
Jest głośny temat do omówienia, a więc i okazja, by pokazać, że ma się swoje zdanie – zupełnie odrębne, zupełnie nieskażone propagandą i niezależne od poziomu dyskusji na takim czy innym portalu społecznościowym. I choć po lekturze całości pewnie uznacie tę deklarację za śmieszną, napiszę ją wprost: podobała mi się nowa Lalka Netflixa. Pod względem koncepcji oraz charakterów dwójki głównych bohaterów jest to, moim zdaniem, adaptacja jak najbardziej wierna prusowskiej wizji… A teraz, jeśli pozwolicie, sam się ze sobą pokłócę. Bo choć oba te zdania są prawdziwe, dotyczą wyłącznie tego, co poprzedza ostatnie piętnaście–dwadzieścia minut serialu, a tych minut wybaczyć nie potrafię. To one odbierają mi argumenty, by Lalkę mocno chwalić. Ale po kolei, żeby nam nic nie uciekło.
Punkt pierwszy – drugi plan
Zacznę, że się tak wyrażę, od zaplecza. Z powodu filmu Kos Paweł Maślona jest kojarzony jako polska, raczkująca odpowiedź na Quentina Tarantino. Widać to w filmie o Kościuszce, a także w nowej interpretacji Lalki, która, moim zdaniem, była potrzebna, bo nie ma co w kółko i na okrągło opowiadać tak samo tych samych historii. W tarantinowskich produkcjach zawsze niezmiernie doceniałem to, jak reżyser potrafi zagrać drugim planem, jak potrafi przekonać widza, że każdy uczestnik spektaklu jest ważny i warto zwracać na niego uwagę. Pan Maślona idzie w tym samym kierunku. Tyle tylko, że raz odnosi spektakularny sukces, innym razem ponosi spektakularną porażkę. Zacznijmy od tych drugich, bo przecież internet łaknie krwi i kocha potknięcia. Ignacy Rzecki twórcom kompletnie nie wyszedł – jest prymitywny, prostacki, przezroczysty. Nie wnosi do historii nic, plącze się bez celu, nie jest ani wsparciem, ani obciążeniem. Jest elementem zupełnie zbędnym. Serial nic by nie stracił, gdyby go usunięto. Jego charakter i zaangażowanie nie wybrzmiewają dosłownie w żadnej scenie. Taki był na niego pomysł: miał przemykać ukradkiem między scenami. Z pełną odpowiedzialnością można jednak powiedzieć, że ten pomysł był nietrafiony. Nietrafionym pomysłem było także powierzenie tak dużej roli Florentynie, którą Julia Wyszyńska gra karykaturalnie sztucznie. Zresztą ten zarzut jeszcze tu wróci. Przesadzona teatralność pani Julii nie pasuje do ogólnego wydźwięku serialu, który próbuje być do bólu nowoczesny i przełamujący schematy. Pozostaje jeszcze kwestia pisarki Orzeszkowej i jej przyjaciółki z gazety, lekarki Zofii, ale o tym już naprawdę za chwilę, przy okazji głębszego spojrzenia na samą Izabelę Łęcką.
A teraz, żeby przełamać tę czarną serię, pora powiedzieć, że Maślonie wybitnie udali się antagoniści. Piotr Adamczyk jako baron Krzeszowski jest doskonały. Tam, gdzie trzeba, bezczelny; tam, gdzie trzeba, wyniosły; tam, gdzie trzeba, kąśliwy. Ma tak wiele trafionych w punkt wypowiedzi, niezliczoną liczbę dobrze poprowadzonych dialogów. Pod względem aktorskim to przez większą część serialu zupełnie inna półka, do której doskakuje może jeszcze jedna osoba (za chwilę o niej). Obok Krzeszowskiego jest jednak antagonista o jeszcze gorszym charakterze – zepsuty do granic możliwości pan Starski. To jest ten najczarniejszy z czarnych charakterów, to jest ten obrzydliwiec i podlec, którego nienawidzi się od pierwszej sekundy jego ekranowej obecności. To postać z krwi i kości, niesztampowa, nienudna. Idealnie wpisująca się w to, co reżyser chciał stworzyć, w to, jak chciał rozłożyć akcenty. W tym miejscu naprawdę trzeba docenić pracę twórców. Na końcu jest jeszcze on – Jacek Braciak jako Tomasz Łęcki. Mężczyzna kradnący show, uosobienie tego, jaka jest ta Lalka. Jedyny, który bawi się tą formą absolutnie perfekcyjnie, jedyny, który potrafi znaleźć balans między byciem w epoce a wyłamywaniem się z niej. Jedyny, który potrafi być wulgarny w sposób pasujący do postaci i który nawet na chwilę nie zmienia swojego charakteru. Nie zmienia swojego nastawienia do życia ani swoich ideałów. To jest najjaśniejszy punkt tej adaptacji. Postać stojąca na przeciwległym biegunie względem zmarnowanego Rzeckiego.
Punkt drugi – Stanisław Wokulski
Nie wiem, czy dzisiejszy internet rzeczywiście rozumie, kim właściwie jest Stanisław Wokulski. A może raczej – czy chce rozumieć, kim jest. Przecież jego relacja z Izabelą Łęcką zawsze bywała sprowadzana do historii obłąkanego stalkera, który za wszelką cenę chce zdobyć kobietę, która nie darzy go choćby minimalnym szacunkiem. Tymczasem trzeba było aż tak dosłownego pokazania, co ten gość robi, żeby niektórzy to zrozumieli. To znaczy, nawet nie tak. Znów będę musiał się ze sobą nie zgodzić (jeszcze kilka razy do tego dojdzie, wybaczcie, jeśli możecie). Otóż serial stara się jeszcze bardziej zohydzić widzowi Wokulskiego, jeszcze bardziej go oczernić. Cóż, z każdą chwilą coraz mocniej dochodzę do wniosku, że ten serial jest jak sondaże polityczne: każdy podłoży pod niego swoją teorię i będzie ona w zasadzie prawdziwa. Czy Wokulski u Maślony stalkuje Izabelę Łęcką? Jak najbardziej tak. Czy ją osacza? Owszem. A mimo to twórcom udaje się sprawić, że jest mi go autentycznie żal. Dlaczego? Bo nie ma ani jednego racjonalnego powodu, dla którego serialowa Łęcka miałaby Stanisława nie kochać. Więcej: ona go rzeczywiście kocha, ale ponieważ uwielbia działać przekornie, systematycznie go niszczy.
I tu pojawia się zarzut dotyczący relacji głównych bohaterów. Jak można było aż tak źle rozłożyć akcenty w tej sytuacji? Jak można było z nieoczywistej, zniuansowanej historii stworzyć produkt, który ma wszystkich zadowolić? Pamiętam dyskusje o hollywoodzkich produkcjach, w których twórca chciał pozostawić gorzkie zakończenie, a decydenci w studiach upierali się przy happy endach. Odnoszę nieodparte wrażenie, że w Lalce dokonano właśnie czegoś takiego. Przecież wszystko zmierzało we właściwym kierunku, więc czemu nagle Stanisław Wokulski okazał się kimś zupełnie innym, kimś, kto nigdy nie zrozumie własnych błędów, kimś, kto co innego mówi, a co innego robi? Jak można było zakończyć to w tak skrajnie niesprawiedliwy sposób? Gdzie tu sens, gdzie tu logika, gdzie rozum i godność człowieka? Przecież to nigdy nie była i nie powinna być historia spełnienia – wtedy wszystko, co budowane, traci sens. Wtedy nie można nazwać Wokulskiego nawet cieniem czarnego charakteru, za to obiekt jego westchnień staje się praktycznie potworem. Twórcy nie dali Wokulskiemu zbyt wielu dobrych cech charakteru i nie pozwolili mu działać na rzecz najbiedniejszych tylko po to, by ostatecznie widz i tak miał mu kibicować? Właśnie dlatego zakończenie tego serialu skutecznie niszczy wszystko, co było w nim dobre. Odbiera widzowi radość z obejrzenia satysfakcjonującego serialu, bo każe mu wyrzucić do kosza wszystkie gromadzone uczucia. Moim zdaniem to niedopuszczalne zmarnowanie potencjału tej adaptacji. Wszystko zmierzało tam, gdzie powinno zmierzać, i nastąpiła wolta, ale nie tarantinowska, zakamuflowana wolta, po której wstaje się i klaszcze. To wolta, której nigdy w życiu nie chciałbym oglądać, która wprawia mnie we wściekłość. A przecież, cytując klasyka, „już było dobrze” – i musiało się to na koniec koncertowo wywalić na twarz.
Punkt trzeci – Izabela Łęcka i jej (nie)fantastyczna (nie)emancypacja
Wspomniałem niedawno o pewnej australijskiej produkcji dla platformy Netflix. Moja wspaniała kariera powstała na podstawie jednej z najbardziej feministycznych książek w historii światowej literatury popularnej. Serial dla „czerwonej N-ki” pokazał, że dzisiaj niewiele osób rozumie, czym właściwie jest feminizm i jakie wartości za nim stoją. Przykładów filmowych i serialowych z ostatnich lat mógłbym przytaczać bardzo wiele, ale nie sądziłem, że do tego grona zaliczę także Lalkę. To, jak nieudolnie pokazano Łęcką feministkę, ośmieszyło jeszcze bardziej cały ten cieszący się niestety złą sławą ruch. W skrócie: jej emancypacja polega na tym, że „jej się należy”, że wszyscy mają wokół niej skakać, a samo to, że znajduje się na górze, już czyni ją feministką. Naczytałem się przed seansem, że to właśnie odważne pokazanie Łęckiej emancypantki jest jedną z kluczowych osi fabularnych Lalki. Otóż nie jest. Jest karykaturą postawy walki z patriarchatem. I dziwne jest to, że Wokulski w genialnej wymianie zdań z Łęcką idealnie ją definiuje i zamyka w słowach dosłownie całą jej postawę, tymczasem krytycy dalej będą uważać, że Lalka gloryfikuje feministki i jest idealnym odzwierciedleniem czasów.
Nie wiem, jak to możliwe, ale twórcom udało się jeszcze bardziej obrzydzić widzowi postać Izabeli Łęckiej, pokazać ją jako jeszcze bardziej wyrachowaną, jeszcze bardziej skupioną tylko na sobie, jeszcze bardziej samolubną i oderwaną od rzeczywistości. I znów byłby to zabieg genialny, gdyby nie zakończenie, gdyby nie brak konsekwencji, gdyby nie skrajna niesprawiedliwość przy zamykaniu jej wątku. Po prostu nie ma słów, by powiedzieć, jak bardzo obrzydliwe wrażenie pozostawiła końcówka tego serialu. Oczywiście można było to zrobić, ale tylko wtedy, gdyby zbudowano zupełnie inny fundament, gdyby całość zupełnie inaczej podbudowano. Tymczasem na każdym etapie produkcji idziemy książkowym szlakiem: wydarzenia są inne, ale schemat ten sam, aż jedno wydarzenie – nie wiadomo nawet do końca które – odmienia wszystko o sto osiemdziesiąt stopni.
Punkt czwarty – wady ogólne
Trochę już o tym napomknąłem, ale teraz szerzej. W Polsce jest bardzo niewielu aktorów, którzy w poważnych produkcjach potrafią grać „luźno”, bez teatralnych naleciałości. To często nie jest gra, lecz recytowanie roli. Bohaterowie grani w ten sposób tak naprawdę ze sobą nie rozmawiają – wygłaszają swoje kwestie, ale nie do drugiej osoby. Nie ma interakcji, nie ma w tym właściwych emocji i, przede wszystkim, odpowiedniego tempa. Wygląda to tak, jakby niektórzy nie potrafili wczuć się w życie swojej postaci, tylko odgrywali coś, co ktoś już kiedyś powiedział. Nazbyt często brakuje w tym wszystkim naturalności. Kolejny problem natury technicznej: jak już wspomniałem, reżyser nie stroni od tarantinizmów, ale jeszcze nie do końca wiadomo, czy potrafi przenieść je z odpowiednim skutkiem na polskie realia telewizyjne. Bo choćby muzyka w Lalce, owszem, jest i, owszem, przypomina trochę wstawki z Nienawistnej ósemki (nie wiem, czy to nie ulubiony film Pawła Maślony, bo chyba najwięcej z niego czerpie) czy Django, ale bardzo często jest elementem obcym, który dla widza może być zupełnie niezrozumiałym środkiem stylistycznym, zwłaszcza gdy brakuje konsekwencji w jego wykorzystaniu. A w tym rozciągniętym na ponad sześć godzin materiale takiej konsekwencji jak najbardziej brakuje. Jakby reżyser sam siebie ograniczał albo o swoim charakterystycznym stylu przypominał sobie zaledwie od czasu do czasu, ewentualnie nie potrafił odpowiednio rozłożyć swoich akcentów (co można zrozumieć, wszak jest to jego pierwszy tak duży serialowy projekt, a to zupełnie inna praca niż ta przy jednoczęściowym, zamkniętym filmie).
Czyli poczepiałem się już aktorów, poczepiałem się reżysera, poniekąd też scenarzystów, a wciąż mam wrażenie, że gdyby nie finał (wiem, wiem, powtarzam się), nazwałbym ten serial bardzo udaną adaptacją z oryginalnym, bardzo ciekawym twistem, którego nie powstydziliby się twórcy na Zachodzie. Bo w ogólnym rozrachunku Lalka popełnia błędy, które na ten moment wydają się absolutnie nie do przeskoczenia, a obok nich daje spory powiew świeżości i ciekawe spojrzenie na sztukę filmową. To mogła być laurka dla Pawła Maślony, gdyby nie dał się zapędzić w tę katastrofalną pułapkę, ale o niej już za dużo naopowiadałem, więc czas na jeszcze trochę słodzenia.
Punkt piąty – genialne sceny i aktorska perełka
No więc tutaj na poważnie wejdziemy sobie w SPOILERY. Bo chcę powiedzieć, że w tym serialu jest kilka scen urzekających, stojących na poziomie, o jakim cały Netflix może co najwyżej pomarzyć. Zacznijmy może od końca. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem tak dobrze skomponowaną i zagraną scenę kłótni jak ta, która w finałowym odcinku (na długo przed ostateczną fabularną katastrofą) rozgrywa się pomiędzy Wokulskim a Łęcką. Tu jest wszystko, co potrzeba: na zmianę rosnące i opadające napięcie, idealnie wprowadzone wulgaryzmy wynikające z prawdziwych emocji. Podobne wrażenie (choć nie aż tak silne) zrobiła na mnie, być może, analogiczna scena w Anatomii upadku. Nawet scena z Historii małżeńskiej nie miała w sobie tyle żaru i potęgi. To scena, po której pomyślałem: „Tak, to jest Lalka, która jest jednocześnie odrębnym bytem, ale jakże bliskim ogólnej koncepcji Prusa”. To był moment, w którym uwierzyłem w wielkość tego serialu mimo jego mankamentów.
A wcześniej? Wcześniej jest popisowo zrealizowana scena licytacji. Dzięki montażowi, cięciom, muzyce i panującemu napięciu udało się nadać temu wątkowi nowe znaczenie, a jednocześnie zachować go w duchu Prusa. Ta właśnie scena ma swoje konsekwencje – jest punktem centralnym pewnego większego rozdziału całej historii, punktem dobrze podbudowanym i dobrze spinającym cały łańcuch przyczynowo-skutkowy. A wcześniej? Wcześniej jest gra w karty, podczas której Paweł Maślona udowadnia, że w małych rzeczach już potrafi naśladować Tarantino. To scena długa, oparta na dialogach, które nie nudzą, a wręcz przeciwnie – trzymają widza przy ekranie, nie pozwalając mu oderwać wzroku od rozmawiających. Udało się unaocznić zbudowane między rozmawiającymi napięcie, wzajemną niechęć i pogardę.
I teraz przechodzimy do cichego bohatera tej opowieści. Do człowieka, który wniósł zniuansowany element komediowy. Mirosław Zbrojewicz jako naczelnik policji. Jakaż to doskonała rola! Jego przemowa o tym, że nie ma potrzeby, by zajmował się śledztwem, bo albo sprawa sama się rozwiąże, albo pozostanie nierozwiązana, to monolog absolutnie wybitny. Każdy moment, w którym ten aktor pojawia się na ekranie, jest warty uwagi. To jedna z tych wartości dodanych do Lalki, które trzeba ze wszech miar doceniać. Szkoda tylko, że tak bardzo idzie to na marne.
Punkt szósty – finał
Każdy wie, jak powinna skończyć się historia Wokulskiego i Łęckiej. Każdy wie, że to właśnie zakończenie jest tym fundamentem, na którym to wszystko jest zbudowane, że jest to odwrócona konstrukcja, że trzeba budować od końca do początku. Wszyscy to wiedzą, a jednak scenarzyści Lalki i reżyser chcieli dla swoich bohaterów czegoś zupełnie innego, wbrew rozsądkowi, wbrew logice, wbrew człowieczeństwu. Napiszę wprost: Wokulski okazuje się nie taki straszny, jak go malują, a Łęcka wreszcie to dostrzega. Wspólnie przeprowadzają przekręt na arystokracji, oszukując absolutnie wszystkich. Ich kłótnia i unieważnienie ślubu są na pokaz. Dochodzi między nimi do kopulacji, po czym dzielą się zrabowanymi pieniędzmi i ruszają osobno w poszukiwaniu lepszego życia. Wokulskiemu nagle znów zależy na pieniądzach, a nie li tylko na Izabeli. Z kolei Łęcka spada na cztery łapy i jedzie balować oraz żyć jak arystokratka, mając głęboko w poważaniu głoszone dotąd ideały, które ją znudziły. I tyle z tej (rzekomo) walczącej feministki.
I tak to, proszę państwa, wymyślono. Po cóż więc ta pogarda Łęckiej do Wokulskiego? Chyba po to, by właśnie podkreślić jej feminizm – tylko że na końcu zostaje to ośmieszone. Czyżby więc Lalka Netflixa jako taka ośmieszała feministki i pokazywała, że ich postawa to maska, gra na pokaz? Nie, no chyba nie aż tak – chyba Netflix nie odważyłby się na taki ruch. A jednak, czy ktokolwiek tego chce, czy nie, feminizm w ujęciu nowoczesnych twórców jest ruchem do bólu zakłamanym, a kobiety, ich zdaniem, potrzebują mężczyzn jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej w historii. Feminizm w tym nowym spojrzeniu nie ma choćby najmniejszych trwałych podstaw i musi być zależny od głębokiego męskiego wsparcia. Ciężko się takie rzeczy ogląda, ciężko się z takimi wnioskami zgadzać, ale jest przyzwolenie na pokazywanie właśnie takich rzeczy. Oryginalny Wokulski jest w relacji z Łęcką co najmniej szarym charakterem, Łęcka w relacji z Wokulskim również, i to właśnie była wielkość Prusa: nie dał w swojej książce łatwych odpowiedzi ani baśniowego zakończenia. Bo książki, a w ogóle wszelkie opowieści, w większości takiego zakończenia nie potrzebują, ponieważ lepsze są wtedy, gdy dotykają ludzkiego życia. A życie to nie je bajka, to je bitwa.
Na koniec jeszcze słowo o drugiej Lalce. Czy film realizowany przez TVP będzie lepszy od serialu Netflixa? Nie. Powiem więcej: moim zdaniem na sto procent będzie produktem pod każdym względem o wiele gorszym – napuszonym, zapatrzonym w siebie, przeświadczonym, że istnieje tylko jedna właściwa droga dla tego typu adaptacji. Będzie jeszcze więcej teatralności, sztucznizny i bełkotu. A wszystko będzie ociekać patosem w niewyobrażalnej dawce. I jeszcze coś: na pewno krytycy Lalki Netflixa będą się nad tą drugą rozpływać, i na odwrót. Ja natomiast dodam, że Paweł Maślona i jego ekipa zmarnowali szansę, by uczynić ten projekt wielkim, w imię podlizania się najprostszym potrzebom mało subtelnego widza. Gorzkie albo niedopowiedziane zakończenie nie ma prawa bytu w kulturze wielkiego kina, któremu chciano Lalkę pokazać. To jeden z tych seriali, w których okropne dwadzieścia minut rzutuje w ogromnym stopniu na całość.
Lalka (miniserial)
-
Ocena kuby - 4/104/10









Póki co wytrwałem do sceny balu i cesarki, czyli w zasadzie prawie do końca pierwszego odcinka. Muszę się zastanowić, czy chcę oglądać to dalej. Lubię zabawy konwencją, opowieści „na motywach” itd. Nie mam nic przeciwko temu, żeby klasykę ekranizować po nowemu. Tyle, że ten serial jest po prostu słaby, bez realizacyjnego polotu, z mechanizmem unowocześnienia najbardziej prostackim jak się da. Obsada jest koszmarna – okrąglutki Schuchardt, bardziej charakterystyczna niż urodziwa Drzymalska, Chojnacki kojarzący się z każdym, ale nie ze „starym subiektem”, Braciak grający Braciaka, itd. Zmiany charakterów postaci nieznośne, burzące w ogóle sens całej opowieści. Pal licho tą wyemancypowaną Łęcką ale ten …pizdowaty, speszony Wokulski, to nie jest ten facet, którego podziwiałem i któremu kibicowałem podczas lektury, a który jednocześnie mnie wk… i którego nie rozumiałem. Ten serialowy mnie tylko irytuje. Rzecki miotający się po sklepie niczym menadżer niskiego szczebla tydzień po awansie. Każda z postaci u Prusa coś symbolizowała – jakąś postawę, światopogląd, czasy, środowisko, nic z tego nie zostało w serialu, a przynajmniej póki co tego nie widzę. Może zmienię zdanie, chociaż mam tak, że u mnie decydujące jest pierwsze 20 minut a nie 20 ostatnich i rzadko już wyrywam się z tego efektu „pierwszego wrażenia”.
W przeciwieństwie do Kuby nie przekreślałbym na starcie drugiej, pełnometrażowej ekranizacji, czasem (zazwyczaj!) wystarczy wziąć dobry materiał literacki i wiernie go zekranizować. Jeśli wyświetlimy sobie w głowie listę głośnych ekranizacji, to okaże się, że najbardziej udane okazały się właśnie te najwierniejsze.
Nie skreślam drugiej Lalki bo będzie wierna książce, tylko widzę w jakim kierunku od początku szedł jej marketing i nie wydaje mi się, żeby ci konkretni aktorzy potrafili wnieść do tego projektu jakiekolwiek życie. Tak uważam, bo w Polsce nie istnieje droga środka – albo zrywamy z tradycją, obśmiewamy ją i nazywamy nudną, albo kurczowo przesadnie traktujemy ją z przesadnym kultem i nadinterpretujemy przekaz, w polskiej sztuce nie ma praktycznie miejsca na coś pomiędzy sztywnym patriotyzmem a celową „profanacją” ojczyźnianych symboli.
A co do samego produktu Netflixa to ja kupuję wersję Wokulskiego doszczętnie zniszczonego przez nieodwzajemnioną miłość. Ten serial jest czymś w Polsce naprawdę rzadko spotykanym, jest próbą rozruszania skostniałych schematów, ale niestety od czasów Kosa Maślona nie poszedł ani trochę do przodu, a to co można było wybaczyć przy okazji tamtego filmu, przy drugiej podobnej próbie już musi zostać skrytykowane. Na koniec tylko jeszcze raz – nie można było Lalki nawet w tej oryginalnej wersji zakończyć w ten sposób.
„Powiem więcej: moim zdaniem na sto procent będzie produktem pod każdym względem o wiele gorszym – napuszonym, zapatrzonym w siebie, przeświadczonym, że istnieje tylko jedna właściwa droga dla tego typu adaptacji. Będzie jeszcze więcej teatralności, sztucznizny i bełkotu.”
I więcej, o ile więcej Prusa.
Cytując klasyka: I bardzo k… dobrze.
Nazywanie Wokulskiego z Lalki stalkerem, to chyba niezrozumienie tego, kim jest stalker oraz faktu, że nie jest on XXI wiecznym bohaterem, a jego otoczenie nie jest otoczeniem XXI wiecznym.
Wokulski NIGDY nie wzbudzał w Łęckiej poczucie zagrożenia, co jest kluczowe by nazywać kogoś stalkerem.
Zachowania Wokulskiego w niczym nie przypominają tego, co XIX-wieczny recenzent mógłby nazwać stalkingiem, gdyby oczywiście takie pojęcie znał. Owszem, miłość do Łęckiej jest wręcz obsesyjna, ale czy to czyni kogoś stalkerem? Nie. Czy zachowania Wokulskiego wywołują społeczną wzgardę jako obłąkańcze, nienormalne i prześladujące? Też nie. Czy wreszcie Łęcka ma chociaż poczucie nie irytacji, nie wzgardy, a zagrożenia? Też nie. Każdy w otoczeniu Łęckiej uważa zachowania Wokulskiego za zrozumiałe, nikt nigdy nie stwierdza, że to niebezpieczny wariat, że idzie za daleko w prywatność Łęckiej. Wyskakuje jej na każdym kroku jak filip z konopi, ale przecież i dziś zakochani tak robią względem obiektu westchnień, starają się angażować jakieś „przypadkowe” spotkania, wyprzedzać zachcianki drugiej strony, itp. Nasz kod kulturowy dalej tego nie potępia, dopóki nie dochodzi do przekraczania granic.
XIX-wiek miał zupełnie inny kod kulturowy, jeśli chodzi o zabieganie o czyjeś względy. Zachowania, które dziś nam wydają się nieakceptowalne, wówczas takimi nie były. To trochę tak jakby nazywać Abrahama psychopatą, bo chciał złożyć swojego syna w ofierze. No chciał, ale istnieje kontekst kulturowo-historyczny.
Sam Prus nie bez powodu pisał Wokulskiego tak jak pisał. Stanisław nie miał być nikim obrzydliwym, bo Głowacki nie mógł przewidzieć, że dwa stulecia później jego zachowania tak będą odbierane. To jak z „Pieśnią o Rolandzie” dziś (i nie tylko dziś), Rolanda nie nazwiemy bohaterskim rycerzem, a idiotą, który w imię honoru wygubił całą straż tylną armii Karola Wielkiego. Ale nie ważne czy dzieło jest ze średniowiecza, czy z pozytywizmu, oceniając zachowania bohaterów musimy zwracać uwagę na ówczesny kontekst kulturowy.
Z Wokulskiego jest dokładnie taki obrzydliwy stalker, jak z Łęckiej inteligentna pani Wokulska 🙂