie męczą swoją grą i nie odwracają uwagi od całej wspaniałej reszty. I choć ktoś mógłby zarzucić filmowi, że jest zbyt wokulskocentryczny, to chyba właśnie o to Prusowi chodziło i o to powinno chodzić współczesnym twórcom. Przecież to historia idealna na obecne czasy. Nie zmieniam zdania o samym Stanisławie: nie jest on postacią w pełni pozytywną w swojej relacji z Izabelą i nie uważam, że film w pełni oddaje mu sprawiedliwość, jednak najważniejsze kwestie wybrzmiewają tak, jak powinny. Cudownie wpleciono w fabułę fragment wiersza Adama Mickiewicza, cudownie pokazano też zupełnie inne oblicze prezesowej Zasławskiej w stosunku do samego Wokulskiego. Udały się twórcom postaci kobiece (z jednym wyjątkiem, o którym później). Zdecydowanie. Czas jednak przejść do kilku minusów.
Lalka nie taka wierna?
Znalazłem. Znalazłem miejsce, w którym produkcja Netflixa bije film na głowę: przedstawienie antagonistów. Baron Krzeszowski w wykonaniu Piotra Adamczyka stoi o wiele klas wyżej niż ten sam bohater grany przez Borysa Szyca, a to najbardziej zmarnowany potencjał filmu. Sam Szyc wygląda i zachowuje się, jakby zatrzymał się na swojej roli w Królu i nie potrafił się od niej odciąć. Nie ma praktycznie żadnej mocy w wątku wyścigu, w wątku pojedynku i w ogólnej rywalizacji między Krzeszowskim a Wokulskim. Najmocniejsze akcenty netflixowego serialu (świetnie poprowadzone sceny aukcji) zostały tutaj potraktowane po macoszemu. Tam, gdzie można było dołożyć sporo akcji, zdecydowano się na niezrozumiałą powściągliwość, tak jakby twórcy nałożyli na siebie niewidzialne ograniczenia, które nie pozwoliły na jeszcze więcej szaleństwa i rozrywki. Zwróciłem uwagę na antagonistów, bo w filmowej Lalce praktycznie nie istnieją. Wokulski ma tutaj zaskakująco łatwe wejście w krąg arystokracji i jest przez niemal wszystkich traktowany z szacunkiem. Wszyscy się z nim liczą, a przecież nie tak powinno to wyglądać. Oczywiście jest rzekoma wyniosłość Łęckiego, jest Starski próbujący wbijać bolesne słowne szpilki, ale zdecydowanie więcej Wokulski ma obrońców niż atakujących go osób. Produkcja tak bardzo skupiła się na konflikcie charakterów między Wokulskim a Łęcką, że reszta jest tylko tłem, czasem intrygującym, ale zbyt często kartonowym.
Za mało jest arystokratycznych machinacji, za mało wejścia w głąb tego kolorowego, fałszywego do granic możliwości tygla. Popełniono tu całą masę błędów i nie wiem, czy wszystkie wynikały ze świadomych decyzji twórców, czy też niektórych rzeczy nie przeoczono przez to, jak bardzo skupiono się na Dorocińskim. Dorocińskim, który również z początku wydał mi się niepasujący do tego, jak widzi go reżyser. Chyba dopiero jego wyjazd do Paryża odmienił moje spojrzenie na tę postać.
Lalka zaczyna się w Paryżu?
Wizyta Wokulskiego w stolicy Francji jest niewątpliwie punktem zwrotnym w postrzeganiu charakteru całej opowieści. Czy w stu procentach właśnie tak to miało wyglądać? Czy mieliśmy widzieć Wokulskiego spiętego, wycofanego, absolutnie zagubionego, by później tym mocniej dostrzec kontrast z jego nową postawą? Wyszło bardzo dobrze, bo po powrocie bohatera do Warszawy praktycznie nie ma ani jednej nudnej czy źle zrealizowanej sceny. Zresztą sama paryska przygoda to także montażowa perełka. Te kilkanaście minut stoi realizacyjnie na ogromnie wysokim poziomie. Od tego miejsca wszyscy zaczynają rosnąć. Pojawia się wyjątkowo ważny wątek metalu lżejszego od powietrza, który jest historią w historii, piękną metaforą i punktem, w którym nie trzeba wiele mówić, by przekazać kilka prostych prawd.
W wielu miejscach udało się więc dokonać tego, co budziło moje największe obawy, zwłaszcza po obejrzeniu tego nieszczęsnego trailera. Udało się twórczo połączyć świeże spojrzenie z zachowaniem najważniejszych rzeczy, które chciał przekazać autor oryginału. Jest więc spojrzenie na pracę u podstaw, jest walka o najbiedniejszych, jest chęć poprawy losu ludzi mieszkających na polskich ziemiach. Oddano hołd Prusowi, ale nie w takim stopniu i nie w takich proporcjach, jak się obawiałem.
Lalka bez Łęckiej?
Kamila Urzędowska jako Izabela Łęcka wypada źle. Z jednej strony jest to poniekąd wina prowadzenia postaci, z drugiej samych umiejętności aktorskich, a z jeszcze innej film równie dobrze mógłby obyć się zupełnie bez tej bohaterki, co jest ogromnym paradoksem. Główna bohaterka mogła być przez cały czas tylko wspominana, nie trzeba było jej pokazywać ani eksponować jej charakteru i aspiracji. Czy można traktować jako zarzut to, że nie udało się przedstawić Łęckiej jako interesującej, że blednie przy pani Wąsowskiej, że nawet mało wyrazista Ewelina Janocka ma do zaoferowania o wiele więcej (w jej jednym dialogu z Wokulskim jest więcej chemii niż we wszystkich rozmowach z Łęcką)?
Udało się scenariuszowo ukryć Łęcką, zrobić z niej kogoś, kto jeszcze lepiej oddaje to, co Prus miał do zakomunikowania: ślepą wiarę w ułudę, patrzenie na coś, co nie istnieje. Idealizowanie Łęckiej przez Wokulskiego jest pokazane w filmowej Lalce w sposób idealnie nieidealny, bo przez cały seans w głowie pobrzmiewają słowa: „Co do licha on w niej widział?”. Przez takie podejście poszczególne sceny z Izabelą nie wybrzmiewają. Bohaterka jako taka nie wzbudza żadnych pozytywnych emocji, w ogóle nie przekazuje emocji. Nie ma więc napięcia podczas wątku w pociągu ani w żadnym innym związanym z Izabelą.
Lalka na plus czy na minus?
Doceniałem muzykę w Netflixowej Lalce, ale to, co zrobiono w filmowej wersji, jest nieporównywalnie lepsze. To sztuka wysoka, to motywy, które brzmią w uszach i przenoszą widza do świata filmu. Muzyka w filmowej Lalce elektryzuje. To chyba największa siła tej ekranizacji. Poczułem się oszukany, bo w promocji filmu nigdzie nie pokazano tych wybitnych sekwencji, podbitych doskonałą muzyką. Pokazywano pompatyczność, butę i wyższość, a nie ten artyzm i wielkość samego kina. Lalka to audiowizualne cacuszko, mające swoje problemy na poziomie decyzyjnym i w przedstawieniu relacji dobra i zła, ale technicznie trudno się do czegokolwiek przyczepić. Scenografia, kostiumy i montaż pokazują, że mamy do czynienia z megaprodukcją nie tylko w teorii, ale także w praktyce.
Na pewno warto docenić drugi plan. Cezary Żak jako baron Dalski wprowadza kolejny wątek komediowy. Ciekawym zabiegiem jest „cameo” Bolesława Prusa. Przyjemnie patrzyło się na drobniutki epizod Andrzeja Chyry. Dzięki zatrzęsieniu znanych twarzy w tle czuć, że cała ta lalkowa Warszawa żyje i oddycha, a kiedy Wokulski wkracza w biedną dzielnicę, w widza uderza błoto i brud. Są jednak także oczywiste minusy. Za dużo jest scen zaledwie symbolicznych, jak Wokulski w Bułgarii czy na Syberii, pokazane tylko po to, żeby potem można było powiedzieć, że tego wątku nie pominięto. Czy wniosły one cokolwiek? Otóż nie bardzo. Co więcej, dla osób, które gorzej znają pierwowzór albo nie znają go wcale, może to oznaczać niepotrzebny chaos. Te wtrącenia wytrącają z równowagi, nie tłumacząc przy tym absolutnie niczego. Tak jakby twórcom zabrakło miejsca na większą ekspozycję swoich pomysłów. Dobrze widać to na przykładzie baronowej Krzeszowskiej, która jest tutaj ewidentnie na doczepkę. Pojawia się w momentach pozbawionych fabularnego uzasadnienia i wypowiada kwestie całkowicie oderwane od reszty historii. Nie udało się jej płynnie wprowadzić, więc może lepiej byłoby w ogóle jej nie pokazywać. Scena w sklepie, chociażby, nie ma żadnej wartości i nie zapada w pamięć. Podejrzewam, że niewiele osób podchodzących do filmu z zupełnie czystą głową zrozumie, czemu ta scena w ogóle służyła i z jakiego łańcucha przyczynowo-skutkowego pochodzi. Nie poradzono sobie w tej produkcji z małżeństwem Krzeszowskich, co uważam za rzecz odrobinę rozczarowującą.
Podsumowanie
Chciałbym przeprosić przede wszystkim samego siebie za to, z jaką łatwością przyszło mi ocenienie filmu zaledwie po kilku minutach trailera, i za to, jak bardzo zamknąłem się na możliwość, że twórcy wyjdą poza oczywisty schemat. Byłem święcie przekonany, że filmowa Lalka nie ma prawa mi się spodobać. Tymczasem spodobała mi się, choć przez wiele minut seansu nic na to nie wskazywało. Uderzyło mnie to, jakimi sposobami udało się osiągnąć zadowalający cel. Oczywiście wciąż pojawiają się zgrzyty, a w wielu miejscach moja wizja tego, jak powinno się opowiedzieć Lalkę, odbiega od filmowego obrazu. Widziałbym pewne połączenie elementów z Lalki Netflixowej i filmowej, ale o dziwo zdecydowanie więcej rzeczy wziąłbym z produkcji, w której gra Marcin Dorociński. Brak dobrze zarysowanego Krzeszowskiego jest dużym problemem, podobnie jak ukrycie za kulisami wielu sekwencji z dużym potencjałem. Jednak w najważniejszych miejscach zdecydowanie lepiej wypada trzymanie się Prusa niż tak daleko idące oddalanie się od niego.
Obawiałem się, że Rzecki w tej wersji będzie chciał nazbyt wyrosnąć ponad Wokulskiego, że Łęcki Seweryna stanie się nazbyt przerysowanie arystokratyczny. A potem było mi wstyd z powodu tych obaw i uprzedzeń. Idźcie do kina na Lalkę. Absolutnie warto. Muszę mocno bić się w piersi i głośno przyznać, że nie miałem racji. Podtrzymuję to, że Netflixowa Lalka skopała sprawę w swoim zakończeniu, choć dało się tego serialu bronić w poszczególnych wcześniejszych aspektach. Finalnie jednak nie można było oceniać go wysoko, właśnie przez wypaczenie sensu, który serial wcześniej sam odważnie budował. Jednocześnie całkowicie wycofuję się z opinii, że w dzisiejszych czasach w Polsce nie da się stworzyć Lalki godnej, zgodnej z Prusem, a przy tym przystępnej i rozrywkowej. Nie ocenię filmowej Lalki bardzo wysoko i chyba wystarczająco wyjaśniłem dlaczego, aczkolwiek nie zrobiono niczego, by ocena ta była niska. Megaprodukcja jest w wielu miejscach naprawdę mega. Najważniejsze, że nie poniesiono tutaj spektakularnej porażki.
Lalka (2026)
-
Ocena kuby - 7/107/10










Powinna być jeszcze recenzja starego serialu i starej wersji filmowej – nie mówię o tej bodajże z lat 50 czy jeszcze wcześniej, tylko o tej z Tyszkiewiczową, ale w szczególności o Lalce serialowej z 1977 roku.
Heh, nawet nie wiedziałem, że zrobili taki film. 🙂 To ile w końcu jest tych „Lalek”? 4?
Trzeba sobie rozpiskę zrobić. 😉
Jest serial od Netflixa, opisywany niedawno. Jest ten film kinowy z Dorocińskim i z nowości to tyle.
No a kiedyś byłfilm Hasa z 1968 roku i serial z 1977 roku.
Ponoć teraż biorą się za Noce i dnie, ale prędzej czy później możemy się spodziewać nowego Pana Tadeusza. Quo Vadis trochę drogie w realizacji, podobnie Faraon, więc stawiam na bardziej kameralne produkcje. 😉
O serialu Netflixa słyszałem, ale raczej nie sądzę, żeby mi się spodobał. A te starsze produkcje znam. Podobał mi się zwłaszcza serial. Momentami łapie dłużyzny, ale ma zdecydowanie lepszych aktorów (a w każdym razie bardziej pasujących) niż film.
Faraona to nawet bym nie chciał, żeby robili. Tam (zwłaszcza wersja reżyserska) nie da się nic poprawić, można tylko spieprzyć. To film doskonały.
Tam (zwłaszcza wersja reżyserska) nie da się nic poprawić, można tylko spieprzyć. To film doskonały.
Ależ jest co poprawiać, film oglądałem (chyba w zwykłej edycji) raz jakieś 12-14 lat temu. Faraon „pachniał” epokami słusznie minionymi aż niemiło, choćby słownictwo, choreografia, rekwizyty, jakieś folwarki w Egipcie (i niesubtelne aluzje do socjalizmu, obecnego wtedy ustroju panującego i trochę tego zza kurtyny), ja tych zachwytów przykładowo mojej dawnej polonistki z technikum nie rozumiem i nie rozumiałem (choć w necie też opinie czytałem co poniektórych bardzo pozytywne), bo np. bitwa nawet porównując jakieś inne widowiska z epoki jest koszmarem do oglądania – dosłownie wygląda to wszystko, jakbyś realizował teatr na pustyni, te padające od niczego osoby, dźwięki nie przypominającego niczego bo głucha cisza aż do jakiegoś udawanego westchnięcia trupa, komedia jakaś, powiedzieć że to trąci myszką to mało powiedziane, ekwipunek włącznie z perukami idealnie równy i jednakowy (dziś napisalibyśmy, że rekwizyty kupili od Pana Chińczyka z Aliexpress/TEMU w hurtowych ilościach). Potop, Pan Wołodyjowski, Most na rzece Kwai, Laurence z Arabii, The Fall of Roman Empire, O jeden most za daleko, Spartakus (tak nielubiany przez Kubrika), nawet Krzyżacy, pewnie jeszcze o czymś zapomniałem – przy tym to do oglądania filmy dużo przystępniejsze, wręcz zupełnie inna liga, choć już są znośne niestety tylko dla niektórych jeszcze z mojego pokolenia, już te dzisiejsze wychowane na tiktoku może mieć problem z obejrzeniem nawet Szeregowca Ryana.
Dodam, bo naniesione z libre ucięło akapit, że z jednym mogę się zgodzić – zekranizowany Faraon dzisiaj ma olbrzymi potencjał, wykonany współcześnie, przez pomysły niektórych „showrunnerów” , na wyglądanie jeszcze gorzej niż ekranizacja sprzed 60 lat.
Moim zdaniem „Faraon” świetnie się zestarzał i przypomina „Laurence z Arabii”. Oglądając ten film czuję, że to jest starożytność. Oczywiście taka jaką ją widziano w XIX w. Sama książka miała wymowę raczej rewolucyjną, choć pokazywała, że rewolucję robią nieodpowiedzialne młokosy. A film oczywiście wykorzystano politycznie. Filmowy Herhor ma głos i gesty kardynała Wyszyńskiego. Film miał być odpowiedzią na kościelne obchody Tysiąclecia Chrztu Polski. Film miał więc pokazać niebezpieczeństwo religii. Ale Ramzesa XIII nie dało się upodobnić do Gomułki 😉
No cóż, większość tego, co uznałeś za wady tego filmu, ja uważam za zalety, a z pozostałymi po prostu się nie zgadzam. Nie chcę jakiejś przygodowej rozpierduchy, w której wszystko poza kilkoma głównymi aktorami będzie zrobione w CGI, a która poza kilkoma nazwami własnymi nie będzie miała z książką nic wspólnego. „Faraon” to traktat o władzy, a nie pif-paf i kop z sandała. Albo co jeszcze gorsze, czegoś w modnej dziś manierze dekonstrukcji klasyki, np. Ramzes gej i Kama biegająca z mieczem w skórzanej mini. 😛
PS. Wymieniłeś „Krzyżaków”, a w porównaniu do „Faraona” to jest dopiero tandeta. Aktorzy plączą kwestie, ekwipunek z daleka wali plastikiem, a sceny walki wołają o pomstę do nieba.
Napisałem „nawet”, bo oglądało mi się dawno temu go po prostu lepiej + epoka lepiej mi siadła. To czysto subiektywna opinia, która może zweryfikowana ponownie byłaby odwrócona o 180 stopni (acz uważam, że AŻ tak nie), samych Krzyżaków nie uważam za jakiś wybitny film, gdzieś pomiędzy dobrym a miernym. Sceny batalistyczne dla mnie wciąż wyglądały lepiej w Krzyżakach, niż padający pawiana z dupy od nietrafienia niczego jakiś egipski niewolnik/chłop uzbrojony w włócznie i tarczę biegając truchtem.
I tak jak napisałem w 2-gim poście powtórzę, że współczesny Faraon ma olbrzymi potencjał być jeszcze gorszym filmem.
Z tym ostatnim akurat się zgadzam, dlatego napisałem, że nie chcę żadnego rimejka. W ogóle to od lat marzy mi się jakaś superprodukcja o państwie Samona. Może jakaś koprodukcja z Czechami?
Ale co Ty chcesz ekranizować? O „państwie” Samona wiemy tyle, że handlarz bronią i niewolnikami założył „państwo”… I nic więcej. Żadnego to związku z naszym krajem nie ma. O wiele, wiele lepiej jakaś superprodukcja o Siemowicie/Mieszku/Bolesławie Chrobrym
Czy ja napisałem coś o ekranizacji? Albo o związku z naszym krajem (którego przecież wtedy jeszcze nie było)? Interesuję się historią i chciałbym to zobaczyć. Historia Samona i pierwszego słowiańskiego państwa z prawdziwego zdarzenia ma potencjał epicki i przygodowy. W dodatku zakończony zwycięską epicką bitwą.
A idź z tym Ziemowitem. I niby o czym by to było? Jak banda drobnych oprychów grabi kolejnych sąsiadów? Tu nie ma żadnego potencjału na epickie widowisko.
O Mieszku był już dobry film. Wątpię żeby zrobili teraz lepszy.
„bo np. bitwa nawet porównując jakieś inne widowiska z epoki jest koszmarem do oglądania”
Nie jest koszmarem. Kawalerowicz miał inny pomysł niż twórcy klasycznej filmowej batalistyki i moim zdaniem trzeba to docenić. Na mnie ta scena robi duże wrażenie nawet dzisiaj. Brak muzyki, oddechy piechurów, odgłos piachu pod stopami, zbliżenia na twarze. Jest ok, jest po prostuj inaczej. To „tylko” polski film powstały w głębokiej komunie, twórcy mierzyli się z szeregiem ograniczeń, które obchodzili stawiając na artyzm i klimat.
Dokładnie.
To ode mnie, najpierw krótszy komentarz:
1. zupełnie nie zgadzam się w kwestii muzyki. O ile diegetyczne kawałki z epoki bardzo ok, o tyle reszta to coś czego nie znoszę – generyczne pianinko filmowe – prostacko podbijające emocje w scenach, które tego nie potrzebują (zwłaszcza drażniło mnie to w scenie jak Wokulski prezentuje pomysł spółki).
2. Łęcki Seweryna w I scenie mnie zachwycił (zwłaszcza, że jestem świeżo po filmie Hassa, gdzie to chyba w ogóle najsłabszy element – taki poczciwy dziadunio) – przekonany o swojej wyjątkowości i doniosłej roli dziejowej. Niestety, potem opada w autoparodię – skupioną tylko na pieniądzach. Szkoda.
3. moim zdaniem Krzeszowscy wyszli ok – baron może nieco przeszarżowany, zwłaszcza w scenie na tym I spotkaniu (tej zastępującej święcone), ale jednak pełni istotną rolę. Z kolei Baronowa – jak nie znoszę Ostaszewskiej, tak muszę przyznać, że ma talent do grania autoparodii (podobnie jak w świetnym, a niedocenianym, polskim Biurze). Największy minus, to to, że ich wątek się urywa, gdy ma się wrażenie, że coś jeszcze nastąpi istotnego w ich toksycznej relacji.
Ok, teraz o sprawach ważniejszych.
Uwaga, będą spoilery.
||Wokulski jako „wrażliwy młody mężczyzna” po czterdziestce – top. Nie jest to może wierne oddanie postaci z książki, ale za to jakże urocze i w sumie – na czasie. Plus ostatnia scena, jak odpala cygaro od dynamitu każe zakrzyknąć „he is literally me!”. Mówiłem, kiedyś że „Lalka” jak najbardziej mieści się w „Young senistive man literary/cinematic universe” 😉
Największy problem mam oczywiście z Łęcką: – w sumie z początku podobała mi się jej kreacja.
Wątek, jak jest prześladowana przez salon – zwłaszcza przez Krzeszowskiego – i Wokulski jawi się rycerzem, wybawicielem – był naprawdę ciekawy. zwłaszcza ta scena, jak Wokulski wychodzi wzburzony z balu i ona patrzy na niego przez okno. Potem scena na wyścigach wychodzi nieco drętwo, zdecydowanie „Merci” Braunek było stokroć lepsze – istotnie Urzędowska jak ma grać coś innego niż smutek lub patrzenie wypada słabo. Ale to mniejsza. Toteż pomysł był ciekawy – że osaczona przez Wokulskiego zaczyna się czuć dopiero w scenie przed Paryżem, podczas gdy w książce i serialu tak było niemal od początku (i nie bez powodu – Wokulski początkowo faktycznie jakby chciał ją kupić…)
Oczywiście skrzeczą sceny przy krykiecie – gdy Łęcka narzeka jak to źle że nie ma emancypacji – mówiąc językiem Jpewnej strony z memami – „Dziabko, emancypację mamy od 100 lat i jakby widzimy już pięknie jej skutki, może pora zrobić opowieść o czym innym niż o tym jak to źle kobiety miały bo nie mogły pracować”? Sęk w tym, że potem film skręca w dziwnym kierunku, zwłaszcza w moim zdaniem – kluczowej dla historii sekwencji na wsi.
W filmie początkowo Łęcka w ogóle nie jest zainteresowana tam Wokulskim (co czyni nieco dziurę fabularną z listu Prezesowej sugerującego inaczej), zmienia to dopiero rozmowa ze Starskim który przyznaje, że nie dostanie spadku. Film jakby sugeruje, że Łęcka faktycznie jest zakochana w Starskim, podczas gdy w książce on ją tylko przelotnie uwiódł. Dopiero potem poświęca jakikolwiek czas Wokulskiemu, ale w sumie na tyle mało, że to nie wybrzmiewa – w tym nie ma kluczowej kwestii – legendy o Księżniczce i dialogu po niej (acz akurat wtedy wyszedłem na chwilę do toalety, więc mogłem coś przegapić?).
W książce (z tego co pamiętam) Łęcka od początku spędzała dużo czasu z Wokulskim i była obrażona na Starskiego, który w tym czasie kokietuje Ewelinę – czego w ogóle nie ma w filmie, chyba po to, by pokazać, że kobieta może być tylko ofiarą i by sobie widz o niej źle nie pomyślał – ale mniejsza.
W książce – po rozmowie z Prezesową, która mówi, że Wokulski to stara szlachta – Łęcka zaczyna widzieć w Wokulskim arystokratę. I o to jest stawka – o to jest też pytanie „Obudzisz się moja Królewno?” – czy Łęcka I WOKULSKI staną na wysokości swojej roli. Niestety – nie stają – ale przez moment wierzymy, ze staną.
W filmie tego nie ma.
Wkrótce potem mamy scenę na balu (tym zaczynającym się od żywych obrazów – co zresztą też było ciekawym pomysłem i mogło rozwinąć bardziej artystyczną sferę Izabeli – sugerowaną zresztą wcześniej tą żenującą deklaracją o chęci grania na scenie – która w sumie mogła w ten sposób zostać jakoś obroniona, a nie została), gdzie Łęcka – pijąc szampana – zaczyna sadzić frazesy o tym, że „musi zapraszać towarzystwo” czy coś w ten deseń w sposób tak antypatyczny, że nie powstydziłaby się tego Braunek (a, mając na względzie kontrast z wcześniejszym balem – tym co patrzy w okno – wypada to jeszcze bardziej odpychająco niż Braunek w którymkolwiek momencie, która była pod tym względem spójna). Moja żona (Michalina Jabłońska) sugerowała wręcz, że Łęcka się wtedy zgrywała, ale – po co?
o i potem mamy najbardziej (obok dialogu przy krykiecie) żenującą scenę – jak Wąsowska zachwala Łęckiej… miłość romantyczną. POWAŻNIE? W HISTORII, KTÓREJ OSIĄ JEST TO, JAK NISZCZYCIELSKI JEST ROMANTYZM I WIDMO DZIEWICY-TRUPA (tak, to nawiązanie do „Nie-Boskiej Komedii”, która moim zdaniem jest zaskakujaco zbieżna z „Lalką”, ale to temat na osobną dyskusję)? Tutaj otarliśmy się o poziom harlekina po prostu. Plus jakże głęboka i wcale nie brzmiąca na wskroś współcześnie metafora „zimnego obiadu”… jedyne co ratuje tę scenę, to fakt, że widzimy przez moment kapliczkę z wizerunkiem jakiejś świętej (mam roboczą hipotezę, że nie przypadkowej, ale niestety nie rozpoznałem – której) – jest to chyba jedyna w całym filmie aluzja do wiary – przed którą Izabela się żegna i przyciąga ona jakby jej wzrok. Mam jakieś takie irracjonalne poczucie, że zapowiada to scenę pójścia do klasztoru – która inaczej niż w książce mówi Szuman (notabene najsłabsza rola w filmie, ale czego się spodziewać po Stuhrze…) nie jest prowokacją by podbić swoją pozycją, ale chyba szczerą decyzją.
Ale wróćmy do meritum – scena w pociągu. Z jednej strony szanuję pomysł, że Izabela w gruncie rzeczy nie chce i się opiera. Potem, jak pyta Wokulskiego, czy ich opuszcza, widać w jej oczach od początku – jeszcze przed „farewell” – szczery żal i przerażenie. Ale – tak jak to jest pokazane, to mamy dziurę! W sumie niby za co Wokulski ją zostawia? Za to, że przyznaje się do zgubienia blaszki – ale nie ma tutaj frazy o tym, że ją „szukała” ze Starskim. Że nie opiera się głośniej? Podsumowując – szanuję twórców, że mieli jakiś pomysł, że nie poszli w powtórkę z Braunek – do czego może nawet skłaniałby nieco podobny typ urody i ekspresji. Ale jednak efekt końcowy jest niesatysfakcjonujący i niespójny.
Jeszcze na koniec drobnostka: W filmie, inaczej niż w książce, Wokulski nie czyta listu który przynosi mu pod koniec Wąsowska – co go nie zniechęca tym samym do niej. Czy to jest sugestia – podobnie jak scena z Ochockim pod koniec – że jednak się nie wysadza?||
Tak czy siak – można obejrzeć, ale jednak serial 1977 to serial 1977.
Końcowa scena w pociągu jest skrajnie głupia. On nawet widzi jej zastygłą w wyrazie przerażenia minę! Jak zupełnie wywrócili charakter Łęckiej, tak nawet niewielki flirt by miał uzasadnienie, dla „czar prysł”. Zupełnie niepotrzebnie zmieniali cokolwiek, łącznie z tym angieslkim. Bo co mamy tu? Starski molestuje Stasiowi narzeczoną, a ten po prostu ucieka. Książkowy Wokulski, zwłaszcza widząc minę narzeczonej, by tego Starskiego utłukł w tamtym pociągu. Poza tym wypaczono tą sceną samego Kazia, który molestatorem kobiet nie był…
Blaszka, której zgubienia szkoda Izabeli to też zupełnie wykrzywienie tego, co było w oryginale.
Właśnie. Wokulski to by szybko zapoznał Starskiego z podłogą w tej sprawie ! Może nawet by go zabił w amoku.
Nawet sprawdziłam kodeks z tamtych czasów. Jak by to postrzegano. Ogólnie zależy czy to poszłoby na konto obrony czci Izabeli – wtedy uniewinnienie. Jeśli jednak sąd uznałby, że to była zemsta na rywalu, ale wykonana w amoku to byłoby to raczej więzienie lub katorga. Nie kara śmierci – na to były paragrafy polityczne, przeciwko władzy.
Mnie niestety „Lalka” rozczarowała. Netflixowa profanacja boli, bo wyciera sobie twarz Prusem. Film boli, bo choć widać włożonego w niego serce (scenografia, cameo Prusa), a aktorzy (poza Urzędowską) świetnie sobie radzą.
I mógłbym wybaczyć wiele – wycięcie Węgiełka, Marianny, zaangażowania w pomoc biednym, studentów, mocne ograniczenie wątków studentów… Podobno film skrzywdził Netflix, bo to pierwotnie miał być serial, zresztą taki może nawet powstanie, mają mieć, według Cezarego Żaka, ponad 5h materiału – oby, oby.
Ale nie mogę wybaczyć wycięcia Stawskiej i wątku z tytułową lalką. No po prostu nie. Zwłaszcza, że film nie trwa 3h – brakuje mu do nich 18 minut, a w nich spokojnie by go zmieszczono (a wraz z tym córkę Krzeszowskiej i wcześniej wymienione przeze mnie wątki). Bo Lalka nie jest tylko o Wokulskim i jego uczuciu do Łęckiej. Lalka jest o społeczeństwie, równie mocno, jeśli nie mocniej.
Jak już przeszedłem do Łęckiej, to druga niewybaczalna dla mnie rzecz to zmiana jej charakteru. Chcecie tworzyć historię lalkopodobną, to zróbcie własny projekt. Książkowa Izabela to produkt swojego środowiska, przede wszystkim jednak produkt pusty! Zainteresowana samą sobą (i rzeźbą Apollina, kolejna wycięta scena), a ta tutaj taka nie jest! Jest ona postacią do polubienie, ba, pod koniec filmu ona chyba nawet zaczyna coś czuć, nawet jeśli to tylko sympiatia, do Wokulskiego!!!!!!!!!!!
Nad końcówką w pociągu się znęcałem gdzie indziej, ale powtórzę – FATALNA SCENA. Nie rozumiem też, czemu zmienili czas, gdy Wokulski się uczył angielskiego i nie ograli tego tak jak było w książce:
Stach nie rozumie rozmowy ze Starskim —-> Uczy się potajemnie angielskiego —> Wykrywa zdradę NIE MOLESTOWANIE —> Czar pryska.
Ehh…
Na dodatek co do Łęckiej – według youtubera Jakuba Lipowskiego, który przypadkiem znalazł się na premierze, po której była rozmowa z aktorami, to sama Urzędowska nalegała by wstawić się nagą w Paryżu. Została z tego niewielka migawka, ale moim zdaniem nawet taka nie powinna.
Natomiast argumentu Pana Redaktora o braku wyrazistych złoczyńców skwituję tak – to nie ta książka. Ani baron Krzeszowski, ani Starski, ani Maruszewicz, wielkimi antagonistami Wokulskiego nie są. To nie jest opowieść, w której istotnym wątkiem jest konflikt Wokulskiego z kimś personalnie. Nawet po pojedynku z Krzeszowskim, ten nie chowa urazy i nie intryguje, a rozchodzi się z Wokulskim „na koleżeńskiej” stopie.
Reasumując – Lalkę oglądało mi się dobrze, niewykorzystany potencjał niestety, nie było źle, nawet nie było miernie, ale serial z 1977 uber alles.
Errata: Mocne ograniczenie wątku subiektów (np. Mraczewski już nie wraca), nie studentów, oczywiście. Mraczewskiego można byłoby (jak w książce) fajnie domknąć ze Stawską, której wycięcie to oczywiście zbrodnia niesłychana.
Chciałam się śmiać jak Izabela zaczęła gadać, że chce iść na uniwersytet lub zostać aktorką.
Albo scena w pociągu. To wcale nie była zdrada narzeczonego, ale zwykły gwałt na kobiecie, a Wokulski zamiast ją bronić to wyskakuje i chce się zabić… za co?????
A jeszcze ten montaż – jak tysiące mini historyjek na tiktoku. Film to nie jest zbitek tiktowych klisz!!!
Albo, żeby pani Melliton miała uczyć Wokulskiego, jak zbliżać się do arystokracji????
Wycięto wątek Stawskiej, procesu o lalkę…
Albo, żeby Izabela znała Szekspira!!!??? Ona to ledwo kumała co to jest Nie-Boska Komedia!!! To Krasiński mógł sobie czytać Szekspira jako członek kulturalnej elity, a nie ona!
Proszę bardzo mam książkę pod ręką :
„Odwiedziny fabryki stanowiły ważną epokę w życiu panny Izabeli. Z religijną czcią czytywała ona poezje swego dalekiego kuzyna, Zygmunta, i zdawało się jej, że dziś znalazła ilustrację do Nie-Boskiej komedii. Odtąd często marzyła o zmroku, że na górze kąpiącej się w słońcu, skąd zjeżdżał jej powóz do fabryki, stoją Okopy Św. Trójcy, a w tej dolinie zasnutej dymami i parą było obozowisko zbuntowanych demokratów, gotowych lada chwila ruszyć do szturmu i zburzyć jej piękny świat.”
Czyli wyniosła z tej lektury tylko, że są jacyś źli ludzie, co chcą zniszczyć jej świat. Nic o głębi rozterek romantyka, co daje się mamić widziadłu piekielnemu. Lub o znakomitym pojedynku słownym Hrabiego i Pankracego.
O którym momencie w kwestii montażu mówisz?
Obejrzane. Dałbym oczko wyżej niż Kuba. Kawał solidnego filmowego rzemiosla. Stara gwardia aktorska daje popis, ale to Dorociński jest po prostu znakomty. Zresztą nie mogę przyczepić się do żadnego z aktorów, łącznie z Urzędowską. Zagrała dobrze taķą Łęcką, jaką wymyślił scenarzysta. Tu także było parcie na pogłębienie tej postaci, ale wyszło to zgrabniej i bardziej w duchu epoki i powieści niż w serialu. Wysoki poziom realizacji, świetny dźwięk, ciekawe i bardzo klimatyczne oświetlenie scen. Z przyjemnością obejrzę kiedys jeszcze raz, może doczekamy jakiegoś director’s cut, to byłby chyba ewenement w polskim kinie 🙂 Szkoda, ze nie ma tu tak wielu z rzeczy z powiesci ale jesli już trezba bylo ciąć i wybierać, to wyszło ostatecznie chyba nienajgorzej. Obyśmy zawsze takie ekranizacje dostawali.
Ach, ta nieszczesna scena w pociagu – zgadzam się z komentarzami powyżej, ale rozumiem, że skoro już zaczęto manipulowac przy postaci Łęckiej, to widocznie uznano, że takie jej rozegranie będzie bardziej spojne z tym, jak próbowano tę postac pokazać. Czyli tak jak pisałem w komentarzu pod serialem – chcesz zrobic coś dobrze, to nie grzeb przy literackim pierwowzorze.
I to ostatnie zdanie powinni sobie oprawić w ramki i powiesić nad biurkiem wszyscy scenarzyści. Tuż pod cytatem z Vabanku: „Żadnych-Własnych-Pomysłów”.