FilmyRecenzje Filmowe

Koniec ulicy Dębowej (2026)

Park Jurajski był filmem wykonującym dwie przełomowe rzeczy jednocześnie. Po pierwsze, był to oczywiście ogromny skok technologiczny w produkcji kinowej. Po drugie, był wyrazem znaczącej przemiany masowej wyobraźni w kinematografii. Film Stevena Spielberga wyznaczył standardy techniczne oraz ukształtował gusta odbiorców. Owe nowe wcielenie „kina nowej przygody” z lat 70., którego sam Spielberg był współautorem, wykonało zwrot w stronę rodziny radzącej sobie z niewypowiedzianym zagrożeniem. Pod płaszczykiem fantastycznej historii kryła się oczywiście uniwersalna baśń o odwadze, przełamywaniu własnych ograniczeń i wychodzeniu naprzeciw bezdusznych korporacji.

To było wspaniałe, mądre kino, którego echa coraz rzadziej rezonują we współczesnych produkcjach. W tym roku mamy jednak trochę szczęścia – i mówię tu zarówno o sobie, jak i o wszystkich pozostałych miłośnikach kina wychowanych na produkcjach lat 90. Pojawił się film, który bezpośrednio do Spielberga nawiązuje i nie jest to kolejna, wykrzaczona marketingiem wersja marki jurajskiej, wyeksploatowanej przez – nomen omen – bezduszne korporacje. Mam na myśli dzieło Davida Roberta Mitchella, obsypanego swego czasu przez krytykę peanami za Coś za mną chodzi, którego kariera od dłuższego czasu znajduje się w impasie. Twórca nieoczywisty, nieco już zapomniany, bo jego ostatni pełny metraż – Tajemnica Silver Lake z 2018 roku – okazał się porażką tak artystyczną, jak i w box office.

Podobnie zresztą było w minione wakacje, kiedy Koniec Ulicy Dębowej przemknął niezauważenie przez kina, a wielu krytyków właściwie go zignorowało. Niesłusznie. Jak zauważył Stephen King, jest to znakomita produkcja, dająca mnóstwo satysfakcji i udanie nawiązująca do „kina nowej przygody”. Wzorem rozczarowanych współczesnością millenialsów wypadałoby więc powiedzieć – szkoda, dzisiaj takich filmów się już nie robi. Otóż robi. Tylko trzeba o nich mówić. Tym samym zapraszam na wycieczkę po współczesnym parku rozrywki z dinusiami w roli głównej.

Film otwiera sekwencja nadająca ton całości, udanie zresztą adekwatna do naszych czasów – są to oczywiście problemy małżeńskie. Główną parę tworzą Denise (Anne Hathaway) i Gregg (Ewan McGregor), którzy nie za bardzo potrafią w „szczęśliwą amerykańską rodzinę”. Ona jest niespełnioną pisarką, realizującą swoje wstydliwe marzenie w zaciszu domowej piwnicy, on nierozgarniętym ojcem, niepotrafiącym utrzymać posady, a co za tym idzie – własnej rodziny. Oczywiście mają dzieci – Audrey i Briana oraz problemy związane z ich dojrzewaniem.

Fabuła rusza do przodu w momencie pojawienia się śladów działalności sił nadprzyrodzonych – za pomocą serwisów telewizyjnych przedstawione są nam szczątkowe informacje o nietypowych rozbłyskach na Słońcu, a bliżej bohaterów – w ogródku sąsiadki – pojawiają się dziwne, prehistoryczne rośliny. Ostatecznie cała dzielnica zostaje przeniesiona do bliżej nieokreślonych, zamierzchłych czasów, które mógłbym – być może błędnie – określić jako końcówka ery jurajskiej. I w tym momencie rozpoczyna się jazda. A właściwie – rozpaczliwa walka amerykańskiej klasy średniej o przetrwanie, tym razem nie wobec krachu gospodarczego i problemów zdrowotnych, a po prostu – wobec śmiertelnie niebezpiecznych drapieżników, ze spinozaurem i obowiązkowym T-Rex’em w pakiecie.

Dlaczego to działa? Ano dlatego, że skutecznie powiela schemat wspomnianego w pierwszym akapicie klasyka Spielberga. Mamy dobry setting, przyzwoicie rozpisane postaci everymanów – coś, z czego można oczywiście uczynić zarzut o stereotypowość, ale tylko wtedy, jeśli szukamy w kinie udziwnień i mierzi nas masowość przedstawianych historii. Mnie to nie przeszkadza, rozumiem to medium jako masowe (bo nim jest) i stereotypowo przedstawione postaci są dokładnie tym, czego taki utwór potrzebuje, by dotrzeć do masowej widowni. Owszem, można się jeszcze położyć na wykonawcach, ale tutaj też nikt nie fałszuje – role dziecięce są co najmniej przyzwoite, Ewan McGregor gra tego swojego fajtłapę bardzo wiarygodnie, a Anne Hathaway daje w moim przekonaniu popis gry aktorskiej. Wyrasta trochę ponad tę historię, ale też ma najwięcej do zagrania – jest rozdarta pomiędzy rodziną a swoimi osobistymi potrzebami, do tego dochodzą te cholerne dinozaury i konieczność przetrwania.

Postacie dają się więc lubić, a może inaczej – gładko przechodzimy z nimi do porządku dziennego, a ten z kolei zostaje zburzony w sposób fantastycznie paradoksalny. Dinozaury mordujące sąsiadów, zaginiony pies będący ulubieńcem syna, a w tle problemy domu rodzinnego – to wszystko pozwala filmowi skutecznie budować emocje i zajmować uwagę przez większość seansu. Bohaterowie stają przed niemożliwym zagrożeniem, ale oczywiście jest to paralela dla współczesności – niedobranych małżeństw, trudności w wychowaniu, pogodzeniu siebie i „nas” w obliczu absurdalnego spinozaura dekapitującego sąsiadów. Film momentami nie bierze jeńców, obchodzi się ze stworzonym zagrożeniem bardzo poważnie i to też jest jego mocna strona. Ugrzecznienie tych scen dałoby efekt fatalny, a tak mamy realne zagrożenie i walkę na śmierć i życie.

Mnie ta konstrukcja była w stanie porwać z fotela przede wszystkim dlatego, że poza wciągającą historią dostrzegłem też, co film chce powiedzieć o swoich bohaterach. I w jaki sposób rozprawia się z mitologicznym „kinem nowej przygody” Spielberga. Bo, wbrew powszechnej opinii, to nie jest tylko powtórka z rozrywki. Koniec ulicy Dębowej świetnie nawiązuje do utartych schematów, ale dokonuje zauważalnej modyfikacji akcentów. W oryginalnym Parku Jurajskim i jego kontynuacjach siła bohaterów pochodziła z wewnątrz, metaforycznie można powiedzieć, że były to filmy o zderzeniu silnych rodzinnych więzi z zewnętrznym zagrożeniem. U Mitchella jest inaczej – oglądamy rozpadającą się relację, która musi sobie poradzić w sytuacji ekstremalnego niebezpieczeństwa. U Spielberga rodzina była siłą, która przezwyciężała trudności. Mitchell używa „dinozaurów” do scalenia rodziny, zagrożenie jest dla niego ostatnią szansą na ratunek. To jest baśniowe w samym swoim rdzeniu. I działa, bo – tak jak setki innych baśni – przypomina nam, co naprawdę w życiu ważne.

Oczywiście, są tu pewne problemy produkcyjne, głównie związane z technologią. Przede wszystkim CGI – wspominam o nim, bo mam świadomość, że nie jest to poziom akceptowalny dla wszystkich. Niektóre sceny trącą generatorem animacji, sztuczność momentami bierze dla siebie kadry. Tyle tylko, że mnie to kompletnie nie przeszkadza. Rozumiem, że nowoczesne technologie właśnie tak wyglądają. Mam wrażenie, że obecnie każdy film, w którym wykorzystywane w nadmiarze CGI jest widoczne, dostaje za to po łbie od krytyków i widzów (tutaj panuje nadzwyczajna zgodność). Ja też wolałbym, żeby więcej było efektów praktycznych, kostiumów i modeli, niż greenscreena. Z drugiej strony, zbombardowany już tą nową praktyką zdążyłem się z nią pogodzić. Przyjmuję jako kolejny, niekoniecznie dobry, krok postępu technologicznego. CGI jest więc w Końcu ulicy… widoczne, może razić i nic na to nie poradzę, że mnie już to po prostu przestało irytować.

Poza tym muzyka – świetnie uzupełnia wydarzenia przedstawione na ekranie, a montażowo i operatorsko film jest wykonany na naprawdę wysokim poziomie. Niektóre ujęcia bardzo ładnie oddają chaos wywołany na ulicach przez prehistoryczne gady, a bezkompromisowość i brutalność drapieżników zilustrowano wiarygodnie. I to mimo wspomnianego CGI, jak wspomniałem wyżej, zagrożenie wydaje się absolutnie realne i namacalne.

Dodając do tego naprawdę dobrze napisany scenariusz, który prowadzi przez ten familijny survival według dobrze sprawdzonego schematu, otrzymujemy seans dający satysfakcję z obejrzanej bajki. Nie czuję więc potrzeby czepiać się na siłę. Wręcz przeciwnie. Naprawdę warto docenić to, jak ten film porusza się w ramach własnej konwencji, jak bezkompromisowo rozprawia się ze swoimi bohaterami i emocjami widza, a wreszcie – jak umiejętnie potrafi znaleźć w tej konwencji furtkę, umożliwiającą zakończenie seansu z uśmiechem na twarzy. Ja wiem, że happy endy dzisiaj już nie są w cenie, ale to wcale nie oznacza, że nie mają sensu. I ten z Końca Ulicy Dębowej jest właśnie głęboko sensowny. Pozwala obejrzeć baśń, emocjonować się nią w trakcie przygody, a na końcu zostawia widza z poczuciem dobrze spędzonego czasu w krainie wyobraźni.

Choć przecież nie do końca, bo finał wyraźnie oddziela to, co baśniowe – na ekranie, od tego, co współczesne – na fotelu widza. I sprawia, że zazdrościmy tym bohaterom nie tylko przeżytej fantastycznej przygody, ale też samego faktu, że są bohaterami baśni. Bo my musimy wrócić do codzienności, do naszych własnych dinozaurów.

I to było dla mnie w podróży na „Koniec Ulicy Dębowej” najfajniejsze. Ten film jest jak dobry szofer: zabiera w niezwykłą podróż i odstawia pasażera ze skrawkiem tej magicznej, ciepłej energii kina w samym sercu. Warto się przejechać!

Koniec ulicy Dębowej (2026)
  • 8/10
    Ocena Pquelima - 8/10
To mi się podoba 2
To mi się nie podoba 0

Polecamy także

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button