
Za sprawą serialu HBO o Harrym Potterze znów jest głośno. Przy okazji wraca pytanie, na które osiem filmów Warner Bros. odpowiedziało w sposób co najmniej niejednoznaczny: co właściwie sprawia, że do tej historii wciąż się wraca? Bo z ekranizacjami jest tak, że im dłużej się o nich myśli, tym więcej widać w nich pęknięć – a mimo to żaden seans nie jest stracony.
Moja przygoda z serią zaczęła się z opóźnieniem i nie z własnej winy. Kiedy do kin wchodziły kolejne części, przygody młodego czarodzieja były atakowane przez środowiska okołokościelne, a ja akurat trafiłem na rekolekcje, podczas których wyjaśniono mi, że Hogwart to w zasadzie gniazdo okultyzmu i satanizmu. Do oglądania zasiadłem więc dopiero po całej tej burzy, z gotową listą zarzutów. która okazała się całkiem trafna. A mimo to nie przeszkodziła mi to jednak polubić – ba, pokochać – tych filmów. I właśnie ta rozbieżność wydaje mi się najciekawsza.
Dumbledore nie dba o bezpieczeństwo uczniów w Hogwarcie
Zacznijmy od najbardziej niewygodnego: Albus Dumbledore, jeśli oceniać go po czynach, a nie po deklaracjach, jest postacią co najmniej podejrzaną. Ma za nic bezpieczeństwo powierzonych mu dzieci, a bywa, że świadomie naraża je na śmierć. J.K. Rowling budowała go jako wcielenie dobra, ale suma jego decyzji dała postać znacznie bardziej szarą, niż chyba zakładała. To zresztą nie największy problem tego świata.
W Komnacie Tajemnic – moim zdaniem drugiej najsłabszej odsłonie serii, zaraz obok fatalnego Zakonu Feniksa – dochodzi do sceny jednocześnie komicznej i przerażającej. Lucius Malfoy, rodzic ucznia, w reakcji na to, że Harry fortelem uwolnił jego skrzata, rzuca się na dwunastolatka i zaczyna wypowiadać zaklęcie uśmiercające. Nie kończy tylko dlatego, że powstrzymuje go Zgredek. Nikt później nie wraca do tego incydentu.
Jeśli jednak karą za spacer na skraj Zakazanego Lasu jest wyprawa w jego głąb, a najpotężniejszych czarodziejów świata skutecznie zwodzi nauczyciel w turbanie, to niedoszłe morderstwo na korytarzu wpisuje się w regułę, a nie od niej odbiega. Dorośli w tym uniwersum nie sprawują nad dziećmi żadnej realnej kontroli; częściej popychają je do przekraczania granic, niż przed tym powstrzymują. Rzecz w tym, że to nie jest wyłącznie usterka scenariusza. To jest logika baśni, w której świat dorosłych musi się okazać nieudolny, żeby dziecięcy bohater miał co robić. Widz to wyczuwa i przymyka oko – nie z pobłażania, tylko dlatego, że dostał w zamian coś, czego nie znajdzie w bardziej spójnych produkcjach: odjechany świat, który zaskakuje na każdym kroku.
Walka ze smokiem = spoko. Taniec z dziewczyną = koszmar
Najlepszym dowodem jest sekwencja balu bożonarodzeniowego w Czarze Ognia, moja ulubiona z całego cyklu, którą odbieram bardzo osobiście. Chłopak, który przed chwilą zmierzył się ze smokiem i kilka razy o włos uniknął śmierci, nie jest w stanie zaprosić dziewczyny na szkolną imprezę. Kilkanaście minut bez akcji, bez zagrożenia, bez magii w praktycznym zastosowaniu – i to one zapadają w pamięć mocniej niż zadanie w jeziorze czy finał w labiryncie.
Powód jest prosty: to jedyny moment, w którym Harry przestaje być wybrańcem, a staje się przeciętnym czternastolatkiem. Podpieranie ściany, brak zaangażowania, narastająca frustracja – repertuar znany każdemu, kto choć raz stał pod ścianą na szkolnej dyskotece. Także Ron dostaje tu rolę, w której najłatwiej rozpoznać samego siebie, a Hermiona po raz pierwszy zostaje pokazana bez pancerza kompetencji, co uruchamia jej całą późniejszą relację z Wesleyem. Nastoletnie dramaty są w tej serii ważniejsze od czarów i to one, a nie efekty specjalne, odpowiadają za jej trwałość.
Tajemnica, która nie powinna aż tak zaskakiwać
Trzeci filar to Severus Snape. Przy każdym seansie drugiej części Insygniów Śmierci zastanawiam się, jakim cudem ta kulminacja wciąż robi wrażenie. Przecież już Kamień Filozoficzny odsłania kartę: nauczyciel otoczony mroczną aurą okazuje się stać po stronie dobra. Seria przez dziesięć lat systematycznie to zaufanie podkopuje, żeby na końcu wrócić do punktu wyjścia – i właśnie ta droga sprawia, że powrót uderza z taką siłą.
Technicznie to kilka minut krótkich, montowanych scen, wzmocnionych muzyką. Merytorycznie – popis Alana Rickmana, który konsekwentnie budował postać przez osiem filmów, wiedząc o niej więcej niż widzowie i większość ekipy. Dopiero w finale widać skalę tej pracy. Przemowa o Lily Potter działa nawet na tych, którzy znali ją z książki.
Historia magii
Oczywiście seria to nie tylko te trzy momenty. Jest jeszcze Więzień Azkabanu – najlepsza część pod względem audiowizualnym i jedyna, w której antagonistą nie jest Voldemort, co chyba nie jest przypadkiem. Jest Książę Półkrwi z kilkoma scenami cieplejszymi niż cokolwiek w późniejszych odsłonach – przede wszystkim zaproszenie Luny na spotkanie Klubu Ślimaka.
Największym atutem tych filmów jest jednak coś, czego żadna pojedyncza scena nie tłumaczy: rosły razem z publicznością. Kto wsiadł z Harrym do pociągu w 2001 roku, dziesięć lat później miał za sobą tę samą drogę co bohaterowie – i musiał odczuć podobną pustkę. Ekranizacje nie są ani spójne, ani równe, ani szczególnie logiczne. Są za to najlepszym young adult, jakie kino wyprodukowało, bo połączyły nastoletnie dramaty z rzetelną przygodą i sporą dawką grozy – a to znacznie trudniejsze niż domknięcie fabularnych dziur, o których i tak nikt nie pamięta po wyjściu z sali.







filmy są dobra ekranizacja, ale to co czyni Harrego Pottera fenomenem to przede wszystkim KSIĄŻKI Rowling, która miała genialny pomysł i (prawie) nie skopała go do samego końca historii. nie byłoby filmów bez książek. są ponadczasowe. I tutaj kompletnie brakuje mi wspomnienia o fundamencie. szkoda, bo znajomość HP z samych filmów to znajomość na 30-40%.
Fakt – Dumbledore był fatalnym dyrektorem. Za jego kadencji uczniowie ginęli, byli zamieniani w kamień, porywani, ranieni, traumatyzowani, plus tak jak wskazałeś, za niektóre z tych rzeczy odpowiedzialny byli zatrudnieni przez niego nauczyciele. Facet powinien wylecieć na zbity pysk, a gdyby był człowiekiem honorowym i odpowiedzialnym: zwyczajnie podać się do dymisji. On nie tylko tego nie robi, ale słuszną – i jak ma skalę zaniedbań – niezwykle delikatną krytykę odbiera jako personalny atak na niego ludzi małych i zawistnych. Prawda jest taka, że o ile z pewnością był wielkim czarodziejem, to jeśli chodzi o zdolności zarządcze – bałbym bym mu się powierzyć schowek na szczotki Filcha.
nie znamy innych dyrektorów. Może to właśnie on był tym najlepszym 😉
Mieliśmy p.o. dyrektora – Dolores Umbridge, która zaczęła porządki jako takie wprowadzać, ale hogwarcka sitwa ją zniszczyła;)
„Dorośli w tym uniwersum nie sprawują nad dziećmi żadnej realnej kontroli; częściej popychają je do przekraczania granic, niż przed tym powstrzymują. Rzecz w tym, że to nie jest wyłącznie usterka scenariusza. To jest logika baśni, w której świat dorosłych musi się okazać nieudolny, żeby dziecięcy bohater miał co robić.”
Tak trochę z innej beczki, gdy grałem w grę „Hogwarts Legacy” (swoją drogą w najlepszym razie przeciętną), to w pamięci zapisała mi się jedna przypadkowa sytuacja. Moja postać, uczeń, szła sobie polną drogą biegnącą między osadami, a niedaleko przechodził jakiś losowy NPC będący dorosłym czarodziejem. Tak się złożyło, że niedaleko drogi pojawił się przeciwnik w postaci dużego pająka, który zobaczył moją postać i momentalnie stał się agresywny. Co w tej sytuacji zrobił dorosły czarodziej? Uciekł, teleportując się z tego miejsca, zostawiając dziecko, ucznia, na pastwę potwora. To, podobnie jak przykłady podane przez Kubę, doskonale pokazuje, jak konsekwentne w swoich głupotkach jest to uniwersum, niezależnie od medium.
Ogólnie w świecie Rowling to jest więcej dzziur niż logiki. Ale piękne sa nazwiązania do motywów basniowych. Jak pisał Sapkowski żeby stworzyć dobrą historię trzeba nawiązać do motywów znanych i lubianych przez ludzi i je przerobić. To zrobił Tolkien, Martin odnośnie średniowiecza Rowling odnośnie magii. Bo tak wygląda wizja magii u zwykłych ludzi. Kociołki spiczaste kapelusza, różdżki. Dlatego odniosła sukces dała nam to co chcieliśmy, ale trochę inaczej. A co do głupoty ludzkiej w książkach. Dzięki Trumpowi przestało mnie to szokować. Nagle uwierzyłem, że faktycznie Minister Magii mógł być aż takim idiotą. Wcześniej uważałem, że jest przerysowany. Tak samo z Joeffreyem i Cersei.
Byłem największym fanem, każdą książkę na pamięć znałem. Dlatego od 4 części byłem obrażony na filmy. 5 to już był adaptacyjny koszmar.
A największy zarzut zawsze będę miał do ostatniej książki, którą Rowling napisała chyba na bazie ówczesnych fanserwisów w sieci. Film akurat tu nie był tak zły.
Filmy były super za klimat pierwszych części. Szaty i komnaty wyglądały magicznie. Później to już nie było tak fajnie.
Nie wiem jak można napisać „Za co
kocham Harrego Pottera” na podstawie filmów. W filmach nie ma wielu wątków, postaci i postaci, a historia mimo, ze kolorowa i magiczna to jest jednak dość płaska.
Książki tworzą magię, zabierają do cudownego świata, w którym jak zanurzysz się raz, to już nie wypłyniesz.
A z każdym kolejnym czytaniem zwracam uwagę na inny wątek, inną postać i inny szczegół. I tak od prawie 30 lat, co rok czytam całą serię.
Kto nie stał w nocy pod księgarnią w dniu premier, ten nie zna życia 🙂
Mogłaś przemówić wieloma językami, a wybrałaś język faktów.
🙂
Przeczytałem raz jako dziecko/nastolatek, wtedy mi się podobało, ale zacząłem czytać inne książki fantasy i wypłynąłem i nie mam zamiaru wracać. Więc nie trafne stwierdzenie. Filmy mogę coś tam obejrzeć jak akurat będą w tv.
Przecież ta seria jest tak dziurawa i wewnętrznie nielogiczna, że jest to co najwyżej przeciętne.
Mam mozg i nie bede ogladal tego serialu