
Do tej pory Anthony Maras był dla mnie twórcą całkowicie anonimowym. Trudno się temu dziwić: w jego dorobku są trzy mocno niszowe produkcje i właściwie tylko jeden tytuł, który może coś mówić szerszej publiczności (Hotel Mumbaj), a i ten powstał osiem lat temu. Kiedy zagłębiłem się w historię powstawania Nieba nad Normandią, okazało się, że Maras pracował nad tym projektem już od 2020 roku. Widać to na ekranie. Scenariusz nie był pisany na kolanie, tylko dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. To kino wojenne najwyższej próby, któremu udaje się rzecz rzadka: oddaje klimat wojny praktycznie bez pokazywania samych działań wojennych.
Mają rozmach skur…
Niebo nad Normandią od pierwszych minut imponuje warstwą techniczną. Znakomita jest scenografia, znakomite są kostiumy, a praca ze statystami, na których wyraźnie nie oszczędzano, nadaje scenom autentyczności. Wojna przenika tu każdy kadr. Czuć ją nieustannie, choć żaden z bohaterów nie bierze bezpośredniego udziału w walkach. Baza wojsk alianckich nie jest kartonową dekoracją. Dotyczy to zarówno budynku, w którym mieści się sztab, jak i kolejnych punktów kontrolnych, przez które trzeba przejść, dopełniając wszystkich obowiązkowych procedur. Jest w tym ogromny rozmach i równie wielka pieczołowitość, a za nimi stoi widoczna praca rzeszy ludzi zza kulis. Do tego dochodzi znakomita muzyka, która w każdej scenie idealnie współgra z obrazem. W efekcie otrzymujemy film bliski ideału. Tym trudniej zrozumieć, dlaczego tak mało się o nim mówiło, dlaczego nie odniósł sukcesu komercyjnego i dlaczego nikt nie wymienia go w gronie najlepszych produkcji tego roku. Zabrakło widowiskowości? Większego nacisku na sensację? Wyrazistej konfrontacji dobra ze złem? Nie wiem. Być może właśnie powściągliwość, która stanowi o sile tego filmu, okazała się jego słabością w walce o uwagę widowni. Wiem natomiast, że każdy miłośnik dobrego kina powinien Niebo nad Normandią zobaczyć. Niech tylko nie nastawia się na powtórkę z Szeregowca Ryana, bo samo lądowanie w Normandii jest u Marasa jedynie krótkim epizodem. Choć i tu widać precyzyjne oko reżysera, który do samego końca dąży do perfekcji.
A teraz nieco więcej o samej fabule. Akcja filmu obejmuje zaledwie kilka dni bezpośrednio poprzedzających D-Day oraz sam dzień inwazji. Głównymi bohaterami są meteorolog James Stagg (Andrew Scott, aktor wybitny, a wciąż niedoceniany) oraz generał Dwight „Ike” Eisenhower (Brendan Fraser, niezwykle ceniony w branży, choć moim zdaniem niekiedy na wyrost). Obaj tworzą bardzo dobre kreacje, ale żaden nie błyszczałby w ten sposób bez wsparcia znakomitego drugiego planu. Stagga otacza ciekawy, choć podzielony zespół. Część jego członków traktuje go jak zło konieczne albo wręcz jak powietrze, inni są mu bezgranicznie oddani. Na czele pierwszej grupy stoi Irving Krick, zaufany doradca strony amerykańskiej, przedstawiony jako swoisty antagonista tej historii. Do drugiej należy Kay Summersby, w którą wciela się jak zwykle bezbłędna Kerry Condon. Jej postać spina wątki Stagga i Eisenhowera. Jest łączniczką między nimi, gwarantką spokoju i tą, która studzi emocje dyskutujących. Eisenhower z kolei ma naprzeciw siebie przede wszystkim „Monty’ego”, czyli generała Bernarda Lawa Montgomery’ego. To starcia tych dwóch mężczyzn są wisienką na torcie. Ścierają się tu dwa spojrzenia na wojnę, dwie filozofie gospodarowania ludźmi i dwa style dowodzenia, i to w obliczu jednej z najważniejszych operacji wojskowych w dziejach. Tu również należą się Marasowi brawa. Potrafił zachować w tym wszystkim równowagę i czytelnie nakreślić osie konfliktów między bohaterami.
Ta scena zmieniła wszystko
Niebo nad Normandią ogląda się z zapartym tchem, choć tematem filmu nie jest to, jak poprowadzić uderzenie, dokąd skierować poszczególne jednostki czy gdzie skoncentrować ogień artylerii. Chodzi o prognozę pogody. To kwestia z pozoru błaha, a jednak wysuwa się na pierwszy plan, bo od niej zależy powodzenie całej operacji. Oglądamy meteorologów przy pracy i narzędzia, którymi się posługują, słyszymy stukot maszyn i dalekopisów. Polowe warunki i presja czasu zostały oddane na ekranie niemal namacalnie. Widzimy kolejne kłótnie, kolejne narady i posiedzenia sztabu pełnego trudnych charakterów. Do tego dochodzi kwestia wiarygodności, a może jeszcze bardziej wiary we własne umiejętności. Stagg musi bowiem działać wbrew wszystkim i wszystkiemu: wbrew oczywistościom i wbrew oczekiwaniom. Zastanawiam się, czy nie ma w tym miejscu jednak zbyt wiele przejaskrawienia i zero-jedynkowego podziału ról. Być może bez takich zabiegów trudniej byłoby ten film tak chłonąć. Tak czy inaczej, sytuacja rozwija się w szybkim tempie, a stawka rośnie z każdą godziną. I wtedy…
Wtedy następuje scena, która przestawia akcenty i zupełnie zmienia ciężar gatunkowy produkcji. Stagg odbiera telefon i… tu się zatrzymam, żeby nie zdradzać zbyt wiele. Czy ta scena i wszystko, co z niej wynika dla tego wątku, jest wiarygodne? Co najwyżej średnio. Czy jest temu filmowi potrzebna? Absolutnie tak. Nawet jeśli to tani zabieg scenariuszowy, podszyty patosem, który niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Nawet jeśli to na wskroś amerykańskie, przesadzone, odbiegające od faktów i romantyzujące przedstawienie oddania sprawie ponad własne życie. Ta scena stanowi bowiem idealny punkt zwrotny. Łączy to, co już się wydarzyło, z tym, co ma nastąpić, i z decyzjami, które trzeba będzie podjąć. Buduje obraz charakteru Stagga, ale także Eisenhowera. Staje się fundamentem tego, jak obaj na siebie patrzą, czego od siebie oczekują i jak ze sobą współpracują. Dzieje się tak, mimo że żaden z nich nie potrafi nazwać łączącej ich relacji ani nie chce odsłonić się przed drugim. To rozmowa bez słów, w której obaj badają nawzajem swoją siłę woli i sprawdzają, czy jest pole do cichego podporządkowania sobie drugiej strony. Warstwa psychologiczna to właśnie ten majstersztyk Nieba nad Normandią, który trzeba docenić i którym warto się delektować podczas seansu.
Więcej takich filmów
Niebo nad Normandią, choć porusza zupełnie inny temat, jest tym, czym rok temu powinna być Norymberga. To film samoświadomy, który nikogo nie naśladuje, nie próbuje się nikomu przypodobać i niczego nie robi na siłę. Wyraziste role pierwszoplanowe świetnie współgrają z mocnym drugim planem. Nie ma tu ani jednej zbędnej sceny czy wątku, nie ma zapychaczy. Każdą ze stu minut tego znakomitego obrazu wykorzystano do maksimum. Muszę też przyznać, że po seansie Nieba nad Normandią jeszcze mniej podoba mi się muzyka skomponowana do Odysei. Kameralna ścieżka dźwiękowa filmu Marasa bije tamtą, blockbusterową, na głowę. Jest sugestywna i pozwala całkowicie zatopić się w seansie.
Szkoda, że ten film prawdopodobnie zginie w zalewie innych premier i stanie się tytułem zapomnianym i zmarginalizowanym. Być może jednak otworzy drogę Anthony’emu Marasowi, bo widać, jak dobrym jest scenarzystą i jaki ma potencjał jako reżyser. Może za kilka lat odniesie wielki sukces i wtedy ktoś przypomni sobie, że u jego podstaw stał właśnie ten bardzo dobry film. Dla mnie to jedna z obowiązkowych pozycji tego roku. Cieszę się, że takie produkcje wciąż powstają, nawet jeśli są z góry skazane na finansową porażkę.
Niebo nad Normandią (2026)
-
Ocena kuby - 9/109/10








Gdyby ktoś był zainteresowany tematem, podrzucam link: https://www.youtube.com/watch?v=Nk1oV990UPA