
Resident Evil idzie na rekord. Najnowszy film Zacha Creggera przekroczył w ostatnią niedzielę granicę 100 milionów dolarów w światowym box office, przebijając branżowe prognozy i ustanawiając nowy rekord otwarcia dla całej filmowej serii (dotychczasowy należał do RE: Afterlife z wynikiem 26,6 mln $). Wszystko wskazuje na to, że będzie to jedna z najbardziej kasowych adaptacji gier, ale czy najlepsza? Postanowiłem to sprawdzić.
Po ostatnich filmach Zacha Creggera nie byłem specjalnie przekonany, że udźwignie temat Resident Evil. Zarówno Barbarzyńcy, jak i Zniknięcia były w pewnym sensie udanymi filmami. Umiejętnie budowały napięcie, była w nich jakaś tajemnica, ale im więcej odsłaniały kart, tym bardziej ich konstrukcja się rozsypywała. Misternie tkana atmosfera gdzieś przepadała, a finał popadał w groteskę. Ewidentnie brakowało im spójności i ciekawego pomysłu na emocjonujący finisz.
Marka Resident Evil nie jest wdzięcznym materiałem do przeniesienia na ekran i kompletnie nie ma szczęścia do tego medium. Wielu próbowało, ale nikt nie zdołał spełnić pokładanych w tych filmach nadziei. Najbliżej był według mnie Paul W.S. Anderson (ten od ekranizacji pierwszego Mortal Kombat) w otwierającym serię obrazie z Millą Jovovich, który luźno traktował materiał źródłowy. Osiągnął umiarkowany sukces – w czym zapewne pomogła wybitna ścieżka dźwiękowa, w której usłyszymy m.in. Marilyna Mansona. Kolejne części były już jednak tylko odcinaniem kuponów i konsekwentnym staczaniem się po równi pochyłej. Poprzeczka ustawiona była więc dość nisko.
Z tegoroczną ekranizacją Resident Evil sytuacja miała wyglądać zgoła inaczej. Tym bardziej że sam reżyser wielokrotnie podkreślał w wywiadach, iż nie oglądał starych filmów – był fanem gier, a tamte produkcje, no cóż, miały z grami niewiele wspólnego. Wytworzyło to niezły paradoks: wielu graczy zarzuca dziś Creggerowi, że jego Resident zapożycza z growej marki niewiele ponad tytuł, miasto, w którym dzieje się akcja, wciśniętą na siłę korporację Umbrella oraz potwory odstające od oryginału. A ja się zastanawiam, czy ci wszyscy narzekacze oglądali film jednym okiem, czy może pomylili seanse?
Resident Evil Zacha Creggera to nowe rozdanie – odcina się od dotychczasowej filmowej spuścizny, a przy tym pozostaje wierny uniwersum jak żaden inny film do tej pory. Czerpie z dorobku franczyzy, ale nie skupia się na żadnej konkretnej odsłonie, bohaterach czy kanonicznych wydarzeniach. Bierze pojedyncze klocki, z których buduje własną historię (koncepcyjnie najbliżej jej do drugiej i czwartej części capcomowej serii), i – co najważniejsze – zdaje się rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.
Bryan (w tej roli Austin Abrams) jest zwykłym przeciętniakiem. Na życie zarabia, dostarczając przesyłki medyczne. Raz przewiezie nerkę, innym razem wątrobę czy serce do przeszczepu. Nigdy nie wnika w zawartość – co mu dadzą, to weźmie. Tak było i tym razem. Kiedy oddał ostatnią przesyłkę i już miał wracać do domu, do czekającej na niego kobiety, otrzymał propozycję ekstra kursu za ekstra stawkę. Długo nie dał się namawiać, bo dodatkowa kasa zawsze się przyda, więc podjął zlecenie i pojechał do szpitala w Raccoon City. Wtedy jeszcze nie wiedział, że wyrusza na wyprawę życia.
Po tym krótkim wstępie, w którym poznajemy bohatera, zaczyna się właściwy film. Spróbujcie sobie zwizualizować taką scenę: noc, samotne auto przedziera się przez śnieżycę zapomnianą przez Boga drogą pośród leśnej głuszy. Nagle nie wiadomo skąd pojawia się przed nim jakaś postać. Przez trudne warunki i oblodzoną nawierzchnię Bryan nie panuje nad pojazdem i nie jest w stanie jej bezpiecznie wyminąć. Dochodzi do uderzenia. Klasyka gatunku. Równie dobrze w ten sposób mogłaby zaczynać się kolejna część gry. Im dalej, tym bardziej film ociera się o elementy znane z growego pierwowzoru. A kiedy na ekran wjechały napisy tytułowe, o mało nie spadłem z fotela. Nawet tego teoretycznie mało istotnego elementu nie pokpiono – w przeciwieństwie do wielu nowych produkcji – i zrobiono go należycie, tak jak to powinno wyglądać, z odpowiednim przytupem.
Zaraz po owym nieszczęsnym spotkaniu zawiązują się właściwe wydarzenia i film nie zwalnia już aż do samego końca. Co chwilę rzuca w nas kolejnymi potworami, przypadkowo napotkanymi ludźmi oraz zwrotami akcji, o których nie będę się rozpisywał ze względu na spoilery. Od tego momentu zaczyna się budowanie napięcia i serwowanie klasycznego kina grozy z umiejętnie wkomponowanymi odniesieniami do growego uniwersum. Wszystko to zrobiono jednak ze smakiem, z subtelnym puszczaniem oka do widza, bez wpychania mu do gardła żartów i nawiązań po to tylko, żeby każdy, nawet niedzielny gracz RE, wyłapał wszystkie przygotowane przez twórców smaczki (oprócz jednego, pod sam koniec, który wywołał u mnie dreszcz żenady). Znane z serii gier elementy oczywiście się pojawiają, rozrzucone tu i ówdzie, ale nie na siłę, bez ładu i składu, byle tylko odhaczyć kolejny punkt z listy. Poszukiwanie broni i amunicji przez Bryana, kłódki, ciasne korytarze. Ba, w jakiejś formie odzwierciedlono tu niemal wszystkie kultowe miejscówki, łącznie z obowiązkowymi kanałami i schematem, który jako żywo przypomina ten z Resident Evil 2. Zabrakło tylko charakterystycznych dla serii zagadek i craftingu.
Swoją drogą zdobywanie broni również potraktowano w sposób znany z gier. Kiedy Bryan znajduje strzelbę, ma się wrażenie, że jest właściwie po temacie – w każdym innym kinie grozy pewnie by tak było, ale to nie jest typowa produkcja. Pojawia się bardzo residentowe podejście do budowania atmosfery wiecznego zagrożenia: świetnie, właśnie znalazłeś strzelbę, ale czy masz do niej amunicję? I wtedy zaczyna się szaleńcze, nerwowe – doskonale znane wszystkim graczom serii – przetrząsanie okolicznych szafek i szuflad w poszukiwaniu naboi. Rewelacja. Przy broni twórcy zostawili jeszcze jeden drobiazg. Nasz bohater nie ma pojęcia, jak obchodzić się ze znalezioną spluwą – co oczywiście ma sens i dodaje szczypty realizmu. Bryan jest przeciętnym człowiekiem, więc posługiwanie się nią zna jedynie z teorii: z obejrzanych filmów czy ogranych gier. W praktyce trzeba wiedzieć, co i jak należy pociągnąć, co przełączyć, żeby oddać strzał. Miło więc, że o tym pomyślano i pokazano, jak bohater próbuje rozgryźć działanie gnata, zanim zacznie z niego korzystać.
Cały ten film jest bardzo residentowy – począwszy od sympatycznego Bryana, który ma w sobie coś z Leona. Ciągle psioczy i klnie, zły głównie na siebie, bo mu coś wiecznie nie wychodzi. Może i jest nieco głupkowaty, ale daje się polubić. Na nim spoczywa ciężar całej opowieści i to on ciągnie film. Wypada przy tym przekonująco, a jego rola nie jest przeszarżowana, o co nietrudno w tego typu produkcji. Nowy Resident Evil to właściwie film jednego aktora, skupiony bez reszty na postaci głównego bohatera. Nie jest przy tym specjalnie straszny, ale i gry nigdy do końca takie nie były. Były za to uroczo kretyńskie – co reżyser, jak widać, zrozumiał i spróbował przełożyć na język filmu. W mojej opinii wyszło to znakomicie. Mamy tu idealny przykład zupełnie odrębnej historii, toczącej się gdzieś obok głównych wydarzeń, a przy tym głęboko zakorzenionej w survivalowym uniwersum. Sposób prowadzenia narracji, inspirowane grami lokacje, klasyczne przedmioty, które Bryan napotyka na swojej drodze, a także potwory – w tym jeden koncepcyjnie zbliżony do Tyranta z drugiej części gry – czynią z Resident Evil jedną z najlepszych adaptacji gry komputerowej, jakie powstały. Jeśli nie najlepszą.
Zgodnie z duchem serii straszenia nie ma tu za wiele, a większość straszaków opiera się na prostych jump scare’ach. Kto oczekiwał typowego, mrocznego horroru, ten się zawiedzie, bo filmowi bliżej do czarnej komedii z elementami grozy. Echa poprzednich dokonań reżysera są tutaj silne, ale w przeciwieństwie do nich RE nie popada w groteskę.
Duch marki Capcomu wyczuwalny jest w niemal każdym ujęciu, co w dużej mierze jest zasługą montażu i pracy kamery. Jak gry bywały momentami mocno filmowe, tak film bywa momentami mocno growy. Szczególnie dobrze wypadają sceny pokazywane z perspektywy znanej z gier, kiedy kamera zawisa za plecami bohatera, a czasem przechodzi do widoku pierwszoosobowego. I nie są to tanie zagrania, mające na siłę wnieść nieco różnorodności. Służą konkretnemu celowi: być jak najbliżej protagonisty i maksymalnie uwydatnić jego przerażenie.
Na pochwałę zasługują również potwory. Zamiast marnej jakościowo, plastikowo-komputerowej papki twórcy postawili głównie na klasyczne efekty specjalne. Dzięki temu pokraki są znacznie bardziej przekonujące i przerażające, czasem wręcz obleśne i odrzucające. Jednym słowem: robią wrażenie. Zarówno te znane z uniwersum, jak i te luźno oparte na kanwie gier. Czuć w nich ciężar, swobodę i – co ujęło mnie najbardziej – naturalność ruchów. Niemal wyglądają na żywe.
Dobry film praktycznie nie istnieje bez równie dobrej muzyki, która umiejętnie podkreśli wydarzenia rozgrywające się na ekranie. Podobnie jest i w tym przypadku. Ścieżka dźwiękowa jest tu wyjątkowo oszczędna i – trzeba przyznać – mocno inspirowana grami. Chociaż nie ma jej wiele, to jeśli już się pojawia, robi to w idealnych momentach: żeby podgrzać atmosferę albo uderzyć basem, kiedy trzeba pobudzić widza. Mocno przypominała mi oryginalne utwory Mansona z pierwszego filmu – industrialne, soczyste brzmienia elektroniczne, które doskonale sprawdzają się w tej produkcji.
W sieci można natknąć się na wielu maruderów i narzekaczy, którzy filmu co prawda jeszcze nie widzieli, ale doskonale wiedzą, że to syf, kiła i mogiła. Nie słuchajcie ich. Idźcie do kina i wyróbcie sobie własną opinię. Ja poszedłem i nie żałuję. Coś też czuję, że na jednym seansie się nie skończy. Czy Resident Evil stanowi najlepszą ekranizację gry, jaka kiedykolwiek trafiła do kina? Ciężko mi to jednoznacznie stwierdzić. Jednego jestem za to pewien: niewątpliwie jest to najlepszy film Zacha Creggera i mam nadzieję, że nie powiedział on jeszcze ostatniego słowa.
Resident Evil (2026)
-
Ocena kr4wca - 8/108/10
PS. Film broni się nie tylko jako adaptacja gry, ale również jako samodzielna produkcja. Jeśli więc residentowe uniwersum jest wam obce, to się nie przejmujcie – i tak powinniście się całkiem dobrze bawić.










Kusi… Ale ja nie lubię horrorów i stworów wyskakujących na ekran. W gry też nie grałem.
Ciekawostka – Cregger dostał z góry 20 milionów dolarów za ten film plus najwyraźniej wolną rękę. Ktoś w zarządzie powinien za to dostać premię.